Polub nas na Facebooku

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Tarta z burakami i serem feta

Jak bez mięsa to ja nie jem...
Generalnie nie lubię piec. Ciasta rzadko mi wychodzą, często się przypalają albo są po prostu niedobre. Jeśli już biorę się za pieczenie to tylko wtedy, gdy mam przed nosem dokładny przepis i instrukcję krok po kroku, najlepiej ze zdjęciami. Tylko wtedy czuję się bezpieczna. Kilka razy chciałam być odważna i spróbowałam improwizować, ale niestety za każdym razem efekt był żałosny...najgorzej wspominam pierwsze w życiu muffiny, które upiekłam do pracy na swoje imieniny...były tak wstrętne i spalone, że żal mi było tych wszystkich ludzi, którzy się na nie skusili i musieli udawać, że im smakują. Od tego czasu rzadko eksperymentuję z ciastami.
Co innego wypieki wytrawne. Wystarczy jeden sprawdzony przepis na spód, a resztę można dobierać do woli i jeśli tylko nie przekombinuje się z zestawieniem składników to zawsze wyjdzie coś, co da się zjeść. Nie inaczej jest tym razem. Nie to, żebym się przechwalała, ale ta tarta jest po prostu przepyszna. I znów bez mięsa :)

Jak to zrobić:
  • 1,5 szklanki mąki + trochę w zapasie
  • 150 g masła (zimne, prosto z lodówki)
  • 1 jajko
  • 2 łyżki suszonego tymianku
Składniki szybko zagnieść. Ciasto zawinąć w folię i wstawić do lodówki na ok. 30 minut.

masa:
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 ugotowany burak
  • 1 mały pęczek koperku
  • 1 ząbek czosnku
  • ser feta lub podobny - ilość wedle uznania
  • 200 g śmietany 12%
  • 3 jajka
  • sól, chilli, suszony tymianek
Buraka pokroić w kostkę. W misce wymieszać śmietanę z jajkami, posiekanym koperkiem, ząbkiem czosnku przeciśniętym przez praskę i przyprawami. Dodać buraka, wymieszać. Formę do tarty wysmarować masłem. Ciasto wyjąć z lodówki i rozwałkować cienko podsypując mąką w razie potrzeby. Formę wyłożyć ciastem, docisnąć i wylać masę. Na wierzchu posypać serem. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 160-170 stopni na 30-40 minut. Kroić dopiero po całkowitym wystygnięciu.



SMACZNEGO!

piątek, 19 grudnia 2014

Rostbef z sosem kaparowym

Mięcho! Wreszcie mięcho na blogu! Prawdziwe męskie żarcie - kawał solidnej wołowiny! A tak przy okazji, czy ktoś jest w stanie wyjaśnić mi dlaczego "prawdziwy" jest ten facet, któremu na widok mięsa błyszczą oczy, a "nieprawdziwy" ten, który woli kotlety z soczewicy? Bo ja tego nie rozumiem. Oferuję królestwo i dobry obiad w zamian za oświecenie...

Jak to zrobić:
  • kawałek rostbefu (200-300 g)
  • 2 łyżki musztardy Dijon
  • 1 łyżka ketchupu
  • 2 łyżki jogurtu naturalnego
  • 1 łyżeczka miodu
  • 1 łyżeczka oliwy z oliwek
  • 3 łyżki kaparów odsączonych z zalewy
  • sól i pieprz
Rostbef doprawić pieprzem z obu stron (nie solić!). Smażyć na patelni (zwykłej lub grillowej - ta druga zdecydowanie lepsza) na odrobince tłuszczu. Ja smażyłam ok 2-3 minut na każdą ze stron. Solą doprawić już po usmażeniu.
Resztę składników zmieszać w misce (bez soli i pieprzu). Gotowym sosem polać mięso przed podaniem.

Jako dodatek posłużyły pieczarki i cebula podsmażone na maśle z czosnkiem, solą i pieprzem.



SMACZNEGO!

czwartek, 18 grudnia 2014

"To co Ty będziesz teraz jadła?" czyli jak się nie dać zniechęcić do zdrowia

Każda zmiana w życiu wiąże się z wystawieniem nas i naszych decyzji na ocenę. Nowa fryzura nie każdemu musi się podobać i słowa krytyki prędzej czy później do nas dotrą (czy to za sprawą osoby krytykującej, czy też poprzez "życzliwie donoszących"). Musisz wiedzieć, że zdrowy tryb życia nadal traktowany jest jak dziwactwo, bardzo modne, ale jednak dziwactwo. A to, co dziwne i nieznane jest złe - taką mamy naturę. Tak było, jest i zawsze będzie, dlatego też w pierwszym wpisie z cyklu "Mądrości" mówiłam, że decydując się na zdrowy tryb życia potrzeba musi wypływać z Ciebie i musisz być w 100% przekonana, że robisz dobrze. Wtedy dużo łatwiej znieść nie zawsze przychylne oceny i komentarze innych osób. Wiadomo, że demotywujące uwagi nie są sprzymierzeńcem determinacji i łatwo się poddać słysząc, że robisz źle/głupio/dziwnie/śmiesznie - niepotrzebne skreślić.
Jak się nie dać? Jak to znieść? Jak wytrzymać uderzenie fali krytyki nie tracąc absolutnej pewności, że robisz dobrze? To jest trudne, szczególnie na początku, ale wykonalne. Podpowiem, jak możesz się przed tym bronić, reszta należy do Ciebie.
1. W domu. Na pewno kojarzysz strony z różnymi głupimi obrazkami i filmikami. I na tych stronach od czasu do czasu pojawia się pewien ciekawy motyw: "Ja po wyjściu od babci"=> zdjęcie tłustego kota, albo "Moja babcia, gdy usłyszy, że nie chcę dokładki" => obrazek demona z najgłębszych czeluści piekieł. Każdy niestety zna to również z autopsji.. dla naszych babć i często też rodziców zjeść dużo=zjeść zdrowo. Nie masz fałdek, dołeczków i rumianej pełnej buzi=jesteś chora i umierająca. Pamiętaj jednak, że najbliższymi kieruje przede wszystkim troska o Ciebie, więc nie możesz reagować agresywnie. Bądź cierpliwa, rozmawiaj i tłumacz powody, dla których nie chcesz dokładki ziemniaczków ani kolejnego kawałka tortu. Ugotuj dla rodziców coś dobrego, zdrowego, częstuj najbliższych swoim jedzeniem, a może w ten sposób sami przekonają się, że można żyć i jeść inaczej? Nie irytuj się, jeśli Cię nie zrozumieją od razu, bo czasem potrzeba więcej czasu na oswojenie się z nowością (nawet tak drobną, jak choćby to, że nie jesz kotleta w grubej panierce usmażonego na szklance oleju). 
2. W pracy. Duże firmy zatrudniające wiele osób to doskonałe pole do obserwacji ludzkich zachowań, wiecie? Nawet, a może szczególnie dla dietetyka. Wiele koleżanek z biura się odchudza stosując różne diety i preparaty. Rozmawiają o tym, dzielą się wrażeniami, efektami i niestety również złośliwościami. Ludzie potrafią być naprawdę podli, uważaj. Musisz być czujna i odróżnić prawdziwą troskę od chęci dokuczenia Ci. Nie daj sobie wmówić, że wyglądasz mizernie, za szybko schudłaś, masz gwarantowane jojo i na bank jakieś niedobory, jeśli wewnątrz czujesz się wspaniale i kwitnąco! Taka "troskliwość" ma na celu zabicie w Tobie motywacji i sprawienie, że koleżanka, która od lat nie może schudnąć (bo niby stosuje diety, a pod biurkiem zawsze ma pudełko ciastek) poczuje się lepiej ze świadomością, że Tobie też się nie udało.
3. Na co dzień. Będąc w pracy albo w szkole nie chowaj się podczas jedzenia, bo będziesz odbierana jako dziwaczka, która ukrywa się po kątach i żre tę swoją zieleninę. Idź z kolegami na lunch i nie wstydź się zamówić sałatkę lub makaron, gdy reszta wybierze mielone albo steki. Na zaczepki odpowiadaj uśmiechem, to działa. Sama musiałam się z tym zmierzyć, gdy zaczęłam przynosić do pracy zielone koktajle w słoiku i popijać je przez słomkę na drugie śniadanie. Po kilku tygodniach ukradkowych spojrzeń moja koleżanka odważyła się spytać co ja tam mam w tym słoiku. Odpowiedziałam, wyjaśniłam jej dlaczego to piję i temat się skończył (ukradkowe spojrzenia też).
4. Z przyjaciółmi. Byłoby wspaniale, gdyby wokół nas byli sami zwolennicy zdrowia. Jednak każdy żyje zgodnie z własnym sumieniem i trzeba to szanować. Z drugiej strony spotykanie się ze znajomymi w barze sałatkowym w piątkowy wieczór to nawet dla mnie marna perspektywa. Pisałam już o tym, że od czasu do czasu można zaszaleć. Upić się, najeść chipsów, zamówić pizzę o 22, pójść na kebaba o 6 rano i świat naprawdę się nie zawali. Ty również nie umrzesz ani nawet nie wylądujesz w szpitalu (najwyżej będziesz mieć kaca). To nie jest tak, że od tej pory podporządkowujesz całe swoje życie jedzeniu. Na co dzień odżywiasz się zdrowo, a znajomy zaprosił Cię na golonkę i piwo? Zastanów się, czy masz na nią ochotę i albo przyjmij zaproszenie albo zaproponuj coś innego. Jeśli powiesz "nie, bo nie jem takich świństw, a ty jesteś głupi i umrzesz na miażdżycę od tej ilości tłustego mięsa" albo co gorsza pójdziesz i będziesz siedzieć nad swoim liściem sałaty patrząc jak on je i tłumacząc mu, jaką krzywdę robi sobie i całemu światu, to zaproszenia od znajomych szybko przestaną się pojawiać. I to nie tylko te dotyczące golonki. Nikt nie chce się zadawać z ludźmi, którzy wpędzają innych w poczucie winy lub uważają, że razem z kiełkami i rukolą pozjadali wszystkie rozumy świata. A już na pewno nie spotkasz się z serdecznością i zrozumieniem dla Twoich życiowych wyborów. Bądź sobą akceptując przy tym odmienność innych.
5. Poszerzaj wiedzę. Powtarzam to do znudzenia. Nie wiem dlaczego tak jest, ale osoby dbające o siebie traktowane są często jak chodzące encyklopedie, które muszą wiedzieć wszystko o produkcji żywności, jej własciwościach, o chorobach, o sporcie i lekach. Będziesz zasypywana różnymi pytaniami (a dlaczego nie jesz tego? a co to jest tamto, co jadłaś wczoraj? a czy to prawda, że cała kukurydza na świecie jest GMO a w parówkach są przemielone świnie w całości?) i musisz być gotowa, by przynajmniej na część z nich odpowiedzieć. Wtedy nie pojawi się u Ciebie nawet cień wątpliwości, bo nikt nie zarzuci Ci, że podejmujesz swoje wybory sama nie wiedząc dlaczego.

Moją historię podsumowuje pytanie z tytułu posta: "To co Ty będziesz teraz jadła?". Jak wiecie, ja zrezygnowałam z jedzenia mięsa i otoczenie bardzo różnie na to reagowało. Nikt wcześniej w mojej rodzinie nie zdecydował się na taki krok i wiedza o wegetariańskich potrawach była zerowa, również u mnie. Ale byłam twarda i konsekwentna. Przede wszystkim nie wstydziłam się o tym mówić i moja rodzina szybko przyswoiła sobie zasadę, że jak jestem zapraszana na spotkanie przy stole to wśród potraw musi się znaleźć coś bez mięsa. Podobnie jest w pracy: na imprezie andrzejkowej specjalnie dla mnie zamówiono osobne bezmięsne danie. To bardzo miłe i budujące. Jeśli chodzi o znajomych to też bywało różnie. Niektórzy do dziś (choć minęły już 3 lata) nie są w stanie pojąć jak można żyć bez mięsa. Otóż można i można być szczęśliwym, a tym szczęściem zarażać innych. Z mięsem rozstała się moja siostra, moi rodzice mocno je ograniczyli i spotykam się raczej z zainteresowaniem tym tematem niż z krytyką mojego postępowania. Czasem bywa trudno (na przykład na ostatnim firmowym wyjeździe integracyjnym na śniadanie dostałam 6 parówek, jogurt i bułkę), ale staram się obracac to wszystko w żart, a nie w obrazę majestatu. Dzięki temu jestem szczęśliwa z moim "dziwactwem" i tego życzę też Wam.


DO NASTĘPNEGO!

środa, 17 grudnia 2014

Czekoladowe pierogi z serkiem stracciatella

Chodziły za mną już od dawna. Są po prostu doskonałe....

Jak to zrobić:

  • 1 szklanka mąki
  • 2 łyżki kakao
  • gorąca woda ("ile mąka zabierze")
  • 2 kostki półtłustego twarogu
  • 3 łyżki jogurtu naturalnego
  • 2 łyżki cukru
  • 50 g gorzkiej czekolady
Mąkę wymieszaj z przesianym kakao. Wlewaj powoli gorącą wodę wyrabiając jednocześnie ciasto. Uważaj, żeby nie dodać za dużo! Musi wyjść gładkie, zwarte ciasto. Uformuj je w kulkę i zostaw na 10-15 minut. W misce zgnieć widelcem twaróg z jogurtem i cukrem. Dodaj posiekaną czekoladę i wymieszaj.
Ciasto rozwałkuj cienko i wycinaj szklanką koła. Na środku każdego ułóż trochę sera i zlep w kształt pieroga. Gotowe pierogi gotuj w osolonym wrzątku do momentu aż wypłyną na wierzch.




SMACZNEGO!

niedziela, 14 grudnia 2014

Domowa granola cynamonowa

Granola z mlekiem owsianym i kiwi
W ostatnim wpisie na temat przechodzenia na zdrową stronę życia zapomniałam dodać jeden, bardzo ważny punkt: czytajmy etykiety produktów! Niestety nie każdy produkt znajdujący się w dziale "zdrowa żywność" w supermarkecie jest dla nas dobry. Prawdą jest na przykład, że produkty zbożowe są zdrowe i wartościowe, szczególnie te pełnoziarniste. Ale niejednemu psu na imię Burek i nie zawsze coś, co ma w składzie pełne zboża jest rzeczywiście dobre dla naszego ciała. Często dostępne w sklepach mieszanki musli mają w składzie utwardzone tłuszcze, emulgatory, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, słodziki i jeszcze raz cukier....sami się przekonacie, jeśli weźmiecie do ręki dowolną mieszankę śniadaniową ze sklepu. Nawet jeśli wyprodukowała ją jakaś dobra firma...
Dzisiaj proponuję Wam zrobienie śniadaniowej granoli samodzielnie w domu. To nic trudnego, a macie 100% pewności co do jej składu. Wychodzi dużo taniej i dużo smaczniej. Z poniższego przepisu uzyskacie ilość, która zapewni Wam śniadania na cały tydzień. Gorąco polecam!

Składniki odmierzajcie tym samym naczyniem (szklanką, kubkiem - czym chcecie). Do granoli używajcie płatków zwykłych (nie błyskawicznych).

Jak to zrobić:
  • 1 szklanka płatków owsianych
  • 1 szklanka płatków żytnich
  • 1 szklanka rodzynek
  • 100 g migdałów (bez skórki, posiekanych - mogą być też inne orzechy)
  • 3/4 szklanki nasion słonecznika
  • 1/2 szklanki pestek dyni
  • 1/2 szklanki siemienia lnianego
  • 1/2 szklanki nasion sezamu
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 2 pełne łyżeczki kakao
  • sok wyciśnięty z 2 pomarańczy
  • 3-4 łyżki płynnego miodu
  • 2 łyżki oleju roślinnego (u mnie kokosowy)
Rozgrzać piekarnik do 150 stopni. Suche składniki i przyprawy wymieszać w dużej misce. Rozpuścić miód w soku z pomarańczy. Dodać sok z miodem do suchych składników, dodać olej i dokładnie wymieszać. Odstawić na ok. 10 minut. Blachę do pieczenia wyłożyć specjalnym papierem/pergaminem do pieczenia. Granolę wyłożyć na blachę i wstawić do piekarnika na 20-30 minut. Co 5-10 minut granolę trzeba przemieszać, żeby się nie przypalała i równomiernie schła. Jeśli zauważysz, że zaczyna się przypalać to zmniejsz temperaturę. Wystudź i przechowuj w zamkniętym słoiku lub puszce. Jedz z jogurtem lub mlekiem.


SMACZNEGO!

piątek, 12 grudnia 2014

O czym trzeba pamiętać zmieniając swoje życie na zdrowsze

Jeśli czytałaś/eś ostatni wpis z cyklu "przemyśleń na tematy różne" to wiesz już, że wprowadzanie jakichkolwiek zmian w życiu musi płynąć z Twojej wewnętrznej potrzeby. Nie może być narzucone z zewnątrz, nie może być kierowane chęcią dogodzenia komukolwiek. Obojętnie, czy decydujesz się mieć dziecko, zmienić pracę, czy zmienić tryb życia na zdrowszy. Jeśli nie czujesz w sobie potrzeby zmian, pomimo, że ktoś Cię do nich gorąco namawia, to odpuść. Nie zawsze jest to łatwe, ale trzeba żyć w zgodzie z samym sobą - to już ustaliliśmy.
Zakładam jednak, że potrzeba zmian zaczyna w Tobie kiełkować i zastanawiasz się jak się do tego zabrać, jak pogodzić nowe zasady ze starymi nawykami. Podejrzewam, że pierwszym desperackim krokiem będzie opustoszenie lodówki i szafek kuchennych ze wszystkich "niezdrowych" produktów i wyprawa do najbliższego marketu w celu zaopatrzenia się w zapas tych "zdrowych". A kiedy już wtoczysz się do domu obładowana/y jak wielbłąd torbami z zakupami i rozpakujesz je w swojej kuchni to spojrzysz na lodówkę pełną pomidorów, szpinaku, marchewek i selera naciowego, staniesz przed szafką, z której będą się wysypywały płatki owsiane, otręby i makaron razowy i pomyślisz "Ok, to co teraz...". Tak będzie, przerobiłam to. Zmarnowałam tony płatków, kasz, świeżych warzyw i innej "zdrowej" żywności zanim tak naprawdę nauczyłam się ją jeść. Początkowo plułam na wszystko co niedobre, rafinowane, wysokoprzetworzone, słodzone i kaloryczne. Jednocześnie nie potrafiłam stworzyć żadnej satysfakcjonującej alternatywy i jadłam głównie wafle ryżowe z gotowymi pasztetami sojowymi oraz warzywa z mrożonki. Kiepski pomysł, uwierzcie.
Dlatego też na podstawie swoich własnych przygód ze zdrowiem i obserwowania ludzi wokół mnie mogę pomóc Ci przejść przez te trudne początki. Poniżej zbiór kilku rad, może okażą się pomocne...

1. Spiesz się powoli. Wiadomo, nikt nie żyje wiecznie i nie znamy dnia ani godziny, ale jeśli do tej pory wiodłaś/eś życie dalekie od ideału to poważne zmiany warto wprowadzać powoli. Jedzenie uzależnia, szczególnie to wysoko przetworzone, przesłodzone i tłuste, dlatego eliminacja takich produktów z menu może się okazać trudniejsza od rzucania palenia. Jak sobie z tym radzić? Małymi kroczkami. Jeden posiłek w ciągu dnia możesz zastąpić jakimś zdrowym - sałatka na kolację, płatki kukurydziane lub musli zamiast cheeriosów na śniadanie, mleko 1,5% zamiast 3,2%? A może od dziś do każdego posiłku włączysz jakieś warzywo?
2. Zatrudnij dublerów. To nudne i oklepane, ale bardzo skuteczne. Nie chodzi mi o zamianę coli na colę light (chociaż dobre i to), ale dlaczego od dziś nie wprowadzić na stałe makaronu razowego zamiast białego albo kaszy zamiast ziemniaków? Jogurt naturalny z miodem i orzechami jest o niebo lepszy niż nawet najbardziej aksamitny barwiony i słodzony jogurt "owocowy" ze sklepu. Nawet nie zauważysz tych zmian, nie są kłopotliwe czy kosztowne. A mimochodem przerzucisz się na wartościową żywność.
3. Jedna drastyczna zmiana jest niezbędna. Nie można siebie za bardzo rozpieszczać. Pamiętaj, postępuj jak z dzieckiem. Jeśli będziesz mu ulegać to stanie się rozkapryszone i marudne. Jeśli postawisz jasne reguły i będziesz ich pilnować to po początkowej burzy i scenach jak w "Superniani" wyjdzie piękne słońce i już z Tobą zostanie. U mnie takim zwrotem w życiu była rezygnacja z mięsa. Powiedziałam sobie "koniec" i już. I nieważne, że zaczęłam w majówkę, że wokół piękna pogoda, grill i skwierczące kiełbaski. Ja twardo jadłam te swoje cukinie i nie skarżyłam się. Dla Ciebie to może być rezygnacja ze słodzonych napojów, białego pieczywa lub dożywotni obowiązek jedzenia śniadania (nawet jeśli będziesz musiał/a wstać te 10 minut wcześniej). Na początku trzeba być bardzo konsekwentnym. Dzięki temu jeśli po jakimś dłuższym czasie pozwolisz sobie na odstępstwo to nie potraktujesz go, jak zbawienia, które zaprzepaści dotychczasowe starania. Zrobisz to w pełni świadomie, pogodzisz się z chwilą słabości i będziesz żyć dalej. Ja też miałam momenty, w których jadłam mięso. Wtedy uznałam, że widocznie mój organizm tego potrzebował, ale jak dostał to, czego chciał to się uspokoił i mogłam wrócić do mojej diety.
4. Edukuj się. Internet to kopalnia inspiracji i wiedzy. Przyznaj się, ile razy siedząc w pracy przed komputerem śledziłeś ploteczki albo marnowałaś/eś czas szukając śmiesznych obrazków z kotami? A jakby ten czas poświęcić na przeszukanie stron o zdrowym żywieniu, blogów kulinarnych lub poszukanie fajnego szkolenia?
5. Nie stawiaj sobie granicy czasowej. Już o tym pisałam. zmieniasz swoje życie, czyli nie możesz założyć, że masz się zdrowo odżywiać, żeby schudnąć do wakacji. Chyba, że po wakacjach już nie planujesz żyć...w przeciwnym wypadku pamiętaj, że żyjesz dla siebie, nie dla ludzi, którzy będą podziwiać Cię na plaży. Przede wszystkim masz się czuć dobrze sam/a ze sobą, wtedy każdy będzie Cię odbierał pozytywnie. Zmieniasz życie, żeby dać sobie lepsze zdrowie i samopoczucie, a nie po to, żeby dostarczyć osobom z zewnątrz miłych wrażeń. To i tak nastąpi, ale jako efekt uboczny, a nie główny cel. Bo może być też tak, że pięknie schudniesz, skóra nabierze blasku, ktoś się tym zachwyci, a Ty nadal nie będziesz szczęśliwa/y. I co wtedy?
6. Obserwuj i słuchaj siebie. To bardzo ważne. Ja tego nie robiłam i doprowadziłam się do naprawdę słabej formy. Jeśli tylko zaczynasz czuć się źle to najlepiej od razu leć zrobić morfologię i szukaj przyczyny. Nietrudno wpaść w niedobory, gorzej jest z nich wyjść. Eliminuj produkty, po których czujesz się źle. I jeszcze jedno: szukaj naturalnych suplementów. Na słabe włosy i paznokcie możesz łykać tabletki lub pić herbatkę ze skrzypu, dodawać kiełki i nasiona dyni do potraw. Ten drugi wybór jest zdecydowanie bardziej korzystny.

Wszystkie powyższe zasady stosowałam i stosuję nadal. Przekopałam setki stron, artykułów i książek i wiem, co jest dla mnie dobre. Ale wiem również, że od białego makaronu się nie umiera, a chipsy i tosty z serem są nadal pyszne, więc nie zadręczam się i czasem, jak mam ochotę to jem coś "niedobrego". Różnica tkwi w tym, że ta ochota to chwilowy kaprys, który zaspokajam i nie staje się dla mnie stałą częścią życia. Oczywiście czasem przesadzę i następnego dnia czuję się fatalnie, ale sądzę, że to bardzo zdrowy objaw, który tylko upewnia mnie w przekonaniu, że na co dzień wolę swoje owsianki i pasztety bez mięsa.

Poniżej przedstawiam Wam linki do kilku najwazniejszych stron, które mnie inspirują lub dają wiedzę. Nie sugerujcie się proszę ich ogólną tematyką (niektóre są witariańskie, inne wegańskie). Nie identyfikuję się z żadną filozofią, mam swój pomysł na życie. Ale uważam, że trzeba mieć otwartą głowę i czerpać wiedzę z różnych źródeł.

http://deliciouslyella.com/
www.jadlonomia.com
http://veganpopcuisine.blogspot.com/
www.fullyraw.com (autorka tej strony ma świetny kanał na YouTube - uwielbiam ją)
http://metadieta.pl/
http://durszlak.pl/
http://qchenne-inspiracje.blogspot.com/
https://www.facebook.com/WiemyCoJemy?fref=ts
http://www.vege.com.pl/
http://quchniawege.blogspot.com/
http://smittenkitchen.com/
http://www.makecookingeasier.pl/
https://www.facebook.com/Greens4u?fref=pb&hc_location=profile_browser
http://www.rawfamily.com/blog (stąd dowiedziałam się o mocy zielonych koktajli, które codzienie piję)

Tyle. Trzymam za Was kciuki.



sobota, 6 grudnia 2014

Zapiekanka pasterska - bez mięsa

Kuchnia brytyjska to coś równie prawdziwego jak kuchnia amerykańska i Yeti. I mówię to w pełni świadoma, że moja ukochana idolka Nigella Lawson stamtąd pochodzi. Myśląc o daniach typowych dla brytyjczyków do głowy przychodzą mi:
  • angielskie śniadanie, czyli jajko sadzone, smażony bekon, fasola w sosie pomidorowym z puszki, smażone pieczarki i smażone kiełbaski...wszystko na jednym talerzu..fuj!
  • yorkshire pudding, czyli coś jak bułeczki zrobione z ciasta podobnego do naleśnikowego, które je się jako dodatek do obiadu
  • szarlotka..przepraszam..apple pie
  • fish and chips, czyli ryba w grubej panierze smażona na głębokim tłuszczu i podana z frytkami
  • chipsy o smaku octu
  • shepherd's pie, czyli zapiekanka z jagnięciny i warzyw pod warstwą ziemniaczanego puree
Tyle. Ktoś chętny? Ale ja lubię wyzwania, więc dziś zmierzę się z kuchnią brytyjską, ale w wersji wege. Zdecydowałam się na zapiekankę pasterską, czyli shepherd's pie, bo w składzie jest dużo warzyw i pomidory, a coś, co ma w sobie pomidory nie może być niesmaczne. Zamiast mięsa użyłam ciecierzycy i wyszło supersycące i rozgrzewające jesienno-zimowe danie.

Jak to zrobić:
  • 300 g ugotowanej ciecierzycy
  • 2 marchewki
  • 1 pietruszka
  • kilka suszonych grzybów
  • 250 g pieczarek
  • 1/2 pora
  • 1/2 selera
  • 1 puszka pomidorów
  • 4 ząbki czosnku
  • 1/2 kg ziemniaków
  • 1/2 szklanki tłustego mleka
  • 50 g masła
  • 2-3 łyżeczki mąki kukurydzianej lub pszennej
  • oliwa z oliwek
  • liście laurowe
  • sól pieprz, chilli, rozmaryn
Suszone grzyby zalać wrzątkiem i odstawić na 15 minut. Marchewkę, pietruszkę i selera pokroić w kostkę. Pora umyć i posiekać. Cebule pokroić w plasterki. Do garnka wlać 2-3 łyżki oliwy i wrzucić liść laurowy. Dodać warzywa i suszone grzyby pokrojone w paski. Przemieszać i zalać wodą z moczenia grzybów. Dusić pod przykryciem aż zrobią się miękkie, ale nie będą się rozpadały. W międzyczasie ziemniaki ugotować i zgnieść na puree z masłem (25g) i mlekiem. Można doprawić gałką muszkatołową, sola, pieprzem - jak kto lubi. 
Do garnka dodać pomidory w puszce, doprawić sola i pieprzem / chilli, dodać posiekany czosnek i pieczarki pokrojone w ćwiartki. Dodać mąkę i dokładnie wymieszać. Dusić jeszcze 5 minut aż sos zgęstnieje. Na końcu dodać do garnka ciecierzycę i zdjąć garnek z ognia.
Naczynie do zapiekania posmarować oliwą. Na dno wyłożyć warzywa i przykryć wszystko puree ziemniaczanym. Na wierzchu ułożyć kawałeczki masła (pozostałe 25g). Piec w temperaturze 170-180 stopni przez 30-40 minut.


SMACZNEGO!

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Jak zacząć dietę i na niej wytrwać. Do końca życia.

Na wstępie powiem, że jeśli ktoś się spodziewa znaleźć w tekście rady typu: "dużo się ruszaj", "pij dużo wody", "jedz warzywa i owoce" to się zawiedzie i będzie miał poczucie straconego czasu. Żeby nie było, że nie uprzedzałam ;)


Tak naprawdę treść tego wpisu nie będzie dotyczyła diety rozumianej jako krótkotrwały stan mający doprowadzić mnie do określonego celu (utrata wagi, wzrost wagi, poprawa kondycji, wyrównanie niedoborów pokarmowych), ale bardziej globalnie: dieta, jako moje codzienne świadome wybory wynikające z troski o samą siebie. Sama nigdy nie miałam przeciągających się problemów z nadwagą, więc nie miałam potrzeby bycia na diecie. Nie oznacza to jednak, że czułam się dobrze w swojej skórze, bo uwierzcie, że każdy, absolutnie KAŻDY ma swoje demony. Problem pojawia się wtedy, gdy nie umiemy ich oswoić i zaprzyjaźnić się z nimi, ale to jest temat na inną rozmowę..
Często jest tak, że na początku odchudzania jesteśmy zdeterminowani, zawzięci, konsekwentni i pilnujemy się wyznaczonych posiłków co do grama. Osiągamy wymarzony efekt, dieta się kończy i nagle, tracąc oparcie w postaci narzuconych z góry jadłospisów, wracamy natychmiast do dawnych nawyków i niestety wagi. Dlaczego tak jest? Dlaczego niektórzy potrzebują takiego bata nad głową, bez którego tracą orientację i zaprzepaszczają efekt, na który tak ciężko pracowali? Do tego w pełni świadomie! Przecież takie życie pod linijką na dłuższą metę jest pozbawione jakiejkolwiek radości. Już nigdy nie zjeść czegoś, co nie zostało rozpisane i przeliczone na kalorie przez jakąś obcą babę? Niemożliwe, to się nie uda...
...to naprawdę się nie uda. Dlatego zaczynając myśleć o odchudzaniu, czy w ogóle o zmianie nawyków żywieniowych, trzeba zadać sobie pytanie:
Po co ja to robię?
Dla kogo?
Co mi to da, a co mi odbierze?
Jeśli odpowiesz: "bo chcę zaimponować innym", "bo chcę, żeby inni przestali się ze mnie śmiać", "bo chcę schudnąć do wakacji", "bo chcę się podobać tej czy tamtej osobie", a na myśl o tym, z czego musisz zrezygnować kręci się łezka w oku to od razu mówię: odpuść. Nie nadszedł jeszcze czas na zmiany. Musisz chcieć zrobić to dla siebie. Zrozumieć, że fast foody, za którymi tak przepadasz niszczą Cię od środka. Obciążają Twój organizm, dostarczają mu bezwartościowej masy, z której z ogromnym wysiłkiem może wyłowić dla siebie jakieś znikome ilości cennych składników. Musisz zrozumieć, że nie jedząc cały dzień znęcasz się nad najcenniejszą osobą, jaką masz - nad samym sobą. Musisz obudzić w sobie potrzebę zadbania o siebie bez oglądania się na innych.
Mała dygresja: kiedyś po imprezie nocowała u mnie koleżanka. Rano wstałyśmy mega skacowane i zdecydowanie nie wyjściowe. Ona miała prosto ode mnie jechać na zakupy, więc wzięła prysznic, przebrała się i spędziła co najmniej pół godziny robiąc sobie pełny makijaż. Popatrzyłam na nią zdziwiona i spytałam dla kogo w tym sklepie ona się tak wylaszczyła. Na co odpowiedziała mi takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie: "Dla siebie". Wtedy nie zrozumiałam. Teraz rozumiem.
Jeśli też to rozumiesz to świetnie, możesz zacząć wprowadzać zmiany. Wiesz, że musisz o siebie zadbać i wiesz, że w tej kwestii możesz liczyć tylko na siebie. Ktoś (dietetyk, przyjaciel, rodzina) może Ci wskazać drogę, może pomóc Ci zacząć, ale resztę drogi musisz pokonać sam. Nie jest łatwo, na początku każdy się potyka, czasem upada, ale skoro stawką jest Twoje zdrowie to sam rozumiesz, jakie to ważne, by iść dalej.
I może właśnie tutaj tkwi problem powracania do dawnych nawyków po zakończeniu diety? Odchudzamy się z niewłaściwego powodu i nie skupiamy się na tym, co jemy będąc na diecie, bo nasze myśli są zajęte wyobrażaniem sobie jakie wrażenie wywoła końcowy efekt. Nie szukamy informacji na własną rękę, wierzymy całkowicie w rację swojego dietetyka zamiast ufać sobie, a dietetyka traktować jak kogoś, kto tylko wskazuje którędy iść. Przecież to nie dietetyk chudnie i wygląda coraz lepiej, to nie jest jego zasługa. Efekty nie pojawiają się dzięki diecie, tylko dzięki determinacji i silnej woli osoby, która tę dietę stosuje. Na końcu drogi będzie mogła gratulować wyłącznie sobie.
Może to dziwnie zabrzmi, ale współpracę z dietetykiem można porównać do urodzenia dziecka - położna pokazuje w szpitalu jak nakarmić, jak przewinąć, jak wykąpać, gdzie podsypać pudrem, ale po powrocie do domu dziecko jest zdane wyłącznie na nas i nikt nie biega z każdą kupką do szpitala. Musimy dać z siebie wszystko, żeby dziecku nie zrobić krzywdy i zaopiekować się nim najlepiej jak potrafimy. Mamy poradniki, książki, gazety, internet i przede wszystkim własną intuicję. To samo z dietetykiem - tym nowo narodzonym dzieckiem jestem zdrowsza, szczuplejsza, szczęśliwsza ja. I muszę teraz sama o siebie zadbać, żeby dziecko było zdrowe, piękne i rozwijało się w dobrym kierunku.
Zmiana sposobu żywienia wymaga również innego spojrzenia na jedzenie. Jeśli nabierzesz przekonania o tym, że coś Ci szkodzi to nie będziesz sięgać po to z taką przyjemnością. Jeśli będąc na diecie nauczysz się najadać mniejszymi porcjami i celebrować każdy kęs, to po jej zakończeniu samodzielnie zadecydujesz, jaka wielkość porcji jest dla Ciebie dobra. Nie chodzi o wieczne umartwianie się i odmawianie sobie wszystkiego. A zjedz sobie na zdrowie całą pizzę i popij litrem coli! Ale tylko wtedy, gdy następnego dnia wrócisz do swojego stałego, zdrowego trybu i zrobisz to z radością, a nie przymusem.
Nie jestem żadnym autorytetem, ani psychologiem. Jestem osobą, która te wszystkie problemy ma za sobą i może się pewnymi doświadczeniami podzielić. Tak, jak pisałam we wstępie, u mnie problemem nie była nadwaga. Każdy ma swoje własne powody, z których w pewnym momencie otwiera oczy i zaczyna o siebie dbać. Miałam wzloty i upadki, nadal je mam. Nie mogę się pozbyć nawyku podjadania wieczorami, chociaż wiem, że następnego dnia będę się czuła źle. Walczę z tym, pracuję i staram się. Jest lepiej. Ale chyba nikogo nie zaskoczę jeśli powiem, że samemu sobie najtrudniej jest coś rozkazać. To jest ciężka praca, początkowo kompromisy, kryzysy, wewnętrzne awantury, a z czasem zawieszenie broni i cisza na morzu, która pozwala osiągnąć wewnętrzny spokój. Warto.

piątek, 28 listopada 2014

Pizza z wędzonym łososiem, korniszonami i rukolą

Chęć na domową pizzę naszła mnie po ostatnim odcinku Masterchefa, w którym zawodnicy gotowali na Sycylii. Z ogromną przyjemnością go obejrzałam, bo uwielbiam Włochy i włoską kuchnię (i Włochów :) ). Kiedyś w mojej szkole zorganizowano wymianę z uczniami z Włoch mieszkającymi w znajdującym się pod Rzymem miasteczku Torre Cajetani. Nie znajdę tak na poczekaniu słów, którymi mogłabym opisać to miejsce...było tam wszystko to, co może sie kojarzyć z określeniem "włoski klimat": miasteczko położone na wzgórzu, z ulicy na ulicę przechodziło się schodami pomiędzy kamiennymi domami, z ganku przed domem Consueli (dziewczyny, w której mieszkałam) rozciągął się widok na ogromną zieloną dolinę i góry w tle, ludzie mieli piękne zielone ogrody, a w piekarni sprzedawano pizzę. Babcia Consueli codzienni biegała do tej piekarni po kawałek pizzy dla mnie. Później już nigdzie nie trafiłam na miejsce, które choćby w najmniejszym ułamku dorównywało tamtej mieścinie. Trafiłam do przemiłej rodziny, w której nikt nie mówił po angielsku (z moją opiekunką włącznie), a ja oczywiście ani słowa nie znałam po włosku. Byli jednak tak fantastyczni, gościnni i otwarci, że po spędzeniu u nich 10 dni potrafilismy się dogadać bez najmniejszych problemów. Uczestniczyłam w ich codziennym życiu i wcale nie czułam się jak intruz. Pomagałam w domu, ogrodzie i kuchni. Codziennie jedliśmy kolacje u innego kuzyna, kuzynki, cioci, sąsiadki, babci i to były te słynne włoskie kolacje, na których każdy się przekrzykuje, na obrus co chwila kapie sos pomidorowy lub oliwa z czyjegoś talerza, jest dużo śmiechu i dobrego jedzenia. To było tak dawno temu, a do dziś bez trudu przywołam w pamięci każdy szczegół tego wyjazdu. Może kiedyś urządzę sobie sentymentalną podróż w przeszłość i wrócę odwiedzić stare kąty, a tymczasem pozostaje mi podróż kulinarna - równie przyjemna.
Przepis na ciasto do pizzy pochodzi z książki "Kuchnia włoska. Klasyczne i nowoczesne dania" wydawnictwa Olesiejuk. Nie jest to przepis idealny - szukam dalej.

Jak to zrobić:
  • 350 g mąki pszennej
  • 7 g suchych drożdży
  • 1 łyżka oliwy
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 250 ml letniej wody
  • 1 łyżka suszonego tymianku
Drożdże rozprowadzić w 50 ml wody z cukrem. Odstawić na ok. 10 minut (aż zaczną się pienić). Do mąki dodać wodę, drożdże, oliwę i sól oraz tymianek i zagnieść ciasto aż zrobi się z niego gładka kula. Przełożyć ciasto do miski oprószonej mąką i pozostawić w ciepłym miejscu do podwojenia rozmiaru. Zagnieść, uformować cienki placek (ok. 5 mm grubości). Pokryć sosem, dodatkami i piec w temperaturze 200 stopni przez 20-25 minut.
Ja ze względu na użyte składniki (łosoś szybko schnie, a kapary i suszone pomidory łatwo przypalić) najpierw podpiekłam pizzę przez 10 minut z samym sosem, potem posypałam serem, położyłam resztę składników (bez rukoli i korniszonów) i piekłam kolejne 10 minut. Po wyjęciu posypałam pokrojonymi korniszonami i rukolą.

sos:
  • 1 puszka pomidorów w zalewie (odsączone)
  • 1 pęczek bazylii
  • 2 ząbki czosnku
  • sól
Wszystkie składniki dokładnie zmiksować. Można podgrzać w garnuszku, żeby zredukować ilość wody w sosie.

dodatki:
łosoś wędzony, mozzarella, czerwona cebula, kapary, korniszony, ser Lazur, suszone pomidory, rukola




SMACZNEGO!

wtorek, 25 listopada 2014

Kotleciki z cieciorki

Obiad: kotleciki z cieciorki, niepalona kasza gryczana, sos pieczarkowy i buraki
Każdy przynajmniej raz w życiu obiecywał sobie, że "od jutra nie jem słodyczy" albo "zacznę zdrowo się odżywiać" albo "będę jeść regularnie", "przestanę podjadać wieczorami" i tak dalej i tak dalej..nasza skłonność do takich obietnic wzrasta w kilku szczególnych momentach roku: po Bożym Narodzeniu, przed wakacjami, po wakacjach i w Sylwestra. Czasem ślubujemy sobie też w dniu urodzin lub, co bywa najbardziej skuteczne, gdy podczas rutynowej wizyty u lekarza okaże się, że mamy poważne niedobory albo nasze zdrowie jest zagrożone w jakiś inny sposób. Zmiana nawyków jest bardzo trudna, szczególnie kiedy nie bardzo umiemy poruszać się po świecie "dobrej żywności" i kojarzymy ją wyłącznie z waflami ryżowymi, pozbawioną smaku owsianką i produktami typu light. Owszem, na początku trzeba się trochę wysilić, ale z biegiem czasu zdrowe wybory przychodzą naturalnie i bez trudu.
U mnie pierwszym krokiem do zmiany nawyków była rezygnacja z mięsa. Nie było łatwo, ile można jeść ryż z warzywami.. z czasem udało mi się znaleźć jakiś fajny przepis, potem kolejny, poznawałam nowe produkty i inspirowałam się pomysłami innych, dzięki czemu dziś, po 3 latach wegetarianizmu, jestem o lata świetlne dalej. Teraz sama kombinuję, wymyślam przepisy oraz szukam zdrowych alternatyw. Wiem jak jeść jarmuż, wiem czym są nasiona chia, amarantus i quinoa. Cieszę się życiem, bo nie muszę liczyć kalorii jedząc przy okazji wszystko to, co lubię. Uważam, że warto podjąć to wyzwanie dla siebie, swojego zdrowia i samopoczucia. To co, po wegetariańskim kotleciku?

Jak to zrobić (6 kotlecików):
  • 260 g ugotowanej ciecierzycy
  • 1 jajko
  • 2 łyżki nasion sezamu zmielonych w młynku do kawy
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • chilli
Jeden kotlecik to ok. 205 kcal

Wszystkie składniki dokładnie zmiksować. Formować kotleciki dłońmi wysmarowanymi cienko oliwą/olejem (nie będą się kleiły do rąk). Można je upiec w piekarniku (150 st. przez 20 minut) lub usmażyć. Upieczone będą dość suche, więc warto zrobić do nich jakiś sos lub dodać w przepisie więcej oliwy.




SMACZNEGO!

niedziela, 23 listopada 2014

Brownies serowo-bananowe

Długo nas nie było na blogu. Przyznam szczerze, że straciłam chęć do gotowania i prowadzenia tej strony. I wtedy odezwała się do mnie koleżanka, ochrzaniła za brak nowych obiadów i zmusiła do powrotu. Obiecałam, że jeszcze w tym tygodniu coś się pojawi i słowa dotrzymuję :)
Nie jest to co prawda przepis na obiad (chociaż na upartego czemu nie!), ale z okazji niedzieli zapraszam na coś słodkiego. Bardzo słodkiego...BARDZO. I bardzo kalorycznego. Ale co tam! Jest listopad, jest ciemno, zimno, ponuro i beznadziejnie za oknem, ludzie chodzą z deprechą, więc rozpieszczanie się takim ciastem uważam za całkowicie usprawiedliwione, a wręcz zalecane. My nie mamy żadnych wyrzutów sumienia, Wy też nie miejcie.
Nie wiem czy wszyscy wiedzą czym jest brownie, więc uprzedzam - to ciężkie, "zakalcowate" ciasto w niczym nie przypominające klasycznego. Jest bardzo intensywnie czekoladowe i słodkie. Na raz nie da się zjeść dużo, ale jeśli już się za nie łapiecie to koniecznie w towarzystwie gorzkiej herbaty lub kawy. To idealna spółka.
Przepis z małymi modyfikacjami pochodzi ze strony PIN-UP CAKE. Oryginalnej wersji z dynią też próbowałam - jest równie boska i została doceniona podczas imprezy halloweenowej (ciasto zniknęło ekspresowo). Polecam!

Jak to zrobić (przepis na blaszkę 20x20 cm):
  • 3/4 szklanki masła roztopionego (przestudzonego)
  • 1 szklanka cukru
  • 1/2 szklanki mąki
  • 1/2 szklanki kakao
  • 2 jajka
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 5 kostek gorzkiej czekolady (posiekane)
  • szczypta soli
Wszystkie składniki wymieszać łyżką, widelcem lub mikserem na niskich obrotach (ja używam łyżki). Nie mieszać zbyt długo - tylko do połączenia składników.

Masa serowa:
  • 230 g serka śmietankowego (np. Twój Smak, Almette, Delikate)
  • 1/4 szklanki mąki
  • 1 jajko
  • 1/2 szklanki cukru
  • 2 bardzo dojrzałe banany (rozgniecione widelcem na papkę)
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii
Składniki dokładnie wymieszać aż dokładnie się połączą i nie będzie żadnych grudek.

Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia i na spód wylać 2/3 ciasta czekoladowego. Rozprowadzić dokładnie i na to wyłożyć masę serową. Pozostałe ciasto czekoladowe wyłożyć na wierzch i nożem lub widelcem z grubsza rozprowadzić w różne strony. Piec około 40 minut w temperaturze 180 stopni. Kroić po wystudzeniu.


SMACZNEGO!

sobota, 6 września 2014

Papryki faszerowane sałatką z tuńczyka

Trochę inną sałatką z tuńczyka. Bez ryżu, bez majonezu, za to z czerwoną soczewicą i azjatyckim smaczkiem. Nieco zdrowsza od tradycyjnej, bo soczewica ma zdecydowanie więcej wartości odżywczych od białego ryżu.

Jak to zrobić:
  • 2 czerwone papryki
  • puszka tuńczyka w sosie własnym
  • 1 szklanka ugotowanej czerwonej soczewicy (ok. 1/2 szklanki suchej)
  • 1/2 pęczka pietruszki (posiekana)
  • 1/2 puszki ananasów (u mnie krojone)
  • 1 cebula pokrojona w kosteczkę
  • 3 ząbki czosnku (posiekane)
  • 1 łyżeczka oleju sezamowego
  • 1 łyżka sosu rybnego
  • 1 łyżeczka chilli
  • sól do smaku
Wszystkie składniki oprócz papryk wymieszać w misce i zostawić w lodówce na godzinę. Papryki przekroić na pół, usunąć nasiona i wypełnić sałatką. Upiec w naczyniu żaroodpornym pod przykryciem w temperaturze 150 stopni, czas 30-40 minut.



SMACZNEGO!

wtorek, 2 września 2014

Przepis na tzatziki

Powrót z wakacji był dla nas dość trudny...po 2 tygodniach spędzonych w greckim upale na półwyspie Chalkidiki, 15 stopni na lotnisku w Warszawie było niezbyt pozytywną odmianą. Na temat naszych wakacji powstanie osobny post, ale z tęsknoty za Grecją dzień po powrocie przygotowałam jedną z najsłynniejszych greckich przystawek - sos tzatziki (w zależności od knajpy można go znaleźć w menu pod hasłem: dodatki, przystawki lub sałatki). Tzatziki pasują do wszystkiego! Do mięsa z grilla, do ryby, do frytek, do chleba. Jest banalny i pyszny. U nas dzisiaj przewidziany na kolację, jako dodatek do placuszków z cukinii.

Jak to zrobić:
  • 1 opakowanie jogurtu bałkańskiego lub greckiego (u mnie firmy Maluta masa: 340 g)
  • 1 ogórek szklarniowy
  • 3-4 ząbki czosnku
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • sól i pieprz
  • opcjonalnie: koperek (świeży lub suszony)
Jogurt wymieszać z solą, pieprzem, czosnkiem i sokiem z cytryny. Ogórka przekroić na pół i jedną połówkę zetrzeć na tarce o grubych oczkach, a drugą pokroić w kostkę. Odcedzić z nadmiaru wody i wymieszać z jogurtem. Odstawić do lodówki na godzinę, żeby smaki się połączyły. Podawać polane oliwą z oliwek.




SMACZNEGO!

wtorek, 5 sierpnia 2014

Gnocchi z jarmużem i pomidorami na szybko

Niemożliwe!!! Biedronka wprowadziła do asortymentu świeży paczkowany jarmuż!!! To genialna wiadomość dla wszystkich roślinożerców i oczywiście jak tylko się o tym dowiedziałam, jeszcze tego samego dnia stałam w kolejce do kasy ze swoim zapasem jarmużu. Już kiedyś pisałam o tej roślince, więc nie będę się powtarzać. Jeśli jeszcze nie jesteście przekonani, może dzisiejszy przepis Was zachęci. Polecam!

Jak to zrobić (2 porcje dla bardzo głodnych):
  • 250 g gotowego makaronu gnocchi
  • 1 puszka pomidorów krojonych
  • 1 duży ząbek czosnku
  • duuuuża garść świeżego jarmużu / "skrzydeł nietoperza" jak to określa Darek
  • garść pomidorków koktajlowych
  • 3 gałązki tymianku
  • 1 łyżka masła
  • sól i chilli
Na maśle podsmażyć ząbek czosnku. Wrzucić jarmuż i dolać ok. 1/3 szklanki wody. Dusić jarmuż do miękkości, ka koniec dodać gnocchi i pomidory z puszki. Doprawić, posypać listkami tymianku.



SMACZNEGO!

czwartek, 17 lipca 2014

Hummus z suszonymi pomidorami

Nie jest to klasyczna wersja hummusu, bo brakuje w niej pasty sezamowej tahini, ale jak to mawia Karol Okrasa, warto czasem "złamać przepis". I właśnie od pana Okrasy zaczerpnęłam inspirację.
Hummus podajemy jako dodatek do mięs, dip do warzyw, nachos, świeżej bagietki itd.. jest bardzo sycący i dość kaloryczny, ale to wyłącznie dobre kalorie - zapewniam! A przy okazji mogłam wykorzystać prezent ślubny od moich Kolegów i Koleżanek z pracy - kochani dziękuję!!! Ten ręczny blender jest idealny!!! :)

Jak to zrobić:
  • 1 puszka ciecierzycy
  • 10 suszonych pomidorów z oliwy
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżeczka kaparów
  • 3-4 łyżki oliwy z pomidorów
  • pieprz i sól
  • 1/2 łyżeczki oleju sezamowego (opcjonalnie)
Ciecierzycę odcedzić, ale nie do końca - pozostawić mniej więcej połowę płynu. Wszystkie składniki przełożyć do blendera i dokładnie zmiksować na gładką masę.



SMACZNEGO!

wtorek, 1 lipca 2014

Wegańska "carbonara"

W kuchni wegańskiej, czyli nie zawierającej żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego (w tym mleko, miód, sery, jajka itd..) nie jestem zbyt obeznana. Pieczenie ciasta z siemieniem lnianym zamiast jajek i robienie jajecznicy z tofu wciąż wydaje mi się zbyt ekstrawaganckie i mało atrakcyjne. Jednak coraz częściej próbuję zmierzyć się z wegańskimi potrawami i szukam wśród nich smaków, które będa mi pasowały. Do przygotowania dzisiejszej potrawy skłonił mnie obejrzany w sobotę program o połowie tuńczyków, w ktorym los tych zwierząt prezentował się bardzo smutno: wyobraźcie sobie ogromną, 200-kilogramową rybę walczącą przez 2 godziny o życie i próbująca desperacko uwolnić się z haczyka (haka?), a na pokładzie statku gromada podekscytowanych facetów wbija w jej ciało wielkie harpuny i usiłuje wyciągnąć z wody. Ryba jest bez szans. Żyła przez wiele długich lat tylko po to, żeby któregoś dnia popełnić ten jeden jedyny błąd i dać się zabić. Na jakis czas ochota na ryby mi przeszła.
Na szczęscie nikt nie musiał stracić życia, żebym mogła zjeść mój makaron z wegańskim sosem a la carbonara. Ten sos można też wykorzystać jako beszamel na przykład do wegańskiej lazanii. Jest prosty, smaczny i w 100% cruelty free.

Jak to zrobić (4 porcje):
  • 1 średni kalafior
  • 1 łyżka oleju kokosowego (nie to samo co palmowy!!) lub innego (rzepakowy, słonecznikowy)
  • 1 cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • garść czarnych oliwek
  • garść pestek dyni
  • szczypiorek
  • pieprz, sól, gałka muszkatołowa (1/3 łyżeczki)
  • makaron
Kalafior ugotować do miękkości i ostudzić. Pokrojoną cebulę i czosnek podsmażyć na oleju aż zrobią się miękkie (ale nie spalone!) i również przestudzić. W blenderze zmiksować kalafior z cebulą, czosnkiem i przyprawami (można dodać trochę wody). Ugotowany, gorący makaron wymieszać na patelni lub w garnku z sosem i oliwkami. Wyłożyć na talerze posypać szczypiorkiem i pestkami dyni.


SMACZNEGO!

niedziela, 22 czerwca 2014

Jaglane placuszki z truskawkami (bezglutenowe)

Zdrowie jedzenie wcale nie musi być nudne i bez smaku. Może wyglądać tak, jak na załączonym obrazku i smakować prawie jak deser w nadmorskim kurorcie. Miło tak rozpocząć dzień, szczególnie tak ponury i pochmurny, jak dzisiejsza niedziela. Dobrego dnia!

Jak to zrobić (10 sztuk):
  • 1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej
  • 2 jajka
  • 3 łyżki mąki gryczanej / kukurydzianej
  • 10 sztuk truskawek pokrojonych w małe kawałki
  • sól i odrobina cukru
Kaszę wymieszać z jajkiem, mąką, solą i cukrem (ok. 1/2 łyżeczki). Na koniec delikatnie wmieszać truskawki. Smażyć z dwóch stron, odsączyć na ręczniku papierowy i podawać posypane cukrem pudrem i owocami.




SMACZNEGO!

wtorek, 17 czerwca 2014

Po co pić zielone smoothie?

Opisując mój plan na najbliższy miesiąc wspomniałam o piciu zielonego smoothie codziennie na kolację. Pewnie dla większości z Was zabrzmiało to dość tajemniczo i nasunęło się kilka pytań: dlaczego zielone? dlaczego smoothie? i w ogóle o co chodzi???
O idei zielonych smoothie pierwszy raz dowiedziałam się z bloga Vi: veganpopcuisine.blogspot.com i od tamtej pory zaczęłam szukać informacji na własną rękę. Przekopując internet znalazłam tysiące filmów, stron i blogów, które zachwalały i propagowały picie zielonych smoothie. Najciekawsza i najbardziej rzetelna wydała mi się strona należąca do rodziny Boutenko, rosyjskich imigrantów mieszkających w Stanach Zjednoczonych, którzy surową wegańską dietę wzbogaconą o zielone smoothie stosuja od lat i, jeśli wierzyć ich słowom, stali się lepszymi i zdrowszymi wersjami samych siebie. Na wykłady i prezentacje ściągają rzesze ludzi pragnących poznać sekret ich zdrowia. Wydali kilka książek dotyczących zielonego stylu życia i postawili sobie za cel uzdrowienie świata. Ponieważ twardo stąpam po ziemi, nie zdecydowałam się stosować do ich surowej wegańskiej diety, ale wprowadziłam do mojego menu zielone smoothie. Zacznę jednak od przyblliżenia Wam tego tematu.

Dlaczego zielone?

Nie jest tajemnicą, że pokarmy roślinne to prawdziwa kopalnia zdrowia i urody - surowe warzywa i owoce oraz orzechy i nasiona to całkowicie naturalne suplementy diety. Niestety na co dzień rzadko z nich korzystamy, zdecydowanie bardziej ufamy środkom farmakologicznym kupowanym w aptekach. Szkoda, ale to temat na inną dyskusję. Wracając do warzyw, szczególnie cenne dla nas są zielone warzywa liściaste czyli wszelkie sałaty, szpinak, rukola, roszponka, liście botwiny, jarmuż itd... dla wegan będących na surowej diecie to właśnie zielenina stanowi podstawowe źródło białka oraz minerałów. Zielenina jest też bogata w kwas foliowy i chlorofil (dostarcza magnezu, wspomaga zwalczanie anemii, wspiera korzystną mikroflorę w jelitach, sprzyja detoksykacji organizmu). Ale powiedzmy sobie szczerze, ile sałaty lub innych liści jesteśmy w stanie zjeść w ciągu dnia? Często niewystarczająco...

Dlaczego smoothie?

I tu na ratunek przychodzą właśnie smoothies. W formie zmiksowanej z owocami i sokiem/wodą możemy bez kręcenia nosem uzupełnić dietę w niezbędną ilość zielonych warzyw, a dodatko całkowicie na surowo, a więc pełnowartościowo! Z własnego doświadczenia powiem Wam, że nigdy nie sądziłam, iż będę w stanie zjeść garść surowych liści botwinki ot tak po prostu. Ale jeśli przygotuję sobie mój truskawkowy chłodnik to wypijam wszystko grzecznie i jeszcze wylizuję blender do czysta. I w ten sprytny i smaczny sposób uzupełniam moją dietę o składniki cenne dla mojej urody i samopoczucia. A dodatkowo taka porcja zastępuje mi jeden posiłek w ciągu dnia, bo najadam się nią lepiej niż talerzem kanapek. Ja wybrałam kolację, ale jeśli zechcecie spróbować wprowadzić taką zasadę u siebie, to oczywiście macie pełną dowolność.
Forma zjadania zieleniny z dodatkami w formie smoothie ma jeszcze jeden atut: organizm dostaje posiłek w formie praktycznie gotowej do wchłonięcia. Nie musi tracić energii na rozdrabnianie i trawienie.

Dlaczego kolacja?

Wybrałam kolację, bo jest to posiłek, na którego przygotowanie i zjedzenie mam najwięcej czasu, ale z drugiej strony chciałabym móc przygotowac coś szybkiego i lekkiego. Jestem już po całym dniu aktywności i marzy mi się zapadnięcie się w kanapę i błogi relaks. Tego samego chce mój organizm, a jak już wiecie, posiłek w formie smoothie nie jest dla niego trudnym wyzwaniem. Dlatego też wieczorem wrzucam wszystkie składniki do blendera, dokładnie miksuję, przelewam do największego kufla w domu i popijam oddając się lenistwu.

Kilka ważnych zasad komponowania smoothie:
  • warto zmieniać zieleninę, na której bazuje smoothie. Jak twierdzi Sergiej Boutenko wszystkie zielone liście mają w składzie śladowe ilości alkaloidów, czyli substancji, które są dla nas toksyczne. Jednak natura jest na tyle mądra, że różne liście obdarzyła różnymi rodzajami alkaloidów, dzięki czemu wymieniając rodzaje liści w smoothies unikniemy przedawkowania tych związków. Dodatkowo te niewielkie ilości alkaloidów pomagają naszemu organizmowi uodpornić się na ich działanie - taka żywa szczepionka
  • na początek przygody ze smoothies proponuję dodawac dużo owoców, teraz jest na to najlepszy sezon! Truskawki, jagody, borówki, czereśnie i inne owoce sprawią, że nasze smoothie będzie przyjemnie słodkie i przy okazji bardzo zdrowe. Wytrawne smoothies lepiej zostawić na później...
  • do przygotowania smoothies najlepiej używać zwykłej wody. Można ja jednak zastąpić sokiem lub w ostateczności mlekiem (ale raczej roślinnym - ma być lekko i zdrowo).
  • w dobieraniu dodatków macie pełną dowolność, liczy się przede wszystkim to, aby Wam smakowało. Pamiętajcie jedynie o obowiązkowej garści zieleniny!
  • niektóre barwniki w roślinach są silniejsze od chlorofilu (np. czerwony, fioletowy), dlatego nie przejmujcie się, jeśli Wasze "zielone smoothie" wcale nie będzie zielone. Dopóki sa w nim liście, wszystko jest w porządku.
To jak, spróbujecie? Na początek podaję Wam mój ulubiony jak na razie przepis na smoothie: Truskawkowy chłodnik. Kto śledzi nas na facebooku już go zna, a kto nie ten niech szybko do nas dołączy :) inspiracje na smoothie będą sie pojawiały głównie na facebooku. Zapraszamy!


Jak to zrobić:
  • umyte liście (bez łodyg) z mniej więcej pęczka botwiny
  • 1/2 banana
  • 200 g (lub więcej) umytych truskawek
  • 1,5 cm kawałek świeżego imbiru, starty na drobnej tarce
  • 1 łyżka jagód goji (opcjonalnie)
  • 1 łyżka nasion chia (opcjonalnie)
  • szklanka wody
Wszystkie składniki wrzucamy do blendera i miksujemy co najmniej przez minutę. Smoothie można przechowywać w lodówce w zamkniętym słoiku przez 2-3 dni.

SMACZNEGO!

sobota, 14 czerwca 2014

Wegańskie kotlety z kalafiora

Chodzenie po osiedlowych warzywniakach tuż przed zamknięciem ma jedną zaletę: można trafić na całkiem fajną promocję na warzywa i owoce, które nie sprzedały się w ciągu dnia, a dłużej już nie mogą leżeć. U mnie na osiedlu na przykład kilogram truskawek można mieć już za 1,50 zł (trochę zwiędnięte i nie tak atrakcyjne, jak świeżo zebrane, ale do musu truskawkowego nadają się idealnie). A dużego kalafiora kupisz już za 1,60 zł (miękki i do zjedzenia natychmiast). Skorzystałam z tej drugiej opcji początkowo myśląc o pizzy na spodzie z kalafiora, którą już kiedyś robiłam. Jednak z braku czasu wybrałam potrawę, którą można zrobić szybciej i za pomocą wyłącznie malaksera: kotlety z kalafiora. Kiedyś już pojawiły się na blogu takie kotlety, ale te są w 100% wegańskie - bez jajka, sera i nawet dodatkowo bez glutenu..warto też wiedzieć, że są bardzo niskokaloryczne, więc można je jeść bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Głodni? To zapraszam!

Jak to zrobić (ok. 20 sztuk):
  • 1 kalafior
  • 2 małe cebule
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 łyżka nasion chia
  • 3 łyżki siemienia lnianego
  • 4 czubate łyżki mąki gryczanej (lub innej, dowolnej)
  • 2 łyżki oleju kokosowego (lub innego)
  • 1 łyżeczka nasion kminu rzymskiego
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku
  • 2 łyżeczki wędzonej papryki
  • 1 łyżeczka oleju sezamowego
  • tabasco/szczypta chilli do smaku
  • sól
Kalafiora, cebule i czosnek wrzucić do malaksera i dokładnie zmiksować. W moździerzu lub młynku do kawy zmielić kmin z tymiankiem (jeśli nie macie moździerza ani młynka mozna przesiekać przyprawy za pomocą ostrego noża). Nasiona chia i siemię zmielić w młynku i zalać 3/4 szklanki ciepłej wody. Przemieszać i odstawić. Do malaksera wrzucić wszystkie przyprawy, olej kokosowy i sezamowy oraz powstały z chia i siemienia "glut". Dokładnie zmiksować, w razie potrzeby podlać nieco wodą. Na koniec dodac mąkę i jeszcze raz dokładnie zmiksować. Masę wstawić na chwilę do lodówki, w tym czasie rozgrzać piekarnik do temperatury 180 stopni. Za pomocą łyżki wykładać kotlety na blachę z papierem do pieczenia. Piec 25-30 minut. Wystudzić całkowicie i dopiero wtedy zdejmować z blachy (w przeciwnym wypadku mogą się rozrywać).



SMACZNEGO!

wtorek, 10 czerwca 2014

Śniadanie Perfekcyjnej Panny Młodej

Wieczór panieński minął jak sen. Nie będę wdawała się w szczegóły, ale bawiłam się świetnie. Teraz jednak, zgodnie z obietnicą daną samej sobie, ruszam do akcji Perfekcyjna Panna Młoda. Cel jest jasny: doskonały wygląd i doskonała forma na ten najważniejszy dzień w życiu. Zasady są proste, zamierzam:
  • wysypiać się (nie bez przyczyny na pierwszym miejsu - sen to najlepszy przyjaciel urody)
  • pić co najmniej 2,5 litra wody dziennie (rano obowiązokwa woda z cytryną)
  • unikać słodyczy, fast foodów i wysoko przetworzonego jedzenia
  • jeść dużo, ale dobrze i mądrze - teraz jest na to idealny sezon!
  • codziennie na kolację wypijać zielone smoothie (warzywno-owocowo-liściaste, o idei zielonych smoothie będzie osobny post)
  • ruch ruch ruch, sport sport sport, jak najczęściej i jak najwięcej
Prawda, że nic trudnego? Obiecałam również, że będę się dzielić z Wami przebiegiem akcji i dziś pierwsza odslona: śniadanie. Już kiedyś pisałam Wam o mojej porannej rutynie, jednak sezon letni zmienił trochę oblicze mojej nieśmiertelnej owsianki. Jest naładowana witaminami i zdrowiem za sprawą kilku drobnych dodatków:



nasiona chia - czyli szałwia hiszpańska. W tych małych, niepozornych nasionkach kryje się ogromna odżywcza moc. Podobnie jak siemię lniane wytwarzają żel pod wpływem wody i zjedzone w takiej postaci doskonale nawadniają komórki (uwaga! Nie wolno jeść zbyt dużych ilości suchych ziaren, bo mogą nas odwodnić!). Z innych dobroci, dostarczają kwasów tłuszczowych omega 3 i omega 6 w korzystnej proporcji, są źródłem wapnia, żelaza i cynku. Mielone ziarna chia można wykorzystywać do zagęszczania zup i sosów - praktycznie i zdrowo. Do kupienia bez problemu na Allegro.


jagody goji - od niedawna w naszym menu. Według niektórych źródeł to "najzdrowszy owoc świata", ale podchodzę do tego sceptycznie, bo inne źródła jako najzdrowsze wskazują owoce acai...jaki sponsor, takie źródło. Prawdą natomiast jest to, że w tych owocach kryje się sporo witaminy C i innych antyoksydantów, które hamują procesy starzenia. W medycynie chińskiej jagody te wykorzystuje się do oczyszczania organizmu, wspomagania nerek i wątroby. Do kupienia na Allegro.

amarantus ekspandowany - brzmi egzotycznie, ale to po prostu ziarenka amarantusa poddane procesowi technologicznemu polegającemu na rozprężeniu rozgrzanego materiału poprzez przejście do ciśnienia atmosferycznego. Amarantus należy do rodziny zbóż, nie zawiera glutenu za to posiada wszystkie niezbędne aminokwasy egzogenne, łatwo przyswajalne żelazo i wapń (ważne dla wegetarian!!). Do kupienia w Rossmannie pod marką Dobra Kaloria.

Pozostałe dodatki do owsianki:
ziarno słonecznika, ziarna dyni, miód gryczany, siemię lniane, truskawki (dużo truskawek!!!), cynamon

Takie śniadanie daje porządnego energetycznego kopa na pierwszą część dnia, wspomaga procesy trawienne i jest pyszne!



SMACZNEGO I NA ZDROWIE!

sobota, 7 czerwca 2014

Pasta alla puttanseca - zbieram siły na panieński

Piszę tego posta z maseczką na twarzy i schnącym lakierem na paznokciach. Już za chwileczkę, już za momencik ruszam z dziewczynami w miasto żegnać mój panieński stan. Nie mam zielonego pojęcia, czego się spodziewać - wszystkie solidarnie nie puszczają pary z ust! Muszę się zatem uzbroić w cierpliwość i czekać spokojnie na godzinę 19:07, gdy wszystko się zacznie!
To, czego na bank mogę się spodziewać to dobra impreza w najlepszym możliwym gronie. I żeby mieć siłę do świętowania i nie zakończyć zbyt wcześnie trzeba się najpierw porządnie najeść. Dla mnie, roślinożercy, takim niezastąpionym konkretem jest makaron. Syci na długo i z powodzeniem zastępuje kawał mięcha. Do makaronu wybrałam sos alla puttannesca, czyli w wolnym tłumaczeniu " sos kur*wski". Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego sos ten przypisano paniom uprawiającym najstarszy zawód świata..może dlatego, że jest tak nieprzyzwoicie pyszny? A może to przez swoje ostre aromaty? Albo z powodu łatwości wykonania, dzięki której można się szybko posilić i nie trzeba robić zbyt długiej przerwy w pracy...? Nie wiem. W każdym razie zbieżność tej potrawy z okazją, przy której ją jem jest całkowicie przypadkowa. My będziemy się bawiły bardzo grzecznie :)

Jak to zrobić (2 porcje):
  • 8 filecików anchois
  • 1 gruby ząbek czosnku
  • 1 puszka pomidorów
  • 2 łyżki kaparów
  • chilli, sól
  • garść czarnych oliwek
  • garść posiekanej natki pietruszki
  • 200 g makaronu tagliatelle
  • oliwa do smażenia
Fileciki i czosnek posiekać drobno i wrzucić na patelnię z lekko rozgrzanym tłuszczem. Podgrzewać kilka minut aż czosnek się odrobinę zrumieni (ale nie przypali!) i dodać kapary oraz pomidory w puszce. Doprawić solą i chilli, oliwki pokroić lub pozostawić w całości i dodać do sosu. W międzyczasie ugotować makaron. Gotowy makaron odsączyć i dodać na patelnię z sosem. Zdjąć patelnię z ognia, wymieszać dokładnie całość i posypać natką.


SMACZNEGO!

środa, 4 czerwca 2014

Przerywamy nasz program, żeby nadać bardzo ważną wiadomość....

Trudno nie zauważyć, że ostatnio jest tu u nas bardzo cicho. Żadnych przepisów, kolejne sezonowe dobroci przemijają, a tu nic! Na szczęście przerwa w nadawaniu jest tymczasowa i już niedługo wrócimy do Was i do naszego bloga. Zanim to jednak nastąpi jesteśmy Wam winni wyjaśnienia. Otóż po 3 radosnych latach narzeczeństwa i beztroskiego konkubinatu postanowiliśmy z Darkiem zostać wreszcie małżonką i małżem. Już niedługo powiemy sobie "YES YES YES" i zaczniemy rozliczać z fiskusem jako rodzina. Proces organizacji tego wydarzenia rozpoczął się już w październiku, ale ponieważ do godziny zero pozostał miesiąc z leciutkim okładem, mamy teraz całą masę obowiązków i dopinania spraw na ostatni guzik i niestety czasu na gotowanie i blogowanie zabrakło. Każdą wolną chwilę poświęcamy na...nicnierobienie, które tak nagle  i bez ostrzeżenia zniknęło z naszego życia :) pocieszamy się jednak, że to okres przejściowy...
Żebyście jednak o nas nie zapomnieli to już od najbliższego poniedziałku spodziewajcie się akcji "Perfekcyjna Panna Młoda" (czyli ja!). W sobotę będę świętować ostatnie panieńskie chwile razem z tłumem moich kochanych dziewczyn, a potem już tylko cisza, spokój, regeneracja i miesiąc na to, by tego najważniejszego dnia błyszczeć jak gwiazda! Od czasu do czasu podzielę się z Wami szczegółami moich przygotowań.

Całujemy i ściskamy Was mocno!!

środa, 30 kwietnia 2014

"Hell's KICZen". O upadku autorytetów słów kilka

Jeszcze niedawno cała Polska śpiewała. Potem pokochaliśmy taniec. Dziś cała Polska gotuje i odkrywszy w sobie kulinarne talenty szturmuje castingi do kolejnych edycji kulinarnych show. W zależności od tego, czy gotujesz w swoich czterech ścianach, czy w kuchni mniejszej lub większej knajpy, możesz zgłosić się do programu dla amatorów lub profesjonalistów. Dla każdego coś się znajdzie. A jeżeli dodatkowo masz nerwy ze stali to koniecznie spróbuj swoich sił w Piekielnej Kuchni Wojciecha Modesta Amaro - właściciela pierwszej polskiej restauracji wyróżnionej prestiżową gwiazdką Michelin. Przyznam, że nie spieszyło mi się do oglądania tego programu, ale wczoraj zwabiona zapowiedzią, w której Amaro całuje uczestniczkę, dałam się skusić i...jak ja tego żałuję.


Program Hell's Kitchen pamiętam z czasów liceum. Wtedy w brytyjskiej wersji programu w Piekielnej Kuchni rządził Gordon Ramsay, genialny kucharz i prawdziwy diabeł! Choleryk i furiat, który wrzeszczał bez litości na swoich kucharzy, rzucał talerzami i nieprzyjemnymi uwagami, ale to miało sens. On taki był, cały Gordon. W Polsce natomiast na czele Piekielnej Kuchni postawiono papciowatego Amaro, człowieka, którego wyraz twarzy sprawia, że raczej chciałoby się go przytulić i pocieszyć niż przestraszyć. I ten miły brodaty pan został wsadzony w gacie Ramsaya i zmuszony formułą programu do rzucania talerzami, przekleństwami, złośliwościami i groźnymi spojrzeniami. Ale przecież jak on wywala jakieś danie do kosza, albo wypluwa w chusteczkę to mam wrażenie, że w środku aż się rwie do tego, żeby przeprosić za swoje niegrzeczne zachowanie! Totalnie nietrafiona osoba, Mateusz Gessler byłby o niebo lepszy. Ale wracając do wczorajszego odcinka, wcześniej już spotkałam się z opiniami, że oglądając program ma się wrażenie, że każda scena, każde słowo jest wyreżyserowane, wytrenowane i całkowicie NIE prawdziwe. I to niestety okazało się prawdą. Miałam wrażenie, że oglądam popis bardzo słabych aktorów wyciągniętych prosto z "Pamiętników z wakacji"! Ludzie, co to była za żenada! Wszystkie emocje: sympatia, komplementy, złośliwości, wszystko, wszystko było udawane i reżyserowane. Wypowiedzi uczestników były tak szczere i spontaniczne jak miłosne wyznania w wenezuelskich telenowelach. "Jesteś wielbicielem książek o Winnetou? Bo taki piękny pióropusz tu zostawiłeś" albo "Ten byczek Fernando, Arek powinien odpaść"...no błagam, kto tak mówi!??? A swoją drogą, oczywiste było, że w programie pozostanie agresywny, bluzgający, prostacki i nielubiany przez nikogo facet, bo gdyby odpadł, to kto robiłby show?
No i wisieneczka na koniec: pocałunek szefa Amaro z nową uczestniczką, która dopiero co dołączyła do programu, a już ugotowała potrawę tak genialną i przypominającą domowe smaki, że szef dał się ponieść swym wyreżyserowanym emocjom i namiętnie ją pocałował (w tym momencie przed oczami stanęła mi finałowa scena z bajki "Ratatuj", w której surowy i nieprzejednany krytyk kulinarny po spróbowaniu podanego ratatouille przypomina sobie dzieciństwo i na fali wzruszenia pozwala, by najlepszej paryskiej restauracji szefował szczur...). Całość byłaby całkiem fajnym chwytem, gdyby nie dwa drobiazgi. Po pierwsze: całowaną uczestniczką była żona Amaro, ukryta pod peruką i zmienionym imieniem. Po drugie: identyczna scena, też z żoną, która niespodziewanie dołączyła do programu, miała miejsce parę ładnych lat temu w kuchni Ramsaya...
I teraz sama nie wiem jak to podsumować. Do tej pory uważałam pana Amaro za prawdziwy autorytet i znawcę, który będzie unikał zaszufladkowania swojej osoby na poziomie Magdy Gessler tak samo zawzięcie, jak The Rolling Stones unikaliby zagrania na Dniach Grzyba w Borzęcinie. Tymczasem sytuacja jest zupełnie inna i czuję się trochę skołowana. Bo z jednej strony, jeśli Polsat zaproponował panu Amaro dobre pieniądze to niby dlaczego miał nie skorzystać? Ale z drugiej, jeśli ktoś pretenduje do miana polskiego kreatora smaków, a swoją restaurację nazywa "atelier" to chyba ma trochę większe ambicje niż być odtwórcą czyjejś roli w takim marnym teatrzyku, a swoich pracowników wolałby dobierać na podstawie faktycznej wiedzy i talentu, a nie w ramach kiepskiego talent show...

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Domowe burgery

Sezon grillowy rozpoczęty. Dla wszystkich mięsożerców, którym znudziły się kiełbaski, kaszanki, indyki/kurczaki, karkówki i inne banały mamy doskonałą propozycję: wołowe burgery. Wcale nie są trudne ani pracochłonne, a smakują świetnie. Można je przyrządzić na grillu, w piekarniku lub na patelni grillowej. Dodatki są absolutnie dowolne - co kto lubi. My zdecydowaliśmy się m.in. na prażoną cebulkę, bo w budkach z hod dogami zawsze dają jej za mało :) natomiast MUSICIE dodać sos z naszego przepisu - jest rewelacyjny!

Jak to zrobić (ok. 10 burgerów):

Burgery:
  • 500 g mielonej wołowiny
  • 1 cebula
  • 150 g pieczarek
  • szczypta mocnego chilli
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 łyżka ziół prowansalskich
  • olej rzepakowy / oliwa z oliwek
  • sól, pieprz
Cebulę, pieczarki i 1 ząbek czosnku podsmażyć na odrobinie tłuszczu. Dodać sól, pieprz i chilli. Mięso przełożyć do miski razem z przestudzoną cebulką z pieczarkami, sosem sojowym, ziołami i dwoma ząbkami czosnku przeciśniętymi przez praskę. Dokładnie wyrobić mięso dłońmi (im dłużej wyrabiane, lepsza struktura burgera). Uformować burgery dłońmi (dłonie wcześniej natłuścić). Przed położeniem na grilla / patelnię burgery trzeba je schłodzić w lodówce.

Sos:
  • 2 żółtka
  • 1 łyżeczka majonezu
  • 1 łyżeczka musztardy francuskiej
  • 2 łyżeczki musztardy sarepskiej
  • 1/2 łyżeczki miodu
  • sól i dużo pieprzu
Żółtka ubić z majonezem, musztardami i miodem na puszystą masę (powinna podwoić objętość). Dodać soli (do smaku) i pieprzu (dużo!!). Schłodzić przed podaniem.

Dodatki:
  • grillowana / podsmażona cukinia, papryka, cebula, bakłażan
  • świeży pomidor
  • sałata
  • prażona cebulka
  • żółty ser




SMACZNEGO!

piątek, 28 marca 2014

Telezakupy w Twoim domu, czyli szturmu suplementów ciąg dalszy...

Pamiętacie posta, w którym ciskałam gromy w kierunku producentów suplementów diety? Dziś kontynuacja wątku. Firmy produkujące suplementy chyba połapały się, że mass media powoli przestają przemawiać do ludzi i postanowili dobrać się do naszych portfeli innymi metodami: przez znajomych, przez przyjaciół, przez lekarzy itd..niestety, sprzedać coś w dzisiejszych czasach wcale nie jest łatwo. Nie ufamy już tak bardzo pięknym ludziom z telewizji, a reklama musi być naprawdę niesamowicie oryginalna, żeby przebic się do naszej świadomości spośród całej tej reklamowej papki. Co innego w sytuacji, gdy przyjdzie do nas znajomy i przyprowadzi taką miłą panią, która opowie o rewolucyjnym suplemencie, płynnym zdrowiu i urodzie w kapsułkach. Początkowo jesteśmy nastawieni sceptycznie, ale widząc znajomego z entuzjazmem kiwającego głową i podpisującego się rękami i nogami pod zbawiennym działaniem oferowanego produktu, po prostu ulegamy. Ale po kolei...

http://bonfirehealth.com/essential-supplementation-fish-oil-omegas-probiotic-efa/
Parę tygodni temu odezwał się do Darka kolega z propozycją spotkania. Nie spotykamy się z nim i jego dziewczyną zbyt często (choć się lubimy), więc byliśmy trochę zaskoczeni. Pierwsza myśl: zaręczyli się, albo zaciążyli. Na bank! Ale kolega powiedział tylko, że ma dla nas fajną propozycję, żebym przyszła koniecznie, bo to coś z dietetyką i że można na tym fajnie zarobić. Nie chciał zdradzić nic więcej, więc umówiliśmy się na spotkanie i umieraliśmy z ciekawości o co może im chodzić. Poniedziałek, godzina 19, wpadamy do umówionej knajpy, a przy stoliku oprócz naszych znajomych siedzi dwoje obcych ludzi i uśmiechają się do nas, jakbyśmy się znali od wieków. Chwila konsternacji, wymiana spojrzeń, siadamy przy stoliku i czekamy co będzie dalej. Początkowo niezobowiązująca gadka szmatka jak w gronie starych przyjaciół, luźna atmosferka, zaczynamy się z Darkiem odprężać i przechodzimy do konkretów. Obca Pani zadaje nam pytanie na start: "Czy wiecie czego dziś najbardziej pragną ludzie?". Pytanie dziwne, ale odpowiedź oczywista: być zdrowi, piękni i wiecznie młodzi. Po tym krótkim wstępie rozpoczęła się prezentacja. Obca Pani przedstawiła nam koncepcję biznesu z USA, której ogólna idea jest taka, że kupujemy produkt, znajdujemy ludzi (znajomych, przyjaciół, rodzinę), która też go kupi i poleci dalej i w ten sposób stworzymy prężną grupę robiącą niemałe obroty amerykańskiej firmie i od tych obrotów każdy dostaje prowizję. Po tym zachęcającym wprowadzeniu Obca Pani zaprezentowała nam produkty. Zaczęło się od podkreślenia, jaka to dzisiejsza żywność jest niedobra, niezdrowa, warzywa i owoce ubogie w substancje odżywcze itd. itp. ble ble ble. Ale na szczęście w USA wynaleziono 3 suplementy, które wszelkie bolączki ludzkości wyleczą: chlorofil z dodatkami, koncentrat z wyciągami z owoców (zaraz zaraz, czy przed chwilą nie mówiła, że dzisiejsze owoce nie mają zbyt wielu substancji odżywczych...?)+innymi bliżej nieokreślonymi składnikami oraz częściowo opatentowany preparat z l-argininą (hm..z tego co wiem preparatów z l-argininą jest całe mnóstwo, tyle że większość z nich ma napakowanego gościa/kobitkę na etykietce...). Cena - bagatelka, jakieś 350 zł za miesięczną kurację dla jednej osoby oraz dodatkowy warunek: jeśli chcesz być członkiem naszej biznesowej grupy to musisz raz w miesiącu kupować zestaw suplementów na własny użytek. Jeden rzut oka na Darka i już wiedziałam "Spadajmy stąd!". Ale głupio tak było przy znajomych, w końcu nas zaprosili i liczą na nas...no to zostaliśmy do końca, wysłuchaliśmy jeszcze kilku historii z życia wziętych (mój tata wyleczył się z nadciśnienia, moje dzieci nie chorują, ja nie choruję, ciocia sąsiada odzyskała wzrok, a stryjenka cioteczna od strony mamy schudła niewyobrażalnie szybko). Autentycznie, czułam się jakbym siedziała przed telewizorem  i ktoś mi wmawiał, że chińskie plasty wyciągną toksyny przez stopy! Tylko, że tutaj wszystko działo się naprawdę, przy akompaniamencie zachęcających uśmiechów naszych znajomych i zapewnień z ich strony, że te środki naprawdę działają, bo mogą teraz spać 4 godziny na dobę i czują się świetnie (czy ja wiem czy to takie zdrowe...). Zaalarmował mnie jednak fakt, że na prośbę o pokazanie opakowania i etykiety reakcja była bardzo chłodna ("a po co", "no skoro już musisz to sprawdź w internecie"). Nie wiem jak Wy, ale jeśli mam cokolwiek zacząć stosować, to lubię wiedzieć co jest w składzie. Poza tym skoro ideą firmy jest pomaganie ludziom, to dlaczego rozpoczęliśmy spotkanie oo rozmowy o tym ile można na całym interesie zarobić...?

Wróciliśmy do domu mocno skołowani, ale zdecydowani nie wchodzić we współpracę z tą firmą. I jeszcze nie zdążyłam ochłonąć, a już dostałam zaproszenie od znajomej, która prowadzi salon piękności, na wykład Pani Doktor o znaczeniu dobrej kondycji jelit w naszym zdrowiu. Pomyślałam: bomba, dawka wiedzy za free to coś dla mnie! Ech, gdybym tylko wiedziała, jaki jest prawdziwy cel tego spotkania...na wykład przyszło kilka pań, Pani Doktor rozstawiła komputerek, rzutnik i zaczęła opowiadać. W przeciwieństwie do rozmowy z Obcą Panią, ta prezentacja zaczęła się od przedstawienia aspektów zdrowotnych i odpowiedzi na pytanie dlaczego chorujemy. Padło kilka mądrych słów na tematy zdrowotne, popartych wiedzą medyczną i żywieniową i już zaczynałam się wkręcać, kiedy nastąpił nagły zwrot akcji. Po uświadomieniu zebranym jak bardzo jesteśmy schorowani, otyli i nieszczęśliwi, Pani Doktor przeszła zgrabnie do drugiej części prezentacji, czyli przedstawienia genialnego szwajcarskiego (dla odmiany) preparatu, który jest rozwiązaniem wszystkich zdrowotnych problemów.  Kolejna cud-kuracja, o której nie wiedzieć czemu nikt do tej pory nie słyszał. Sprawa jest prosta: kupujesz sobie drażetki z błonnikiem (w chwytliwy sposób nazwane przez Panią doktor "włóknem z jabłek organicznych") oraz prebiotykiem, zjadasz 8 dziennie, pijesz przy tym 3 litry wody i jelito w cudowny sposób oczyszcza się ze złogów (hmmm...przecież naturalny błonnik ze zbóż, warzyw i owoców działa tak samo...). Po 2 tygodniach zaczynasz szprycować się aminokwasami (przepraszam, "zdrowym, naturalnym białkiem") na wzrost tkanki mięśniowej, która spali sama z siebie nadmiar tłuszczu i voila! Jesteśmy zdrowi, młodzi, piękni, cofają się procesy starzenia, znika depresja, apetyt na słodycze i cała masa innych bolączek. A to wszystko dzieje się, uwaga uwaga, SAMO! Nie musisz zmieniać diety, nie musisz ćwiczyć! Żyjesz dalej swoim leniwym życiem, a mięśnie same rosną i spalają twój tłuszcz. Cena? Jakieś 400 zł miesięcznie. Dużo, ale na zdrowiu nie można oszczędzać! Na koniec standardowo historie z życia wzięte+zdjęcia przed i po kuracji: ten pan wyleczył się z depresji (i schudł!), tej pani wyprostował się kręgosłup (i schudła!), innej pani wyprostowały się zmarszczki (i schudła! A dodatkowo młodsi mężczyźni proponują jej randki! Wielkie nieba cud!). I znów pomyślałam o chińskich plastrach wyciągających toksyny...
Dodam tylko, że w przeciwieństwie do Obcej Pani, Pani Doktor nie proponowała nam udziału w biznesie. To była zwykła prezentacja reklamowa, ordynarna akwizycja. Pani Doktor, wykorzystując swój autorytet lekarza, wbijała tym biedym kobietom do głów, że ich życie wisi na włosku i już nigdy nie będą szczęśliwe, jeśli nie oczyszczą jelita jej suplementem.

Po tym wszystkim myślę sobie, że najlepiej zarabia się nie tylko na głupocie, ale również na ludzkim strachu. A dziś faktycznie najbardziej boimy się chorób, starości i śmierci. I na tym strachu żerują i pasą się do niewyobrażalnych rozmiarów koncerny farmaceutyczne i producenci "cudownych leków na całe zło". Ja nie wierzę w suplementy. Nie wierzę, że coś, co powstało nawet w najnowocześniejszym laboratorium może być lepsze od tego, co wyrosło w ziemi lub na drzewie. Nie wierzę, że magiczne proszki zbudują w nas tak samo silne i zdrowe mięśnie, jak te, które powstały w efekcie ruchu i ćwiczeń. I Wy też w to nie wierzcie.