Polub nas na Facebooku

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wykorzystanie resztek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wykorzystanie resztek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 września 2016

Pasztet warzywny z sokowirówki

Po pierwsze - nie marnować. Dawno już przerzuciłam się z robienia raz w tygodniu dużych zakupów spożywczych w hipermarkecie na regularne, nawet codzienne wizyty w lokalnych sklepikach i warzywniakach. I chociaż za kilogram marchewki płacę kilka groszy więcej, to w zamian mam pewność, że całą zakupioną marchewkę zużyję w kuchni (ewentualnie poczęstuję nią towarzystwo w stajni). Robienie zakupów w miarę potrzeb - nawet po nieznacznie wyższej cenie, zredukowało znacznie ilość odpadów spożywczych produkowanych w naszym domu. Powiem więcej, w wykorzystywaniu produktów spożywczych powoli osiągam level expert. Już pokazywałam Wam jak zrobić hummus z liśćmi rzodkiewki, które zwykle lądują w koszu (tutaj przepis: KLIK), a dziś podrzucam pomysł na zużycie resztek pozostałych po wyciskaniu soku w domowej sokowirówce. Kto posiada takie urządzenie ten wie, że domowa produkcja soku pozostawia stertę bezużytecznej warzywno-owocowej sieczki, którą:
a. spuszczamy w toalecie,
b. umieszczamy w koszu na śmieci budując niczym J.W. Construction wspaniałe nowe osiedle dla much, mrówek i innych niechcianych lokatorów,
c. wrzucamy do reklamówki i od razu wynosimy na śmietnik,
d. kompostujemy.
Do powyższej listy dodaję dziś opcję:
e. przygotowujemy z niej warzywne burgery/pasztety.
I to jest dla mnie najlepsze rozwiązanie. Nie muszę już trzeć warzyw na ręcznej tarce przeklinając przy tym wszystko i wszystkich wokół. Baza do gotowania robi się sama, a reszta czynności to już czysty relaks przepijany łyczkami świeżo wyciśniętego soku.

Jak to zrobić:
  • ok. 4-5 szklanek warzyw pozostałych po wyciskaniu soku w sokowirówce (u mnie marchew, seler, buraki i jabłka)
  • 1 puszka czerwonej fasoli
  • 1 jajko
  • 1/2 szklanki kaszy manny
  • 5 łyżek sosu sojowego
  • 1 ząbek czosnku
  • dowolne przyprawy (u mnie za'atar, wędzona czerwona papryka)
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 2 łyżki oleju sezamowego/arachidowego lub zwykłego rzepakowego
  • pieprz i sól do smaku
Warzywa udusić na patelni z dodatkiem soli, pieprzu i czosnku przeciśniętego przez praskę. Co jakiś czas podlewać wodą i często mieszać. Po ok. 15 minutach zdjąć z ognia. Fasolę zmiksować blenderem na gładką masę. Wymieszać fasolę z warzywami. Dodać jajko, kaszę mannę i przyprawy. Jajko można dodać na samym końcu, próbując wcześniej czy masa jest dobrze przyprawiona. Keksówkę wysmarować masłem i wysypać tartą bułką. Przełożyć warzywa do formy, posypać wędzoną papryką i ziarnami słonecznika. Piec ok. 30-40 minut w temperaturze 180 stopni.




SMACZNEGO!

środa, 4 maja 2016

Hummus z liśćmi rzodkiewki

Na pewno już kiedyś wspominałam o tym, że w kuchni prawdziwego roślinożercy nic się nie marnuje, prawda? Brzydkie i przejrzałe owoce wcale nie są be. Każdy strączek jest dobry, żeby zamienić go w burgera, a do takiego burgera dodaje się to, co akurat jest pod ręką: zwiędnięta rukola? A może sflaczała cukinia? Wszystko można przerobić. Nie jest to zbyt popularny trend, bo w moim osiedlowym warzywniaku pani zawsze kilka razy się upewnia, czy aby na pewno wolę te przecenione, brązowe i rozklapciałe banany, a Pan na targu zerka podejrzliwie, kiedy na pytanie "Czy oberwać liście rzodkiewek" odpowiedź jest przecząca. W czasach, gdy jeszcze żył Arni (nasza kochana jednooka świnia morska) miałam dobrą wymówkę i faktycznie większość liści pochłaniał on. Teraz, kiedy on biega i kwika radośnie za tęczowym mostem muszę się z tymi liśćmi uporać sama. Pewnie się zastanawiacie, do czego można wykorzystać liście rzodkiewek? Otóż zastosowań jest bardzo wiele: można dodać do smoothie, do pasztetu, do sałatki, do burgera lub tak, jak ja dzisiaj - do hummusu. Liście rzodkiewki są ostre i aromatyczne. Ich smak może Wam się wydać trochę "chwastowy", ale nie musicie ich przeżuwać solo. Dodane do potraw wzbogacają ich smak, a Wam dostarczają extra dawkę witamin i minerałów. Zaryzykujcie, nie będziecie żałować!

Hummus smakuje świetnie w towarzystwie chlebków z patelni bazlama. Przepis tutaj: KLIK.

Jak to zrobić:
  • 1 puszka ciecierzycy
  • sok z 1/2 limonki
  • 1 garść liści rzodkiewki (+ garstka rukoli jeśli lubicie naprawdę ostre potrawy)
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 łyżki pasty sezamowej tahini
  • 4 łyżki oliwy
  • spora szczypta soli
  • pieprz do smaku
Ciecierzycę odsączyć i zblendować z resztą składników na gładką masę. Gdyby pasta wydała się Wam zbyt gęsta możecie dodać trochę wody, ale ostrożnie! Pod wpływem soli liście puszczają wodę w trakcie miksowania.


SMACZNEGO!

sobota, 16 stycznia 2016

Szybkie naleśniki razowe z wędzoną makrelą i warzywami

Niemożliwe! Minęły już dwa tygodnie Nowego Roku, a my nadal trzymamy się noworocznego postanowienia i biegamy 40 minut dziennie, 3 razy w tygodniu. Pierwszy raz w życiu nie złamałam postanowienia przed upływem pierwszych 7 dni stycznia. Będzie rekord. A skąd ten szalony pomysł na bieganie? Ano stąd, że brzuch wisi, boczki wylewają się ze spodni, a waga niebezpiecznie zbliżyła się do nieprzekraczalnej granicy i to był naprawdę ostatni moment na reakcję. Co ciekawe, za rozpoczęciem biegania nie poszły inne, wydawałoby się naturalne decyzje w postaci ostrej diety i słodyczowego reżimu. Jednak efekty widoczne po pierwszym tygodniu biegania sprawiły, że podświadomie zaczęłam pilnować tego, co jem. Lekkie posiłki, nie przejadanie się, nie jedzenie późnym wieczorem, świeżo wyciskane soki warzywne...to wszystko jakoś samo weszło do gry. Dzisiejszy przepis to właśnie taka lekka obiadowa propozycja dla wszystkich dietujących. Niby w składzie są produkty, od których powinno się trzymać z daleka (ot taki ser na przykład), ale ich ilość jest niewielka i z pewnością nie zaszkodzą w odchudzaniu, a przy okazji dadzą naszemu parszywemu mózgowi namiastkę śmieciowego żarcia, którego tak bardzo NIE wolno nam jeść.

Jak to zrobić (4 naleśniki):
  • 1 szklanka mąki razowej
  • 1 jajko
  • 1/4 łyżeczki soli
  • woda
dodatki: 1/2 wędzonej makreli, 4 garście świeżego szpinaku, 1/4 cukinii, kilka boczniaków/pieczarek, 4 łyżki tartego żółtego sera

Z mąki, jajka, soli i wody zrobić ciasto na naleśniki (wody dodać tyle, żeby ciasto miało konsystencję gęstej śmietany). Patelnię natłuścić za pomocą ręcznika papierowego skropionego olejem i smażyć naleśniki.
Cukinię i grzyby pokroić i podsmażyć na patelni grillowej lub zwykłej z odrobiną tłuszczu..Doprawić solą i pieprzem. Szpinak wrzucić na suchą patelnię na minutę, żeby lekko zmiękł. Na każdym naleśniku ułożyć szpinak, warzywa i kawałki makreli. Złożyć na pół i podgrzać w piekarniku lub na patelni pod przykryciem aż ser się roztopi. Podawać z dodatkiem sałaty skropionej sokiem z cytryny i posypanej ulubionymi ziołami lub po prostu z umytą rukolą.


SMACZNEGO!

niedziela, 26 stycznia 2014

Nocne smakołyki - pudding z chleba z czekoladą

Sobota była pracowitym dniem. Najpierw noc przerywana nieplanowanymi pobudkami w okolicach 4 rano, potem pół dnia poświęcone na załatwianie, przymierzanie, zamarzanie, odmarzanie i modlitwy do samochodowych bogów, żeby jeszcze tym razem Almerka odpaliła...wróciłam do domu i opadłam z sił. Zregenerowałam się sałatką (kto śledzi Facebooka ten wie, że była zacna), ale nadal chodziła za mną ogromna chęć na COŚ. My kobiety czasem tak mamy, że dopóki tej chęci nie pokonamy, nie zaznamy spokoju. A pokonać można na 2 sposoby: zawziąć się i zająć czymś innym czekając aż minie, albo spróbować znaleźć to COŚ na co aktualnie mamy ochotę i to zjeść. Osobiście zdecydowanie wolę opcję numer dwa :)
Tym razem, pomimo braku talentu do pieczenia, postawiłam właśnie na wypieki. Ale zanim przejdę do mojego nocnego smakołyku, najpierw krótkie wprowadzenie. Jakiś czas temu, niezrażona wcześniejszymi porażkami, upiekłam bułeczki według przepisu Nigelli Lawson. Jej potrawy to moim zdaniem pewniaki i bez obaw po nie sięgam, wiedząc, że efekt mnie zadowoli. Bułeczki potraktuję, jako wyjątek potwierdzający regułę, gdyż nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Owszem, bułeczki nie wyszły, ale to, co upiekłam z nich po tym, jak całkowicie się zeschły już tak. Jeśli więc macie w domu jakiś czerstwy chleb, którego szkoda Wam wyrzucić i nie zbieracie suchego chleba dla konia, to zróbcie sobie ten pudding. Przepis oczywiście od mojej niezawodnej Nigelli.

Jak to zrobić:
  • 5 czerstwych kajzerek (tylko nie całkowicie wysuszonych)
  • 250 ml kremówki (śmietany 36%)
  • 250 ml mleka 3,2%
  • 50 g gorzkiej czekolady
  • 100 g cukru
  • 2 jajka
  • ekstrakt waniliowy
Cukier wsypać do garnka i postawić na ogniu. Pilnować, żeby się nie przypalił! Gdy zacznie rozpuszczać się i nabierać jasnobrązowej barwy wlać do garnka mleko i śmietanę oraz ekstrakt waniliowy. Na początku cukier momentalnie stwardnieje, ale w miarę podgrzewania zacznie się ładnie rozpuszczać. Gdy zniknie całkowicie zdjąć garnek z ognia i wystudzić. Kajzerki pokroić w grube plastry i ułożyć w naczyniu do zapiekania. Czekoladę posiekać i posypać nią bułki. Kiedy śmietana i mleko w garnku przestygną, wbić do nich jajka i dokładnie wymieszać trzepaczką. Zalać masą kajzerki i zostawić na 10-15 minut aż wchłoną większość płynu. W międzyczasie piekarnik rozgrzać do 170 stopni i piec pudding przez ok. 20 minut. Podawać z jogurtem naturalnym lub śmietaną. Można posypać cynamonem.



SMACZNEGO!

sobota, 30 listopada 2013

Omlet z porami i wędzoną makrelą / Frittata

Nie rozumiem fenomenu łososia. Z niewiadomych przyczyn stał się nagle synonimem luksusu i szczytem elegancji. Jeśli ktoś chce nadać swojej potrawie ekskluzywny charakter niech doda do niej łososia. Najlepiej wędzonego. Zreszta sami odpowiedzcie sobie na kilka pytań: w ilu restauracjach dostaniecie danie ze świeżą makrelą? Która kawiarnia ma w ofercie kanapkę z wędzonym śledziem? To może chociaż karp? Czy kiedykolwiek trafiliście na niego w menu jakiejś knajpki? I co, widzicie? Ten dziwny trend sprawił, że cena łososia sięga w niektórych sklepach kosmicznych wręcz granic, mimo iż większość dostępnych w sprzedaży ryb pochodzi z hodowli. Gdzie tkwi tajemnica? Czy łosoś to ryba o wyjątkowych walorach smakowych? Zdrowotnych? Niezupełnie...
Jak wiemy w rybach najcenniejszy dla nas jest tłuszczyk, bo to w nim kryją się cenne kwasy omega wspomagające nasz organizm. Łosoś zaliczany jest do ryb tłustych, czyli warto go jeść, ALE w tej samej grupie znajdziemy m.in. śledzia, sardynkę i makrelę, które są o wiele tańsze i według mnie smaczniejsze. Szczególnie ta ostatnia, makrela, w smaku bije łososia na rybi łeb. Ma fantastyczne, miękkie, ale zwarte mięso i łagodny smak.
Zatem mój apel na dziś: dajmy szansę innym rybom
A jeśli nie macie pomysłu na danie z "inną rybą", to może spróbujecie mojego omleta? Prosty i pyszny. Darek się zakochał i specjalnie kupił następnego dnia pora i makrelę, żebym powtórzyła ten obiad. Zapraszam!

A już we wtorek zapraszamy na podsumowanie miesiąca bez pszenicy. Rewolucja? Kit? Zobaczycie sami....

Jak to zrobić (dla 2 osób):
  • 1 duży por umyty i pokrojony w półtalarki
  • 1/2 wędzonej makreli
  • 4 ząbki czosnku pokrojone w plasterki
  • 6 jaj
  • 2 łyżki masła
  • sól
  • biały mielony pieprz (koniecznie biały)
  • szczypta gałki muszkatołowej
Masło rozgrzać na patelni i wrzucić pora z czosnkiem. Przesmażyć całość aż por zmięknie (w razie potrzeby podlać odrobiną wody). Następnie patelnię zdjąć z ognia i wymieszać z mięsem makreli (pozbawionym ości). Dopiero teraz doprawić solą oraz sporą szczyptą białego pieprzu i gałką. Postawić ponownie na ogniu, podgrzać i wylać na patelnię rozmieszane w osobnej miseczce jajka. Przemieszać, aby rozłożyć równomiernie pory z rybą w masie jajecznej i pozostawić pod przykryciem na małym ogniu na jakieś 2-3 minuty. Gdy spód się zetnie trzeba delikatnie przewrócić omleta na drugą stronę i smażyć jeszcze przez minutę.


SMACZNEGO!

sobota, 23 listopada 2013

Zupa rybna - TYLKO dla ludzi o mocnych nerwach

Odkąd wyrzuciłam mięso (ssaków i ptaków) ze swojej diety, w naszym domu coraz częściej zaczęły gościć ryby. Świeże, wędzone, zapuszkowane, najróżniejsze. Nagle odkryłam, że ryba to nie tylko kostka z mintaja i śledź, a w lodówkach naszej lokalnej Biedronki oraz Lidla mozna wygrzebać prawdziwe cuda: pstrągi, tołpygi, łososie, tilapie, a nawet tuńczyki. Bardzo lubię i preferuję kupowanie całych świeżych ryb, pozbawionych jedynie wnętrzności po pierwsze dlatego, że są najpewniejsze (można błyskawicznie ocenić ich świeżość), a po drugie ze względów czysto ekonomicznych: jedna ryba to naprawdę solidny posiłek. Mamy jednak pewien problem z tym rodzajem ryb...otóż oboje z Darkiem wzdrygamy się na samą myśl o wyjmowaniu takiej rybie oczu, ale jednocześnie pieczenie ryby z oczami wydaje nam się jeszcze gorsze! Znaleźliśmy jednak pewien kompromis, który jak się okazało przyniósł ze sobą dodatkowe, niespodziewane korzyści. I tak: przed przyprawieniem i przyrządzeniem ryb pozbawiamy je głów jednym wprawnym cięciem, a następnie, żeby śmierć ryby nie poszła na marne, wrzucamy je w foliowych foreczkach do zamrażarki "na później". Brzmi trochę jak wyznanie psychopatycznego mordercy ("pozbawiam swoje ofiary głów, a potem je sobie mrożę..to takie zabawne"), ale uwierzcie mi, że rybie głowy (i generalnie wszystkie resztki pozostałe na przykład po filetowaniu całej ryby, tzn. ości, kręgosłup, płetwy) są wprost wymarzoną bazą do przygotowania pysznej i aromatycznej zupy rybnej! Dzięki temu nie marnuje się nawet kropelka smaku zawartego w rybie.

To co, mamy tutaj twardzieli, którym rybie głowy nie są straszne?

Jak to zrobić:
  • 500 g rybich "resztek" (głowy, kręgosłupy, płetwy)
  • 300 g filetów z białej ryby, bez ości i skóry (dorsz, pstrąg) lub filet z łososia
  • 5 dużych ziemniaków
  • 1/2 selera
  • 2 pietruszki
  • 3 marchewki
  • 2 puszki pomidorów
  • 1 łyżka koncentratu pomidorowego
  • 2 ząbki czosnku
  • sól do smaku
  • 3 liście laurowe, 1 łyżeczka ziaren ziela angielskiego
  • biały mielony pieprz (sporo, zupa musi być pikantna)
  • 1 łyżeczka cukru
  • świeża natka pietruszki do posypania
Rybne "resztki" i pokrojone warzywa zalać zimną wodą. Dodać listek laurowy i ziele angielskie i zagotować. Gdy warzywa zmiękną trzeba delikatnie wyłowić kawałki ryby (jeśli zauważycie wcześniej, że zaczynają się rozpadać to wyjmijcie wcześniej!). Dodać do garnka pomidory i koncentrat i ponownie zagotować. Doprawić solą, pieprzem i cukrem i wcisnąć czosnek. Filety rybne pokroić w kostkę i wrzucić delikatnie do zupy. Gdy tylko będą miękkie i ugotowane zupę wyłączamy i podajemy. Posypać natką pietruszki.



SMACZNEGO!

wtorek, 24 września 2013

Placuszki ryżowe z dynią

Po raz kolejny przekonałam się, że w gotowaniu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Miały być pyszne dyniowe babeczki na bloga, ale wymyślony przeze mnie przepis dał w efekcie 12 niewyrośniętych, gumowatych stworków oraz płaskie zakalcowate ciasto. Żal, smutek i porażka. Co prawda w smaku bardzo dobre, ale absolutnie nie nadające się do pokazania szerszej publiczności. Z tego eksperymentu pozostała mi szklanka dyniowego puree (czyli rozgotowanej i zgniecionej widelcem dyni), i mimo wszystko, sporo zapału do stworzenia jakiegoś dyniowego dania na bloga. Ponieważ smak ciasta/babeczek jest naprawdę ekstra, więc odtworzyłam go w obiadowych placuszkach z dodatkiem wygrzebanego z głębi lodówki ryżu. Tym razem eksperyment udany. Sycące, genialne, gorąco polecam!

Jako to zrobić:
  • 1 szklanka puree z dyni
  • 1 szklanka mąki
  • 1/2 szklanki cukry
  • 1/2 torebki ryżu
  • 3 jajka
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżeczka imbiru w proszku
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
Wszystkie składniki dokładnie wymieszać w misce. Ryż najlepiej dodać na końcu i wymieszać widelcem. Placuszki smażyć na patelni, tylko uwaga!! W cieście jest cukier, więc trzeba dość szybko przewracać placuszki, żeby się nie spaliły.

Z dodatkiem powideł śliwkowych są po prostu bezbłędne!

SMACZNEGO!

sobota, 21 września 2013

Kotlety z wędzoną makrelą

Czasem kusi mnie, żeby spakować swoje graty, pozamykać wszystkie sprawy, wziąć Darka pod pachę i ruszyć w świat. Nie po to, by podróżować, ale po to, żeby zacząć gdzieś zupełnie nowe życie. Tak od zera. Od razu jednak zaznaczam, że takie myśli nie nachodzą mnie w związku obiegową opinią, że "w Polsce żyje się źle, bo mało zarabiamy, mamy głupich polityków ble ble ble"...ja kocham nasz kraj, ale jednocześnie jestem ciekawa, jak żyje się tam, gdzie mnie nie ma. Oczami wyobraźni widzę siebie w jakimś nowojorskim mieszkanku z widokiem na miejską dżunglę, albo w kanadyjskim domku na odludziu, czasem chciałabym wyjechać do Hiszpanii i wieść sielskie życie nad Morzem Śródziemnym, a innego dnia ciągnie mnie do Finlandii i skandynawskich lasów pełnych grzybów i owoców. Wiem, że moje wizje życia w innym miejscu na świecie pewnie mijają się w rzeczywistością, ale lubię sobie czasem pomarzyć i powyobrażać jak by mogło być, gdybym kiedyś zebrała się na odwagę..na szczęście istnieje blogosfera, która pozwala zajrzeć do kuchni w różnych zakątkach świata i potowarzyszyć blogerom w trakcie gotowania. Tak jak na przykład niedawno odkryty przeze mnie blog "The Smitten Kitchen", który ostatnio zdominował historię przeglądania w moim komputerze. Gorąco polecam odwiedzić Deb w jej kuchni, to naprawdę wciąga!
A tymczasem wracamy do polskich realiów. Zapraszam na domowe kotleciki ziemniaczane z wędzoną makrelą, które nie powstałyby, gdyby z wczorajszego obiadu nie została miska puree ziemniaczanego..

Jak to zrobić:
  • ok. 100g puree ziemniaczanego (u mnie z koperkiem i jogurtem naturalnym)
  • 1/2 dużej wędzonej makreli
  • 1 duże jajko
  • 1/2 posiekanej białej cebuli
  • 1/2 pęczka posiekanego koperku
  • 1 ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę
  • 3 łyżki bułki tartej
  • sól i pieprz
Cebulę z czosnkiem lekko zeszklić na patelni i przestudzić. W misce za pomocą widelca połączyć pozostałe składniki do uzyskania gładkiej masy. Dodać cebulę z czosnkiem oraz bułkę tartą i wymieszać. Doprawić solą i pieprzem. Odstawić do lodówki na 15 minut i po tym czasie formować kotleciki i smażyć na rozgrzanej patelni. Jak ktoś lubi to przed usmażeniem można obtoczyć dodatkowo w bułce tartej.



SMACZNEGO!

czwartek, 19 września 2013

Pesto z rukoli

Brak motywacji, brak inspiracji...nie chcę tworzyć posta o pogodzie, więc wybaczcie brak sensownego tekstu w dzisiejszym wpisie. Może dzisiejszy przepis na sos choć trochę przegoni chmury...te za oknem i te w mojej głowie.

PS. Czy tylko ja uważam, że rukola w Lidlu jest sprzedawana w ilości nie do przejedzenia? Nawet tak zapalony zjadacz zieleniny jak ja nie jest w stanie podołać ilości w opakowaniu i zawsze część nadwiędłych listków ląduje w koszu. Dzisiejsze pesto powstało właśnie w celu uniknięcia wyrzucania tych listków...

Jak to zrobić:
  • garść rukoli
  • garść orzechów włoskich
  • 2 ząbki czosnku
  • 1/3 szklanki oliwy z oliwek
  • 3 łyżki wody
  • sól i pieprz
  • 1 łyżka soku z cytryny (opcjonalnie)
W blenderze dokładnie zmielić wszystkie składniki.

U nas pesto posłużyło jako sos do makaronu. Tradycyjnie już powstały dwie wersje: z mięsem i dla roślinożerców.



SMACZNEGO!

czwartek, 15 sierpnia 2013

Ekspresowe ciasteczka owsiane z jeżynami. Bez mąki i jajek.

Ruszamy nad morze. Czeka nad kilka ładnych godzin w samochodzie, więc przygotowałam małą przekąskę, która powinna umilić nam czas podróży. Te owsiane ciasteczka upiekłam dosłownie w ostatniej chwili przed zapakowaniem się do auta. Zdążyły przestygnąć na tyle, żeby cyknąć im zdjęcie, zapakować do pudełka i ruszyć w drogę. Są tak niesamowicie proste i szybkie, że nawet niezbyt wprawny kucharz sobie z nimi poradzi. Polecam przede wszystkim fanom bananów i przeciwnikom marnowania jedzenia (ja do ciastek zużyłam 2 całkowicie czarne banany, dla których ten przepis był jedyną szansą).

Pomysł zaczerpnęłam stąd: klik. Jeżyny dodałam od siebie :)

Jak to zrobić (10 sporych ciastek):
  • 2 banany
  • 1 szklanka płatków owsianych
  • 1/2 szklanki jeżyn
Banany rozgnieść widelcem na miazgę. Dodać płatki i dokładnie wymieszać. Wsypać jeżyny, delikatnie rozgnieść, przemieszać i wyłożyć porcjami na blachę pokrytą lekko natłuszczonym papierem do pieczenia. Piec 15 minut w temperaturze 180 stopni. Przed podaniem wystudzić, żeby trochę stwardniały. Jednak uwaga: te ciasteczka nigdy nie będą tak twarde, jak klasyczne ciastka owsiane.


SMACZNEGO!

czwartek, 13 czerwca 2013

Seler na zdrowie

Wariacji na temat wegetariańskich burgerów ciąg dalszy. Wciąż próbuję, kombinuję, mieszam i miksuję, ale nadal nie mogę znaleźć receptury idealnej, która sprawi, że mój burger będzie miał odpowiednią konsystencję i strukturę, nie będzie zbyt miękki, zbyt twardy, rozwalający się itd..na bloga wrzucam te przepisy, które są najbliżej ideału, ale to nadal nie jest to.
Tym razem kolejny prawie idealny burger w wersji selerowej. Nowością jest obecność w składzie niedawno odkrytych przeze mnie nasion chia oraz babki płesznik.

Nasiona chia - jest to inna nazwa nasion szałwii hiszpańskiej. Niewielkie, niepozorne nasionka okazały się być bogatym źródłem kwasów omega-3 i omega-6 (ponoć bogatszym niż ryby w przeliczeniu na 100 g, ale kto da radę wchłonąć 100 g nasion...). Doskonale oczyszczają organizm dzięki sporej dawce błonnika, co jest cenne przy odchudzaniu. Mają też pewną wyjątkową cechę - po zalaniu wodą zamieniają ją w żel (podobny do tego wytwarzanego wokół nasion rzeżuchy), dzięki czemu świetnie nawilżają i nawadniają organizm. Kulinarnie tę cechę można wykorzystać do zagęszczania sosów, czy zup i własnie w takim celu użyłam ich w dzisiejszym przepisie.

Nasiona babki płesznik - preparaty z nasion babki płesznik stosowane są w leczeniu zaparć oraz przy wspomaganiu odchudzania. Wysoka zawartość śluzów bardzo skutecznie usprawnia pracę jelit oraz łagodzi podrażnienia ścianek przewodu pokarmowego, a zdolność wiązania wody sprawia, że nasionka pęcznieją w żołądku dając uczucie sytości. W kuchni może nam posłużyć jako doskonały zagęstnik, podobnie jak nasiona chia.

Muszę przyznać, że w zagęszczaniu te ziarenka naprawdę nieźle sobie radzą. Do burgerów nie użyłam ani grama mąki czy tartej bułki, a mimo wszystko trzymały się kupy.

Jak to zrobić:
  • 1 mały seler
  • 6 pieczarek
  • 1 puszka białej fasoli
  • 1 duże jajko
  • 3 ząbki czosnku
  • 1/2 szklanki mielonych płatków owsianych
  • 1 łyżeczka nasion babki płesznik
  • 1 łyżeczka nasion chia
  • 1 łyżeczka nasion siemienia lnianego
  • 1 łyżeczka nasion sezamu
  • 1/2 łyżeczki oleju sezamowego (dosłownie kilka kropelek)
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie garść tartego sera typu parmezan
Selera zetrzeć na tarce. Grzyby posiekać i poddusić 5 minut na rozgrzanej patelni. Po tym czasie dodać tartego selera, podlać odrobiną wody i dusić do miękkości. Wyłączyć gaz, wcisnąć do warzyw czosnek, wymieszać i odstawić do ostudzenia. W międzyczasie zmiksować fasolę, a w młynku lub moździerzu zmielić nasiona babki, chia, lnu i sezamu. Do wystudzonego selera wbić jajko, wsypać mielone nasiona i płatki, fasolę, posolić, popieprzyć i dokładnie wymieszać. Dodać olej sezamowy i tarty ser. Dokładnie wymieszać i wstawić na minimum pół godziny do lodówki. Smażyć na rozgrzanej patelni lub zapiec w piekarniku.



SMACZNEGO!

czwartek, 14 lutego 2013

Kotlety jajeczno-szpinakowe i wszystkiego naj Walentym!

Nie wiem jak Wy, ale ja mam mnóstwo kulinarnych wspomnień z przedszkolnego dzieciństwa. Mogę nie pamiętać twarzy pani przedszkolanki, ale na pewno nigdy nie zapomnę jak smakowało obrzydliwe przedszkolne kakao. Przykłady mogłabym mnożyć w nieskończoność, generalnie jak się głębiej zastanowić to ja lubiłam zadziwiająco dużo potraw jak na typowego brzdąca. Do dziś pamiętam smak barszczu ukraińskiego, ogórkowej, mizerii i buraczków. Kochałam zupy mleczne (zresztą kocham je do dziś), które codziennie gotował mój Tata jeszcze długo po zakończeniu okresu przedszkola. Ale jest coś, co wspominam szczególnie dobrze - kotlety z jajka. Uwielbiałam je i chciałabym kiedyś odtworzyć ich smak w domu. Na razie nie trafiłam na godny przepis, ale podobno moja Mama potrafi takie robić, więc muszę się do niej szeroko uśmiechnąć :)
Tymczasem podarowałam sobie namiastkę smaku dzieciństwa i z resztek w lodówce zrobiłam kotleciki ziemniaczano - jajeczno - szpinakowe. Nie smakowały jak te z przedszkola, ale były bardzo smaczne, a do tego wykonanie jest po prostu banalne.
A swoją drogą, dziś chyba są Walentynki? Wybaczcie brak serduszkowych przepisów nafaszerowanych afrodyzjakami. Nas to święto jakoś nie kręci - Darek idzie na zajęcia, a ja na piwo z koleżanką :) ale wszystkim Walentym z okazji imienin życzymy zdrowia i spełnienia marzeń, a zakochanym z okazji ich dnia życzymy spełnienia w miłości i wiecznych motylków w brzuchach.

Jak to zrobić (4 sztuki):
  • puree z 2 ziemniaków z masełkiem
  • garść liści zblanszowanego szpinaku (u mnie resztka z Bibimbapu)
  • 2 jajka na twardo
  • 1 jajko surowe
  • 2 czubate łyżki mąki
  • chilli, sól
  • bułka tarta do panierki
Jajka na twardo zetrzeć na tarce z dużymi oczkami. Wymieszać z pozostałymi składnikami (oprócz bułki tartej). Wilgotnymi dłońmi formować kotleciki, obtoczyć w bułce tartej i smażyć na rozgrzanej patelni.



SMACZNEGO!

niedziela, 3 czerwca 2012

Kiedy w brzuchu burczy, a w lodówce tylko światło...

smutny widok po powrocie do domu...
Bywa tak, że natłok zajęć w tygodniu i intensywny weekend odsuwają na bok obowiązek uzupełniania braków w lodówce. Niby zawsze coś tam jest do skubnięcia, niby jest ok. bo wyjadamy resztki i nic się nie marnuje, ale przychodzi taki moment, w którym naprawdę nie ma już nic. Tak właśnie było niedawno u nas. Darek zjadł na mieście, ja wzięłam coś do pracy i na obiad nie było już kompletnie NIC. Chwila zastanowienia i: makaron jest, mleko jest, jajko jest, żółty ser jeszcze nie wyszedł, jakaś zielenina się znajdzie..no to jedziemy :)

Jak to zrobić:
  • dowolny makaron w ilości dowolnej
  • jajko
  • 1 cebulka dymka pokrojona w cienkie plasterki
  • dużo tartego żółtego sera - można danie uszlachetnić dając np. parmezan. Ser, który był w mojej lodówce był już w tak zaawansowanym stadium zeschnięcia, że przy odrobinie wyobraźni poczułam się jakby to był parmezan :)
  • ok. 4 łyżek mleka
  • ząbek czosnku
  • garść posiekanej natki pietruszki, koperku, bazylii lub co tam mamy pod ręką
  • sól i pieprz 

Makaron ugotować. W międzyczasie połączyć w misce czosnek, cebulkę, ser, jajko i mleko. Doprawić solą i pieprzem. Z garnka z gotującym się makaronem odlać ok. pół szklanki wody (trick Nigelli i zagęszczenie sosu. Szczegóły za chwilę). Po ugotowaniu makaron odlać i wrzucić z powrotem do garnka. Dolać wodę z gotowania i mieszankę serowo-jajeczną. WAŻNE: nie należy już podgrzewać, bo zrobi się jajecznica z makaronem. Dokładnie wszystko wymieszać i połączyć aż ser się rozpuści, a sos nieco zgęstnieje. Nie będzie oczywiście tak gęsty, jak ten z torebki, ale nie będzie też wodnisty. Dla mnie super. Na wierzch posypać jeszcze trochę sera.



SMACZNEGO!