Polub nas na Facebooku

piątek, 17 kwietnia 2015

Czekoladowy deser z tapioki

Tuż po świętach mieliśmy dzień wolnego na tournee po sklepach z ciuchami w celu odświeżenia garderoby. NIE-NA-WIDZĘ łażenia po sklepach! Uważam to za zło konieczne i chociaż nowy ciuch zawsze cieszy to proces poszukiwania go w miliardzie sklepów oraz grzebanie między wieszakami zniechęca mnie tak bardzo, że nagle stary wyciągnięty sweterek staje się całkiem ładny, a sprana koszulka wygląda jakby nieco lepiej. Dochodzi jednak do takiego momentu kiedy po prostu nie ma innego wyjścia i ruszam do galerii. Poświąteczne zakupy zabrały nam cały dzień i gdyby nie jeden szczególny element pewnie miałabym dołujące poczucie straconego czasu. Tym jasnym punktem była wizyta w stołecznej restauracji Mezze, w której podają doskonały falafel i jeszcze lepszy hummus. Jedzenie było po prostu prze prze przepyszne!! Gorąco polecam, knajpa do najtańszych nie należy, ale najeść się można po korek..
Poza falafelem i hummusem skusiliśmy się na tajemniczo wyglądający deser z tapioki. Nigdy wcześniej jej nie próbowaliśmy i pomimo pękającego w szwach żołądka skusiliśmy się. Co to tapioka? To skrobia pozyskiwana z manioku, którą w sklepach typu "Kuchnie świata" można kupić w postaci granulek lub mąki. Podobnie jak skrobia ziemniaczana, tapioka służy do zagęszczania potraw i w kontakcie z cieczą tworzy coś na kształt budyniu. Do deserów wykorzystuje się głównie tapiokę w granulkach, bo nadaje dodatkowo fajnej konsystencji. Jeśli ktoś lubił w dzieciństwie (i nie tylko) kaszki i budynie z grudkami to będzie zachwycony :)

Jak to zrobić (2 solidne porcje):
  • 1/2 szklanki tapioki
  • 2,5 szklanki mleka (krowiego lub roślinnego)
  • kakao słodzone typu Nesquick (u nas 2,5 łyżki)
  • truskawki mrożone (300g)
  • 2 łyżeczki cukru (niekoniecznie)
  • esencja waniliowa
  • nasionka chia (2 łyżki)
Mleko zagotować z kakao. Wsypać tapiokę i gotować na małym ogniu cały czas mieszając przez ok. 20 minut (tapioka musi się zrobić przeźroczysta). Truskawki rozmrozić i odsączyć sok. Do soku wsypać nasionka chia i odstawić na bok aż zgęstnieje. Truskawki zmiksować z cukrem i esencją, dodać namoczone nasionka chia (jeśli nie dodajecie nasionek, to odcedzony sok wykorzystajcie w innym przepisie). Do szklanek nakładać przestudzony budyń z tapioki. Na wierzch wylać sos truskawkowy i wstawić do lodówki na ok. godzinę.





SMACZNEGO!

wtorek, 14 kwietnia 2015

Tarta z łososiem, mozzarellą i pomidorami

Kiedy byłam mała i przychodziły do mnie koleżanki gościłam je najczęściej chipsami i ciastkami. Czasem, jak koleżanki się zasiedziały, to moja mama robiła nam kanapki i wówczas wizyta przyjmowała bardziej ekskluzywny charakter. Potem były studia, a na studiach najczęściej na stole stawiało się piwo i paluszki, ewentualnie przy dłuższych posiedzeniach zamawiało pizzę w rozmiarze XXXL. I też było dobrze. A dziś, w świecie ludzi tuż przed i tuż po trzydziestce postawienie samotnych chipsów na stole to prawdziwa hańba! Dziś gości podejmuje się deskami serów, sałatkami, makaronem, domowym sushi lub pizzą - ale tylko taka zrobiona własnoręcznie. Fajne to, miłe, ale dość stresujące, szczególnie jak masz mało czasu i wysilając umysł w poszukiwaniu koncepcji kulinarnej bezwiednie zerkasz na szufladę, w której trzymasz ulotki od chińczyka, z kebaba lub z pizzerii.
Ja lubię mieć gości i lubię czasem coś fajnego dla nich ugotować, ale  nie uważam, żeby spotkania przy bogato zastawionym stole były mniej wartościowe od tych przy laysach o smaku zielonej cebulki lub serowych cheetosach. O ile na tę drugą opcję spotkań nie potrzeba specjalnych inspiracji, o tyle dla osób szukających pomysłu na szybkie i smaczne danie mam dziś sprawdzoną propozycję. Przepis pochodzi z książki "Pascal kontra Okrasa" wydanej rok temu przez Lidla. Przepis w całości przygotowany przez Darka, więc wierzcie, że do wybitnie trudnych nie należy :)

Jak to zrobić:

  • 200 g ciasta francuskiego
  • 5 jajek
  • 100 g śmietany 30%
  • 340 g pomidorów (nie ważyliśmy, użyliśmy 4 pomidorów)
  • 150 g wędzonego łososia
  • 1 pęczek szczypiorku
  • 185 g mozzarelli (zużyliśmy 1 kulkę)
  • 5 g masła
  • 5 g mąki
  • listki bazylii (nie użyliśmy w przepisie)
  • sól, pieprz
  • od nas: kilka suszonych pomidorów
Pomidory pokroić w kostkę (można wcześniej sparzyć i obrać ze skórki). W misce wymieszać jajka, śmietanę i posiekany szczypiorek. Formę do tarty wysmarować masłem i wysypać mąką. Ciasto francuskie wyłożyć do formy, nakłuć widelcem i wstawić do zamrażarki na 20 minut. Na cieście rozłożyć łososia i pokrojoną w plastry mozzarellę. Następnie położyć pomidory, doprawić solą i pieprzem i zalać masą jajeczno-śmietanową. Na wierzchu ułożyć pokrojone suszone pomidory. Piec przez 20-25 minut w temperaturze 160 stopni (z termoobiegiem). Gotową tartę posypać listkami bazylii.



SMACZNEGO!

piątek, 13 marca 2015

Zjadłabym coś słodkiego...ciastka owsiane z pomarańczą, imbirem i białą czekoladą

Pamiętacie moją przyjaciółkę z Wrocławia? Otóż obie mamy teraz fazę na jedzenie słodyczy non stop..o każdej porze dnia i nocy. Pokusa jest tak silna, że jeśli w domu nie ma nic słodkiego to choćby na zewnątrz szalało tornado, nic nie przeszkodzi nam w wyjściu do lokalnego spożywczaka po jakieś słodkości. Straszne, mówię Wam. I niestety na taką cukrową chcicę nic poza czystym rafinowanym cukrem nie pomoże. Żadne tam oszukiwanie się owocami, bakaliami, herbatą..zapomnijcie! Musi być kalorycznie, obrzydliwie słodko i najlepiej z czekoladą. Najlepsze jest to, że sobie nawzajem potrafimy dawać naprawdę złote rady! Mamy mnóstwo genialnych pomysłów na pokonanie pokus, z tym że żadna z nas nie umie ich wprowadzić w życie. Jednym z takich cudownych pomysłów było: "ok. masz ochotę na słodycze? To możesz zjeść, ale pod warunkiem, że wyprodukujesz je sama w domu. Upiecz ciasto, ciastka, zrób jakiś inny deser i jedz do woli - ale masz zakaz wychodzenia do sklepu." Dobre, nie? I mogłoby być całkiem skuteczne, gdyby któraś z nas się do tego kiedykolwiek zastosowała...
No to dziś zarządzam koniec tej beznadziejnej sytuacji! Wprowadziłam złotą radę w życie i jestem taka dumna!! Parcie na słodkie było tak ogromne, że pracowałam jak w jakimś transie. Koncepcję wymyśliłam w trakcie, kilka razy ją zmieniając. Udało się i świętuję ten sukces kolejnym ciasteczkiem domowej roboty. Spróbujcie, ciastka są naprawdę świetne!

Jak to zrobić (10 ciastek):
  • 1 szklanka płatków owsianych
  • 1/2 szklanki mąki kukurydzianej (może być też zwykła pszenna)
  • 1/4 szklanki nasion sezamu
  • 50 g białej czekolady (posiekanej)
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 2 cm kawałek świeżego imbiru starty na tarce
  • 1 łyżka nasion chia zalana ok. 1/2 szklanki wody (lub 1 jajko)
  • 3 łyżki rozpuszczonego oleju kokosowego lub innego roślinnego
  • 2 solidne łyżki miodu
Wymieszać suche składniki w misce. W osobnej misce wymieszać namoczone chia / jajko z olejem, rozpuszczonym miodem, imbirem i skórką pomarańczy. Połączyć wszystkie składniki. Formować ciasteczka i piec w 160 stopniach przez ok. 20 minut. Można ostudzone ciastka udekorować białą czekoladą roztopioną w kąpieli wodnej.


SMACZNEGO!

wtorek, 10 marca 2015

Wegańska pasta z czerwonej fasoli - do kanapek (nie pasztet, żeby nie było!)

Na różnych wegańsko-wegetariańskich blogach spotkałam się z dyskusjami na temat nazewnictwa potraw bez mięsa i produktów zwierzęcych. Były one wywoływane najczęściej przez mięsożerców (czasem, o zgrozo, przez fanatycznych wegan) i zawsze zaczynało się od tego samego: "Skoro gardzicie mięsem to po co tworzycie substytuty potraw mięsnych??". No tak, w końcu na przykład smalec to produkt jasno zdefiniowany i wegańska wersja smalcu z użyciem białej fasoli zamiast świńskiego tłuszczu nie będzie już smalcem, tylko pastą z fasoli. Nazywając ją smalcem stajemy się politycznie niepoprawni, bo w końcu jeśli ktoś nie je mięsa, to powinien z obrzydzeniem odwracać głowę od wszystkiego, co może się z mięsem kojarzyć. A parówki sojowe? Jak można sięgać w sklepie po coś, co nawiązuje do okrucieństwa i cierpienia zwierząt, których zwłoki przerabiane są na parówki.
Czytam sobie to wszystko - argumenty za i przeciw - i myślę sobie, że szaleństwo rozpętane ostatnio wokół żywienia i diet najróżniejszych powoli osiąga szczyt (to dobrze, bo potem będzie już tylko lepiej..mam nadzieję). Co to kogo obchodzi, jak nazwę moją potrawę? Czy nie mogę nazwać ciasta "Kopcem kreta" dopóki nie jest zrobione z ziemi i nie siedzi w nim kret z łopatką? Jeśli mogę, to dlaczego zabrania mi się piec pasztety, smażyć kotlety, robić sos boloński lub carbonarę bez użycia mięsa? Przecież tu nie chodzi o mięso, a o smak - jeśli carbonara z kalafiora smakuje podobnie do tej z boczkiem to nazwę ją carbonarą, czy się to komuś podoba czy nie. Ja nikogo nie zmuszam do wegetarianizmu, nie potępiam i nie zrywam kontaktów z ludźmi, którzy w zabijaniu zwierząt nie widzą nic złego. Każdy ma swoje sumienie, swój światopogląd i jeśli zechce to może się otworzyć na nowości, a jeśli nie to jest jego prywatna sprawa. Ludzie, więcej luzu. Jeśli chcę zjeść wegańską parówkę lub szynkę, która nie została wycięta z tyłka świni tylko zrobiona z przetworzonej soi to do cholery zjem!
No! To teraz podaję przepis na pastę, a wy ją sobie nazywajcie jak chcecie.

Jak to zrobić:
  • 1 puszka czerwonej fasoli
  • 5 suszonych pomidorów
  • 4 gałązki świeżej bazylii
  • 2 łyżki oliwy z pomidorów
  • sól, chilli
Fasolę przepłukać. Wszystkie składniki dokładnie zmiksować na gładką masę.


SMACZNEGO!

sobota, 7 marca 2015

Granola jabłkowo-klonowa z orzechami

Robienie granoli w domu wchodzi w krew. Jest wciągające, uzależniające i jak już ktoś zacznie to nie przestanie - a na pewno nie wróci nigdy, przenigdy do sklepowych mieszanek. Moja do tej pory ulubiona wersja (tutaj: KLIK) wydawała mi się doskonała i nie do pobicia, ale niestety - spróbowałam granoli z orzechami laskowymi zrobionej przez Oleksiaka.. była świetna! Orzechy laskowe uwielbiam, a upieczone dodatkowo w piekarniku z płatkami i resztą dodatków mogłabym jeść bez przerwy. Postanowiłam sobie, że moja następna granola musi mieć je w składzie, bo w przeciwnym wypadku umrę na pewno. I ma. Komu zdrowe śniadanie?

Jak to zrobić:
  • 1 szklanka płatków owsianych
  • 1/2 szklanki otrąb owsianych
  • 1/2 szklanki siemienia lnianego
  • 1/2 szklanki pestek słonecznika
  • 1/2 szklanki pestek dyni
  • 1/2 szklanki orzechów laskowych
  • sok z 1 limonki
  • 1 małe jabłko starte na drobnej tarce
  • 4-5 łyżek syropu klonowego
  • 1 łyżka płynnego oleju kokosowego lub innego
  • szczypta soli
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
Orzechy posiekać (ale niezbyt drobno). Wszystkie suche składniki umieścić w misce. W mniejszej miseczce wymieszać starte jabłko (musi być drobniutko starte - na papkę), syrop klonowy, sok z limonki i olej. Wlać mokre składniki do suchych i dokładnie wymieszać. Wyłożyć na blachę z papierem do pieczenia i wstawić do nagrzanego piekarnika (150-160 stopni) na maksymalnie 20 minut. Co 5 minut granolę trzeba przemieszać, żeby się nie przypaliła. Wystudzić, przechowywać w słoiku.


Sobotnie śniadanie: szklanka zsiadłego mleka zmiksowana z bananem + granola

SMACZNEGO!

czwartek, 5 marca 2015

Moussaka

Ostatnio odezwała się do mnie koleżanka z zamówieniem na następny przepis na blogu i poprosiła o jakąś zapiekankę z mięsem. Trudna sprawa, bo mięsa nie jadam, a Darek ostatnio do garów się nie garnął... ale cóż, obiecane, klepnięte, musi być. Chwilę pogrzebałam w pamięci w poszukiwaniu jakiegos przepisu, który spełniałby kryteria i przypomniałam sobie o moussace - greckiej zapiekance z mięsa mielonego i bakłażana. Całkiem fajny przepis na to danie znalazłam w książce kucharskiej wydanej rok temu przez Lidla - "Pascal kontra Okrasa", ale wykonanie pozostawiłam głównemu mięsożercy w naszym domu. I zupełnie niespodziewanie okazało się, że też mogę takiej moussaki spróbować, bo Darek podzielił zapiekankę na część wege i nie-wege. W nie-wege oczywiście użył mięsa, a w wege znalazła się czerwona soczewica z pieczarkami - pyyyycha!

Przepis podaję za książką i stroną www.kuchnialidla.pl, ale od razu zaznaczam, że Darek użył połowy składników. Z całości wyjdzie zapiekanka dla dużej głodnej rodziny, chociaż książka podaje, że to porcja dla 4 osób...

Jeśli przeraża Cię robienie beszamelu, to myślę, że ogranieczenie się do posypania zapiekanki pokruszoną fetą z oliwkami też się sprawdzi.

Jak to zrobić:

  • 2 bakłażany, umyte i pokrojone wzdłuż na plastry o grubości 1 cm
  • 3 cukinie, umyte i pokrojone wzdłuż na plastry o grubości 1 cm
  • 50-70 ml oliwy z oliwek
  • 2 duże cebule, posiekane
  • 1 kg mielonego mięsa wieprzowo-wołowego
  • szczypta mielonego cynamonu
  • 500 g przecieru pomidorowego
  • 100 ml czerwonego wina
  • 600 ml mleka
  • 120 g masła
  • 100 g mąki
  • 2-3 szczypty gałki muszkatołowej
  • 1 opakowanie sera typu greckiego
  • 2 żółtka
  • sól
  • pieprz
Na patelni rozgrzewamy oliwę z oliwek. Solimy i smażymy plastry bakłażana z obu stron. Usmażone kawałki bakłażana odsączamy na ręczniku papierowym. W ten sam sposób smażymy plastry cukinii.
W garnku rozgrzewamy 2 łyżki oliwy z oliwek, wrzucamy posiekane cebule i smażymy je do zeszklenia. Mieszamy. Dodajemy 1 kg mięsa mielonego, mieszamy drewnianą łyżką.
Do podsmażonego mięsa dodajemy przecier pomidorowy, mieszamy, następnie dodajemy czerwone wino i szczyptę cynamonu. Mieszamy. Zmniejszamy ogień i gotujemy jeszcze przez mniej więcej 20 minut.
Na sam koniec gotowania doprawiamy pieprzem i solą. Mieszamy.
W garnku na wolnym ogniu rozpuszczamy 120 g masła, dodajemy do niego 100 g mąki, prażymy mąkę z masłem przez 2 minuty, cały czas mieszając drewnianą łyżką. Stopniowo dodajemy 600 ml mleka, całość mieszamy za pomocą trzepaczki. Doprawiamy solą i pieprzem, następnie dodajemy 2 szczypty gałki muszkatołowej i żółtka. Mieszamy i odstawiamy (możemy na koniec doprawić jeszcze szczyptą gałki muszkatołowej i solą do smaku).
Plastry bakłażana układamy na dnie naczynia żaroodpornego, na bakłażanie układamy plastry cukinii, następnie wykładamy mięso z sosem pomidorowym. Całość zakrywamy sosem beszamelowym, górę posypujemy pokruszonym serem typu greckiego i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180°C (termoobieg) na 45 minut (musakę możemy zapiekać nawet 60 minut).



SMACZNEGO!

czwartek, 5 lutego 2015

Regeneracja włosów "śliną bernardyna"

Temat mało związany z gotowaniem, ale wyniki tego eksperymentu są tak niesamowite, że muszę się z Wami podzielić!
Nigdy nie miałam szczególnych problemów z włosami, ale regularnie dwa razy w roku (w środku lata i w środku zimy) przez kilka tygodni moje włosy są osłabione, matowe i wypadają na potęgę. W tym okresie nic na nie nie działa - żadne skrzypovity ani inne suplementy. Po prostu jakaś część włosów jest skazana na śmierć, a potem wszystko wraca do normy. Tej zimy okres linienia niepokojąco się przedłużył, a moje wszechobecne w domu kłaki już nawet mi zaczęły przeszkadzać. Na serio się zmartwiłam i po raz kolejny spróbowałam kuracji skrzypem - nic. Cały miesiąc łykania tabletek na nic. Stosowałam też najróżniejsze odżywki na wzmocnienie i to również nie pomogło. Kiedy policzyłam, że taka sytuacja ciągnie się już trzeci miesiąc załamałam się. Uwielbiam moje włosy, zawsze o nie dbam i jestem z nich dumna, więc myśl o tym, że mogłabym je na zawsze stracić (czy choćby połowę z nich) sprawiała, że chciało mi się wyć.
Pewnego dnia moja mama zauważyła, że mam bardzo matowe włosy i może powinnam jeść siemię lniane. Co prawda siemię jem codziennie, ale ta rada jakoś utkwiła mi w głowie i nie dawała spokoju. Przypomniałam sobie, że kiedyś na blogu "Qchenne inspiracje" (KLIK) autorka też przechodziła trudny czas ze swoją skórą i włosami i zorganizowała akcję Regeneracja, która polegała na tym, że przez 2 tygodnie piła koktajl z pietruszki i wywar z siemienia lnianego. Jej pomogło, więc ja też postanowiłam spróbować.
Koktajl z pietruszki odpuściłam, bo kupowanie natki zimą to mało opłacalny biznes. Ale patent z siemieniem bardzo mi się spodobał i jeszcze tego samego dnia zaczęłam kurację.
Mało apetyczne prawda? :)
Hm...od czego by tu zacząć...może od tego, że picie zmiksowanego wywaru z siemienia jest skierowane raczej do twardzielek. I nie chodzi o jego smak, który jest raczej neutralny, a o konsystencję. Kojarzycie takie psy bernardyny? Na pewno. I na pewno kojarzycie taki widok, gdy z pyska bernardyna zwisa ciągnąca się strużka śliny. Tak zwisa, zwisa, powoli rozciąga się ku ziemi aż w końcu urywa się albo zostaje wytarta o Twoje spodnie lub ewentualnie owija się wokół psiego pyska na skutek trzepania głową. Skoro już macie ten widok przed oczami to teraz musicie mieć świadomość, że porównanie napoju z siemienia do śliny bernardyna nie jest przypadkowe. Jego konystencja przypomina coś pomiędzy meduzą, kisielem, a śliną bernardyna właśnie. Darek na jego widok odwraca z obrzydzeniem głowę - widocznie nie jest twardzielem :) ja wypijam, bo dla ratowania moich włosów moję wycierpieć wszystko! I powiem Wam, że do wszystkiego można się przyzwyczaić, najgorzej jest na początku.
A efekty? Opłaca się wypijać kubek tego paskudztwa? TAK TAK i jeszcze raz TAK!!!! Wywar z siemienia zdziałał u mnie cuda! Założyłam, że będę go piła przez miesiąc, ale minął tydzień, a już widzę poprawę. Przede wszystkim włosy przestały wypadać. Nie wyobrażacie sobie nawet jaką poczułam ulgę. Mogę szczotkować je bez obaw, a podczas mycia na rękach pozostaja mi dosłownie 2-3 włosy. I teraz nie mogę się wprost doczekać, co będzie dalej! Dlatego jeśli masz jakikolwiek problem z włosami i nic do tej pory nie pomogło to obudź w sobie twardziela i spróbuj tej metody. Co Ci szkodzi?

Jak to zrobić:
  • 1 łyżka siemienia lnianego
  • 1 szklanka wody
Wodę zagotowac w garnku, wsypac siemię i gotować ok. 5 minut az siemię się "rozklei" (zacznie tworzyć glutka). Po zagotowaniu mozna zrobić 2 rzeczy:
  • przecedzić glutka i wypić bez nasion (wtedy konsystencja będzie mniej obleśna, ale odcedzenie nasion jest dość trudne)
  • zmiksować glutka razem z nasionami i wypić (po zmiksowaniu wywar przybiera postać śliny bernardyna i wygląda naprawdę wstrętnie...)
Miksowanie i picie wszystkiego ma jeszcze tę zaletę, że wykorzystujemy całe dobro nasion lnu. Dla włosów ważny jest w zasadzie tylko glutek, ale dla nas przydatne są również m.in. kwasy omega-3 zawarte w nasionach. Najlepiej wypić jak wywar jest jeszcze ciepły - łatwiej przechodzi przez gardło.


SMACZNEGO! he he he... :)