Polub nas na Facebooku

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różności. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lutego 2017

Wyniki konkursu z "Megazupami"

Bardzo lubię takie sytuacje, gdy mogę wszystkim przekazać dobre wiadomości :) był konkurs, do wygrania 3 książki i wzięło udział trzech uczestników, więc oczywiście każdy zostanie nagrodzony!
Dziewczyny: Monia, Agnes i Justyna Tyśka, prześlijcie mi swoje adresy i numery telefonów na adres: jatugotujeblog@gmail.com. Gratuluję i pozdrawiam!!! :)


wtorek, 24 stycznia 2017

KONKURS!!! Zamień koszmar z dzieciństwa na książkę!

Kochani, mamy dla Was kolejny konkurs z Wydawnictwem REA-SJ. Tym razem proponujemy książkę "Megazupy na cały rok", w której znajdziecie zyliard inspiracji na pyszne i proste zupy. Więcej o książce możecie przeczytać w naszej recenzji: KLIK.


Zasady są bardzo proste. Napiszcie nam w komentarzu pod tym postem lub pod postem konkursowym na fanpage'u naszego bloga na Facebooku jaka zupa jest Waszym koszmarem z dzieciństwa? 3 najciekawsze odpowiedzi nagrodzimy egzemplarzami książki "Megazupy na cały rok", która z pewnością pomoże urozmaicić Wasz zupowy asortyment. Do dzieła! Macie czas do 3.02.br do godziny 23:59. Zwycięzców ogłosimy najpóźniej 05.02.br.

Osoby biorące udział w konkursie akceptują poniższy Regulamin:
1. Fundatorem nagród w konkursie jest Wydawnictwo REA-SJ Sp. z o.o. z siedzibą w Konstancinie Jeziornej przy ul. Kościuszki 21. 
2. Nagrody będą wysłane wyłącznie na terenie Polski na adresy wskazane przez zwycięzców.
3. Organizatorem konkursu jest blog www.jatugotuje.blogspot.com we współpracy z Wydawnictwem REA-SJ Sp. z o.o.
4. Poprzez wzięcie udziału w konkursie Uczestnik wyraża zgodę na przetwarzanie danych osobowych na potrzeby konkursu.
5. W konkursie można wziąć udział udzielając odpowiedzi w komentarzu pod postem konkursowym na blogu lub na fanpage'u "Ja Tu Gotuję" na Facebooku. Z drugiej opcji mogą skorzystać wyłącznie osoby będące naszymi fanami na Facebooku.
6. Jedna osoba może udzielić maksymalnie 2 odpowiedzi. Kolejne komentarze nie będą brane pod uwagę.
7. Będzie nam również bardzo miło jeśli polubicie Nas na Facebooku:
Ja tu gotuję! : KLIK
Wydawnictwo REA-SJ: KLIK

POWODZENIA!

środa, 5 października 2016

KONKURS!!! Wygraj książkę "Polskie jabłka" i zainspiruj się jesienią!!!

Brakuje Ci inspiracji na jesienne potrawy?
Kilogramy jabłek psują się w Twoim ogrodzie?
Lubisz kulinarne eksperymenty?
Jeśli tak to na pewno ucieszy Cię wiadomość, że mamy do rozdania 3 wspaniałe książki Wydawnictwa REA-SJ pt. "Polskie jabłka" i jedna z nich może być Twoja! Jedyne, co musisz zrobić to napisać nam
jaka jest Twoja ulubiona potrawa z jabłek lub z ich dodatkiem?
Swoją odpowiedź umieść w komentarzu pod TYM postem lub pod postem konkursowym na facebooku pod warunkiem, że jesteś naszym fanem. Wybierzemy 3 najciekawsze odpowiedzi i nagrodzimy.
Konkurs trwa do 18.10 do godziny 23:59.

Link do recenzji książki: KLIK

Zapraszamy!!!


Biorąc udział w konkursie automatycznie akceptujecie warunki konkursu oraz poniższy krótki Regulamin:
1. Fundatorem nagród w konkursie jest Wydawnictwo REA-SJ Sp. z o.o. z siedzibą w Konstancinie Jeziornej przy ul. Kościuszki 21. 
2. Nagrody będą wysłane wyłącznie na terenie Polski na adresy wskazane przez zwycięzców.
3. Organizatorem konkursu jest blog www.jatugotuje.blogspot.com we współpracy z Wydawnictwem REA-SJ Sp. z o.o.
4. Poprzez wzięcie udziału w konkursie Uczestnik wyraża zgodę na przetwarzanie danych osobowych na potrzeby konkursu.
5. W konkursie można również wziąć udział poprzez Facebooka. Komentarz można zostawić pod informacją o konkursie opublikowaną na Fanpage'u bloga. Warunkiem jest polubienie profilu "Ja Tu Gotuję" Na Facebooku.
6. Jedna osoba może zostawić maksymalnie 2 komentarze.
7. Będzie nam miło jeśli polubicie na Facebooku profil Ja Tu Gotuję oraz Wydawnictwa REA-SJ.

poniedziałek, 26 września 2016

"Polskie jabłka" - recenzja

Cieszę się, że mieszkam w Polsce. Naprawdę. Znam wiele osób, które tęsknią za dalekimi ciepłymi krajami, za egzotyką i wciąż poszukują swojego miejsca na ziemi. Kiedyś też szukałam, ale półroczny pobyt w europejskiej stolicy miłości i radość z powrotu do domu wyleczyły mnie skutecznie. Polska to taki kraj, w którym niczego mi nie brakuje. Klimat ma odpowiedni, krajobrazy są przepiękne, jest morze, są góry, są jeziora, a znajomość języka polskiego imponuje ludziom na całym świecie. I jest jeszcze coś: kuchnia polska. Nie moja ulubiona, ale niesamowicie różnorodna i bogata w lokalne sezonowe składniki. Każda pora roku, ba, każdy miesiąc w roku wnosi coś nowego do kuchni. Lato powoli przemija, ale już za chwilę rozpocznie się piękna polska jesień, a wraz z nią sezon na dynię, śliwki, orzechy i… jabłka.
Jabłko to jeden z symboli polskiej kuchni. Nie znam osoby, która nie lubi jabłek. Są tacy, surowych jabłek nie tkną, ale szarlotkę zjadają w hurtowej ilości. Inni zawsze omijają sok jabłkowy z daleka, ale cydrem nie pogardzą. Każdy jest w stanie wymienić co najmniej 10 potraw z jabłek. Większość z nich zapewne wynieśliśmy z rodzinnego domu od naszych mam, cioć i babć. To dużo, ale wciąż nie jest to nawet drobny ułamek możliwości, jakie daje nam ten owoc w kuchni. Z jabłek można wyczarować potrawy słodkie i wytrawne, mięsne i jarskie, ciasta i desery oraz szereg najróżniejszych przetworów. Można je oczywiście jeść na surowo i wtedy korzystać maksymalnie z ich walorów zdrowotnych. Przyznam jednak, że dotąd nie trafiłam na żadną publikację, która w jednym miejscu zebrałaby najlepsze przepisy na potrawy z wykorzystaniem jabłek. Aż do teraz.


Od lipca w księgarniach możecie znaleźć książkę „Polskie jabłka” Joanny Tołłoczko, którą wydało dla Was Wydawnictwo REA-SJ. Pozycja naprawdę wyjątkowa, bo zawiera ponad 100 sprawdzonych przepisów, w których na honorowym miejscu są jabłka. Przeglądając ją pobieżnie po raz pierwszy umieściłam w niej co najmniej 10 zakładek na potrawach, których koniecznie chcę spróbować. Jabłkowa sangria, bakłażan z jabłkami i serem z grilla, arabskie naleśniki z jabłkami, risotto z jabłkami i boczkiem, jabłkowe tiramisu… może się zakręcić w głowie. Do tego wszystkie proste w przygotowaniu i niezwykle apetyczne, co widać wyraźnie na pięknych zdjęciach. Wydawnictwo REA-SJ przyzwyczaiło mnie do tego, że wydawane przez nich książki są zawsze bardzo dopracowane. Czcionka i układ tekstu są przejrzyste i czytelne. Format jest duży, ale jednocześnie poręczny. Miękka okładka ułatwia korzystanie z książki w kuchni - można jedną ręką mieszać w garnku, a w drugiej trzymać książkę i czytać dalszy ciąg przepisu.



Spis treści jest zapisany w oryginalny sposób - na skrzydełkach okładki. Początkowo może to nastręczać pewnych trudności, tym bardziej, że część spisu treści znajduje się na skrzydełku przedniej okładki, a ciąg dalszy jest na skrzydełku tylnej. Nigdy wcześniej się z tym nie spotkałam i przyznam, że chwilę mi zajęło odszukanie go. Ale to kwestia przyzwyczajenia i takie rozwiązanie nie utrudnia poruszania się po książce. Tym bardziej, że poszczególne rozdziały posiadają oznaczenia kolorystyczne w rogu strony widoczne nawet, gdy książka jest zamknięta. Przepisy są podzielone na napoje, sałatki, zupy, potrawy bezmięsne, potrawy z mięsem, sosy, ciasta oraz desery. Ostatni rozdział autorka poświęciła popularnym odmianom jabłek i tak naprawdę od tego rozdziału powinno się rozpocząć przygodę z przepisami na jabłkowe dania. Zawarta jest w nim solidna dawka praktycznej wiedzy na temat różnych odmian jabłek. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się czy do przetworów lepsze będą ligole czy antonówki to wszystkie wątpliwości zostaną rozwiane.



Jeśli lubicie książki kucharskie, ale w swoich zbiorach chcecie mieć tylko takie, z których naprawdę będziecie korzystać, to „Polskie jabłka” Joanny Tołłoczko na pewno Was nie zawiodą. Nie musicie się obawiać, że traficie w niej na obco brzmiące lub trudne do dostania składniki. Wszystkie przepisy opierają się na produktach dostępnych w każdym lokalnym sklepie z warzywami, a główny bohater, czyli jabłko, właśnie dumnie wkracza na targowe stragany, więc tego na pewno Wam nie zabraknie. Gorąco polecam.

piątek, 19 sierpnia 2016

W moim magicznym ogrodzie

Dzisiaj nie będzie przepisu. Dzisiaj nie będzie żadnej historyjki ani moich przemyśleń. Dzisiaj pokażę Wam nasz ogród. Ok, tak naprawdę nie jest nasz - należy do moich Rodziców, ale powiedzmy, że "wydzierżawili" nam skrawek ziemi na nasze uprawy. Czuję się trochę jakbyśmy byli emerytowanymi działkowcami, którzy w wolnej chwili (cóż, tutaj jest pewien zgrzyt, bo emeryci wolnych chwil mają w bród, a my nie) ruszają niespiesznym krokiem na swoją działeczkę, żeby podciąć, przyciąć, wypielić, popatrzeć na roślinki i zebrać plony. W tym roku wyjątkowo bogato zaowocowały pomidory. Dojrzewają w szalonym tempie i we czwórkę (Rodzice i my) nie nadążamy z ich zjadaniem. Pięknie rosną też cukinie i dynie. Zresztą popatrzcie sami...

Wchodzę do ogrodu. Patrzę w lewo...
...patrzę w prawo.

I już mam pełne ręce. Pyszne, słodkie czarne pomidory

Gąszcz tymianku. Właśnie kwitnie. Kocham tymianek.

Rukola z lotu ptaka..no może pszczoły.

Pszczoły, która tym razem wybrała kwitnące oregano. Widzisz ją?

Ciekawe dlaczego nie wybrała kwiatów cząbru...może zostawiła na deser?

Żółta papryka. Pora zebrać - bardziej żółta już nie będzie.

Zielone papryki dostępne w wielu rozmiarach.

Już za chwileczkę, już za momencik...

Plątanina liści dyni i cukinii. Z zewnątrz chaos....

...ale wystarczy zmienić perspektywę, żeby zatopić się w kojącej zieleni.

Trzeba tylko uważać na torpedy.

Naturalna trwała (dla Panów objaśnienie: taka fryzura - loki)

- Och witaj. Masz szyszkę?

Złote letnie jabłka wprost stworzone do racuchów

Na drzewie prezentują się pięknie, ale i tak wszyscy czekamy aż spadną..

- Halo! Tak chodzę za tobą i chodzę po tym ogrodzie..może być w końcu pogłaskała??

Owocowa biżuteria. Dziś jest już wspomnieniem. Do zobaczenia za rok!

PIĘKNEGO DNIA!

czwartek, 28 lipca 2016

"Zdrowie w smaku" - recenzja książki i KONKURS!!!

„Gotuj jak szef kuchni”, „Śmietana szefa kuchni”, „Noże szefa kuchni”…nie da się ukryć, że szefowie kuchni są wzorem do naśladowania. Jednak, żeby choćby na milimetr się do nich zbliżyć nie wystarczy zakup drogich akcesoriów albo określonych produktów spożywczych, bo prawdziwy profesjonalista przygotuje arcydzieło również przy pomocy plastikowego noża. Tutaj potrzebna jest przede wszystkim wiedza, którą słynni szefowie kuchni dzielą się o wiele mniej chętnie niż własnym nazwiskiem do reklamowania różnych produktów. Na szczęście są wyjątki!


Moim faworytem od lat jest Karol Okrasa. Ten kucharz wydaje się być najbliższy „zwykłym” Polakom gotującym w swoich domach, ale jednocześnie jest prawdziwym czarodziejem. Miałam przyjemność jeść lunch w jego restauracji, więc mogę z pełnym przekonaniem potwierdzić, że gotować potrafi nie tylko na ekranie telewizorów. Zawsze biorę sobie do serca jego rady, tym chętniej więc sięgnęłam po książkę Grażyny i Jarosława Uścińskich pt. „Zdrowie w smaku. Niezwykłe dania ze zwykłych roślin”, którą mój ulubieniec gorąco poleca. Nie potrzebuję lepszej rekomendacji.


Autorzy są właścicielami warszawskiej restauracji Moonsfera. Dania, które podają swoim gościom imponują pomysłowością, wyglądem i kunsztem w wykonaniu - państwo Uścińscy to prawdziwi artyści. Jednak w przeciwieństwie do nowoczesnych szefów kuchni prześcigających się w odkrywaniu coraz bardziej wyszukanych, egzotycznych i niedostępnych składników, oni skłaniają się ku prostocie podanej w wykwintny sposób. I o tym właśnie jest książka „Zdrowie w smaku”. O przyjemności gotowania z użyciem dziko rosnących roślin występujących przy polnych drogach, na łąkach, w lasach i w ogrodach. 
„Zdrowie w smaku” to nie tylko książka kucharska. „Ta książka jest opowieścią o smakach roślin - ziół, kwiatów i warzyw”. Takie słowa wyczytałam we wstępie i uważam, że najlepiej oddają jej prawdziwe przesłanie. Sam wstęp czyta się jednym tchem. Poznajemy poglądy autorów na temat współczesnego żywienia oraz przyczyny powstania tej książki. Z każdym kolejnym przeczytanym zdaniem odnajdywałam swoje własne myśli i przekonania. Autorzy bardzo słusznie zauważają, że rośliny bez człowieka radzą sobie doskonale, ale człowiek bez roślin nie mógłby długo przetrwać. Ich świat bywa jednak okrutny dlatego warto zapamiętać, żeby nigdy nie sięgać po rośliny i grzyby, co do których nie ma pewności, że są jadalne. Z dóbr natury musimy korzystać odpowiedzialnie. Na wszelki wypadek na końcu książki zamieszczono słowniczek różnych pojęć, wśród których opisano wiele substancji chemicznych związanych ze światem roślin. Warto tam zajrzeć.


Po wstępie zaczynają się przepisy z wykorzystaniem przeróżnych dzikich roślin. Rośliny wymienione są alfabetycznie i opatrzone bogatym opisem ich smaku, działania na organizm i zastosowania w kuchni. To niezwykle cenna wiedza podana przez pasjonatów naturalnej kuchni. Nie wiem ile dokładnie roślin opisują autorzy, ale jest ich mnóstwo! Od najbardziej oczywistych, takich jak malina właściwa lub chrzan, po tak oryginalne i zaskakujące, jak rzęsa drobna, rdest ptasi albo lnicznik siewny. Same dania mają różny stopień trudności, ale łączy je jedno - wszystkie można odtworzyć w domowej kuchni bez dostępu do skomplikowanych urządzeń i akcesoriów. Są dania mięsne, wegetariańskie, słodkie i wytrawne. Są zupy i napoje. Moje serce skradły w szczególności: krem z malin i buraków, lawendowe ciasteczka z kremem waniliowym i chutney jabłkowo-chrzanowy (musi być pyszny!!!). Nie ma podziału na typ potrawy, ale zamieszczony na końcu alfabetyczny indeks pomaga szybko odnaleźć potrzebny przepis. Dzieła dopełniają kolorowe, duże zdjęcia, na których wyraźnie widać jak potrawa powinna wyglądać. Co ciekawe, patrząc w pierwszej chwili na potrawę myślisz sobie „Nie no, przecież ja tego sam nie zrobię…”, po czym studiujesz składniki i instrukcje wykonania i….”O, chyba jednak dam sobie z tym radę”. Chapeau bas dla państwa Uścińskich. Bo pomimo swojej wiedzy i umiejętności niedostępnych dla zwykłych śmiertelników potrafili stworzyć zbiór przepisów, które są możliwe do przyrządzenia w każdym domu. O ile oczywiście będziecie na tyle uważni, by podczas spaceru nie przegapić mrzanki wonnej lub rojnika murowego. A nie przegapicie na pewno, bo po pierwsze każda roślina jest dokładnie zilustrowana, a po drugie tuż za przepisami zamieszczono bardzo przydatny kalendarz zbioru roślin.



Trzymając tę książkę w rękach od razu można poczuć, że to coś specjalnego. Ma solidną twardą oprawę, papier jest bardzo dobrej jakości, a zdjęcia dopracowane w najmniejszych szczegółach. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że przedstawione w książce potrawy są przygotowane przez prawdziwych mistrzów, a przepisy są sprawdzone i na pewno się udadzą. To cenna pozycja w każdej kuchennej biblioteczce. Na pewno nie wszystkie potrawy sprawdzą się przy codziennym gotowanie, ale pomysły podsunięte przez państwa Uścińskich nieraz pozwolą Wam zaskoczyć bliskich przy różnych okazjach. Gorąco polecam!


A teraz KONKURS!!!! Czy znacie jakieś dania z użyciem jadalnych "chwastów"? Jeśli tak to zostawcie nam w komentarzu pod tym postem propozycję dania, a najlepiej cały przepis. Pamiętajcie o podaniu adresu e-mail, żebyśmy mogli się z Wami skontaktować w razie wygranej. Tradycyjnie razem z Darkiem wybierzemy najciekawszą odpowiedź i nagrodzimy egzemplarzem "Zdrowia w smaku" - książki ufundowanej przez Wydawnictwo REA-SJ.
Na przepisy czekamy do 07.08 do godziny 23:59. Zwycięzcę wybierzemy i ogłosimy w terminie 3 dni od zakończenia konkursu.

Biorąc udział w konkursie automatycznie akceptujecie warunki konkursu oraz poniższy krótki Regulamin:
1. Fundatorem nagród w konkursie jest Wydawnictwo REA-SJ Sp. z o.o. z siedzibą w Konstancinie Jeziornej przy ul. Kościuszki 21. 
2. Nagrody będą wysłane wyłącznie na terenie Polski na adresy wskazane przez zwycięzców.
3. Organizatorem konkursu jest blog www.jatugotuje.blogspot.com we współpracy z Wydawnictwem REA-SJ Sp. z o.o.
4. Poprzez wzięcie udziału w konkursie Uczestnik wyraża zgodę na przetwarzanie danych osobowych na potrzeby konkursu.
5. W konkursie można również wziąć udział poprzez Facebooka. Komentarz można zostawić pod informacją o konkursie opublikowaną na Fanpage'u bloga. Warunkiem jest polubienie profilu "Ja Tu Gotuję" Na Facebooku.
6. Jedna osoba może zostawić maksymalnie 2 komentarze.
7. Będzie nam miło jeśli polubicie na Facebooku profil Ja Tu Gotuję oraz Wydawnictwa REA-SJ.

Trzymamy za Was kciuki!

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Recenzja książki "Kaszomaniak" Wydawnictwa REA-SJ

W każdej dziedzinie życia panuje jakaś moda. Moda na ubrania, kosmetyki, na bywanie w konkretnych miejscach, czytanie konkretnych książek lub słuchanie konkretnej muzyki. Również w świecie kulinariów pojawiają się pewne trendy, za którymi konsumenci dzielnie podążają nie rozglądając się na boki. Kiedyś na przykład każdy miał w kuchni oliwę z oliwek, ale dziś jest ona już passé. Dziś korzystamy wyłącznie z oleju kokosowego, nierafinowanego i extra virgin na dokładkę. Do tego jagody goji, nasiona chia popite koktajlem ze sproszkowaną spiruliną i obowiązkowo oczywiście jakaś dieta eliminacyjna: bez laktozy, glutenu albo wegańska, bez których człowiek czuje się jakiś taki niedzisiejszy. Jedzenie tego, co się lubi nie jest modne. Ale jest jedna moda, której pojawienie się bardzo mnie ucieszyło. Co prawda nie odkryła przed nami nic nowego ani nie wywróciła kulinarnego świata do góry nogami, ale wprowadziła element zdrowia i normalności w świat kuchni, który nagle przesycił się daniami wydumanymi, przekombinowanymi i przypominającymi bardziej wymysł szalonego naukowca niż cos do zjedzenia. Chodzi o modę na jedzenie kasz.
Słowo „kasza” chyba u nikogo nie wywołuje gorącego entuzjazmu. Dawniej bardzo często gościła na polskich stołach ponieważ była tania i łatwo dostępna nawet w najtrudniejszych czasach. Na pewno każdy pamięta przedszkolną kaszę na mleku lub krupnik z kaszą jęczmienną „perłową” i to niekoniecznie dobrze się kojarzy. A szkoda, bo kasze są wartościowym produktem, po który naprawdę warto sięgać. Książka Wandy Jackowskiej pt. „Kaszomaniak” wydana przez Wydawnictwo REA-SJ, którą chcę Wam dziś zaprezentować, może skutecznie zmienić Wasze nastawienie do kasz. Zanim jednak przejdę do książki, słowo o autorce. Nie wiem, czy wiecie, ale Pani Wanda prowadziła popularny w latach ’90 program kulinarny „Gotowanie na ekranie”. Byłam jeszcze dzieciakiem, kiedy go emitowano, ale właśnie wtedy zaczęłam się interesować gotowaniem. Z biegiem czasu formuła programu się wyczerpała, a na ekrany wskoczyły dziesiątki kolejnych kulinarnych magazynów walczących o oglądalność obecnością słynnych kucharzy. I właśnie teraz, gdy zapomniane niczym „Gotowanie na ekranie” kasze wracają do łask, Pani Wanda wydaje się być idealną towarzyszką w odkrywaniu ich zastosowań. W swojej książce podsuwa mnóstwo pomysłów na ciekawe potrawy z wykorzystaniem różnych rodzajów kaszy zarówno w daniach wytrawnych, jak i słodkich. Obracam się w świecie kulinarnej blogosfery już od kilku lat i nawet dla mnie mnogość przepisów i pomysłowość autorki są imponujące.

TO! CHCĘ! TERAZ!
„Kaszomaniak” to książka kucharska z obszernym wstępem na temat kasz. O ile rzadko zdarza mi się czytać wstępy, o tyle tutaj gorąco Was do tego zachęcam. Znajdziecie w nim mnóstwo przydatnych praktycznych informacji na temat właściwości zdrowotnych kasz oraz technik ich przygotowania. Jeśli do tej pory konsystencja ugotowanej przez Was kaszy była wyłącznie dziełem przypadku/fazy księżyca/pory dnia, to po zapoznaniu się z instrukcjami Pani Wandy bez problemu będziecie w stanie ugotować kaszę na sypko lub gęsto w zależności od Waszej woli i potrzeb. Część z przepisami rozpoczyna duży rozdział poświęcony uniwersalnym przepisom na buliony i sosy (wytrawne i słodkie), które można wykorzystać nie tylko w daniach z kaszą. Następnie przechodzimy do części dotyczącej głównej bohaterki, czyli kaszy. Na pierwszy ogień idą kasze „spod znaku przekreślonego kłosa”, czyli po prostu bez glutenu. To ważny punkt dla osób cierpiących na nietolerancję pokarmową lub wykluczających gluten z diety z innych powodów (ach ta moda..). Następne w kolejce są przepisy z kuskusem, manną, czy pęczakiem, a cała książka w sumie zamyka się na 170 przepisach. Sernik z kaszą manną i sosem rabarbarowo-truskawkowym, zupa jarzynowa z kaszą orkiszowa i dynią, kotlety mielone rybne z kaszą jaglaną, kurczak nadziewany kaszą gryczaną…jest w czym wybierać!



Dlaczego uważam, że dobrze jest mieć tę książkę u siebie w kuchni? Ponieważ autorka odczarowuje w niej kasze. Zdejmuje z nich klątwę rzuconą dawno temu przez przedszkolne kucharki i za pomocą swoich kulinarnych pomysłów zamienia żabę w księcia. „Kaszomaniak” jest pozycją niesamowicie uniwersalną i absolutnie każdy odnajdzie w niej przepisy dla siebie. Jest to również książka praktyczna i gwarantuję, ze będziecie po nią naprawdę często sięgać. Nie ma w niej przepisów na spektakularne dania na wielkie okazje. Ale tak naprawdę wielkie okazje w naszym życiu zdarzają się sporadycznie. Najczęściej szukamy sprawdzonych i prostych receptur na dania, które spokojnie możemy przyrządzić po pracy na obiad dla najbliższych. Bez fajerwerków, bez owacji na stojąco, ale nadal smacznie i oryginalnie. To trochę tak, jak z „Gotowaniem na ekranie” – nie ma zadęcia ani kucharzy-gwiazdorów, ale za to przepisy są odpowiednie dla każdego, niezależnie od zasobności portfela, otwartości na nowe smaki, czy umiejętności kulinarnych.


 POLECAM!

piątek, 3 czerwca 2016

Wyniki konkursu z Wydawnictwem REA-SJ

Dziś krótko i na temat - wybraliśmy zwycięzców, którzy otrzymają od Wydawnictwa REA-SJ fantastyczne książki o ziołach. Bardzo dziękujemy wszystkim za udział. Wybór zwycięzców był trudny, ale po krótkiej debacie doszliśmy do porozumienia.


Poniżej prezentujemy Wam wybrane zdjęcia, na których uwieczniliście Wasze skojarzenia z majem. Bardzo prosimy zwycięzców o przesłanie danych adresowych oraz numerów telefonów (dla kuriera) na nasz adres mailowy. Jeśli do niedzieli 05.06. do godziny 23:59 nie dostaniemy odpowiedzi to nagroda powędruje do kolejnej osoby.

Przedstawiamy majowy kolaż Ani, która zdążyła przesłać zgłoszenie dosłownie rzutem na taśmę! Ania musi być niesamowicie szczęśliwą osobą skoro wokół siebie potrafi dostrzec tyle piękna. A przy okazji poszukiwania majowych inspiracji upolowała całkiem niezłego faceta - gratulacje :)


A tutaj zioła Moniki oraz pierwsze majowe przetwory: miodek z mniszka lekarskiego. Szczerze podziwiamy jej pasję do wekowania, bo sami nie mamy do tego cierpliwości. Miodek to najlepsze domowe lekarstwo niosące ratunek przy przeziębieniu, kaszlu lub bólu gardła.


Justyna rzuciła nam prawdziwe wyzwanie! Przesłała kilka pięknych zdjęć z majowymi przepysznymi potrawami i naprawdę nie mogliśmy się zdecydować, które wybrać! Ostatecznie postanowiliśmy pokazać Wam ten niesamowity inspirujący deser. Coś pięknego :)


Serdecznie gratulujemy i przypominamy o konieczności przesłania danych adresowych. Mamy nadzieję, że nagroda będzie się Wam podobała.

wtorek, 29 marca 2016

KONKURS KONKURS!!! "Detoks cukrowy" Filippy Salomonsson

Zgodnie z obietnicą daną przed Świętami dziś startujemy z pierwszym na blogu konkursem. Do zdobycia są książki Filippy Salomonsson "Detoks cukrowy". Chyba każdemu przyda się taki detoks po świątecznym ucztowaniu, prawda?



Recenzję książki przeczytacie tutaj: KLIK
Tutaj znajdziecie kilka przepisów pochodzących z książki: KLIK, KLIK, KLIK.

Zadanie konkursowe jest bardzo proste. W komentarzu pod wpisem napiszcie:

bez jakich słodkości (produkt/potrawa) i dlaczego nie wyobrażasz sobie życia?

Pamiętajcie o pozostawieniu adresu e-mail przy odpowiedzi, żebyśmy mogli skontaktować się ze zwycięzcami, których dzięki uprzejmości Wydawnictwa REA-SJ będzie aż 3!!!

Wraz z Darkiem wybierzemy komisyjnie 3 osoby, którym naszym zdaniem NAPRAWDĘ przyda się taki detoks..... ;-)

Zachęcamy Was gorąco do udziału, bo książka jest świetna! Na Wasze propozycje czekamy do 12.04.2016 r. do godziny 23:59

Biorąc udział w konkursie automatycznie akceptujecie warunki konkursu oraz poniższy krótki Regulamin:
1. Fundatorem nagród w konkursie jest Wydawnictwo REA-SJ Sp. z o.o. z siedzibą w Konstancinie Jeziornej przy ul. Kościuszki 21. 
2. Nagrody będą wysłane wyłącznie na terenie Polski na adresy wskazane przez zwycięzców.
3. Organizatorem konkursu jest blog www.jatugotuje.blogspot.com we współpracy z Wydawnictwem REA-SJ Sp. z o.o.
4. Poprzez wzięcie udziału w konkursie Uczestnik wyraża zgodę na przetwarzanie danych osobowych na potrzeby konkursu.

Trzymamy za Was wszystkich kciuki!

środa, 23 marca 2016

"Detoks cukrowy" - recenzja książki Filippy Salomonsson

Z czym kojarzy Wam się Szwecja? Bo mi kojarzyła się przede wszystkim z Astrid Lindgren, z jedzeniem zepsutych ryb z puszki, z promem do Karlskrony, z blondynami i z niespełnionym marzeniem o Erasmusie w Lund. Do niedawna. Dzięki współpracy z Wydawnictwem REA-SJ miałam przyjemność zapoznać się z pewną przełomową książką, która skierowała moje skojarzenia na zupełnie inne tory. W dzisiejszym wpisie przedstawię Wam wyjątkową Szwedkę Filippę Salomonsson i jej pomysł na "Detoks cukrowy", z którym macie szansę raz na zawsze wyzwolić się ze szponów uzależnienia od słodyczy...


Przyznam, że początkowo miałam duże obawy. Mam już w domu książkę pod identycznym tytułem "Detoks cukrowy" autorstwa Brooke Alpert i Patrici Farris, które obiecują trwałe zerwanie z cukrem w 3 dni. Kupując ją jeszcze nie wiedziałam, że na zmianę nawyków potrzeba znacznie więcej czasu, a prawdziwy detoks organizmu trwa o wiele dłużej i bardzo się na niej zawiodłam. Tym razem było inaczej.
Pierwsze, co od razu rzuca się w oczy to fakt, że "Detoks cukrowy" jest pięknie wydanym poradnikiem i z ogromną przyjemnością się go przegląda. Tekst jest czytelny, a istotne treści zaznaczone w widoczny sposób. Z każdej strony śmieją się do czytelnika pozytywne kolory i miła dla oka czcionka, a od czasu do czasu uśmiecha się do nas również sama Filippa - uwierzcie, ona jest żywą reklamą tego programu. Oczywiście ja od razu przeskoczyłam do części z przepisami i zdjęciami potraw i patrząc na nie mam ochotę zjeść wszystkie! 
Książka nie jest typowym „podręcznikiem” do stosowania diety, w którym znajdziemy wyłącznie zbiór reguł, których trzeba przestrzegać. Treść jest w przemyślany sposób podzielona na kilka rozdziałów wprowadzających stopniowo w świat autorki i jej walki o zdrową relację z cukrem. Pierwsza część to bardzo osobista opowieść o drodze, jaką przeszła, aby wreszcie poczuć się dobrze we własnym ciele. A była to droga długa i wyboista, momentami do złudzenia przypominająca moje własne życie. I może właśnie dlatego z każdą kolejną stroną książka wciągała mnie coraz bardziej. Czytając ją nie miałam wrażenia, że ktoś mnie poucza i karci za dotychczasowe słabości. To było tak, jakby Filippa siedziała obok mnie i ze mną rozmawiała. Zaglądała w moje myśli i odpowiadała na pytania, których wcale na głos nie zadałam. Niesamowite uczucie.


Kolejny dział zawiera sporą dawkę wiedzy żywieniowej podanej w bardzo przystępny sposób. Nie padają tam żadne skomplikowane nazwy chemiczne, biochemiczne ani medyczne, dzięki czemu treść jest zrozumiała i przyjazna dla każdego. Po przeczytaniu tej części czytelnik już dobrze wie, czego się wystrzegać, a co jest dla niego dobre.
Z coraz większym zniecierpliwieniem przewracałam strony czekając na dział opisujący program detoksu i nie mogłam sobie wyśnić lepszego wprowadzenia do niego niż to zdanie: "Nie wierzę w diety". Aż miałam ochotę krzyknąć "Ja też!!!". Program detoksu zaproponowany przez Filippę Salomonsson nie jest dietą, a stylem życia i sposobem żywienia, który możemy z powodzeniem stosować dłużej niż przewidziane w książce 21 dni. I tutaj kolejny ogromny plus: autorka nie próbuje zaklinać rzeczywistości i wmawiać czytelnikom, że zrywanie z nałogiem cukrowym jest szybkie, łatwe i przyjemne. Każda trwała zmiana w życiu potrzebuje czasu i to zdecydowanie dłuższego niż 3 dni..
Bardzo podoba mi się to, że program cukrowego detoksu nie jest reżimem, któremu trzeba się całkowicie poddać. Autorka unika imperatywów nie uznających sprzeciwu. Zamiast zakazów, nakazów i krytyki usłyszymy podpowiedzi, sugestie i propozycje różnych rozwiązań przekazane w swobodny i przyjacielski sposób. Co ciekawe, wspomina nawet o mocno piętnowanym i wywołującym masową histerię glutenie, ale nie przeczytamy ani jednego zdania zakazującego jego spożywania. Owszem, detoks cukrowy wyklucza gluten na 21 dni, ale wyłącznie po to, żebyśmy sprawdzili, jak to zadziała na nasz organizm. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona tym, że książka swoją treścią nie powiela modnych sloganów, które są obecnie bardzo popularne i dochodowe. Autorka jest szczera ze swoimi czytelnikami, a jej intencją jest skłonienie ich do refleksji i słuchania głosu własnego ciała.















"Detoks cukrowy" jest propozycją dla zwykłych ludzi, którzy mają swoje chwile słabości i zwątpienia. Filippa nas za to nie potępia i nie wymaga od nas przejęcia całkowitej kontroli nad życiem i sposobem żywienia, co często jest warunkiem koniecznym do osiągnięcia sukcesu w innych programach dietetycznych. Dobrze wiemy, że w życiu zdarzają się różne sytuacje (podróż służbowa, wizyta u przyjaciół, spadek nastroju, czy po prostu chwilowa słabość wobec różnych pokus), które są ogromnym wyzwaniem dla osób będących na diecie. Natomiast według Filippy Salomonsson żywienie zdrowe dla ciała i ducha opiera się na regule 80%, która polega na tym, że staramy się, aby 80% posiłków było zgodnych z ideą, a pozostałe 20% możemy wykorzystać zgodnie z naszymi zachciankami lub nietypową sytuacją, w jakiej się znajdziemy. W książce przeczytamy, że "Nie ma nic złego w zjedzeniu od czasu do czasu czegoś innego (i tu przywołuje wakacje w Rzymie z wielkim lodem w ręku na pomoście zalanym słońcem...)". Ta wolność sprawia, że proponowany sposób odżywiania staje się realny do stosowania i dopasowania do trybu życia każdego z nas. Bardzo pomocne jest też stosowanie zasady, która kilkakrotnie przewija się w treści: "skupiaj się na tym, co możesz (jeść, robić), zamiast koncentrować uwagę na tym, co zakazane".
Przeglądając przepisy proponowane przez autorkę wcale nie odnoszę wrażenia, że mam do czynienia z jakimiś ograniczeniami czy zakazami. Potrawy są bardzo zróżnicowane i opierają się na łatwo dostępnych składnikach, które spokojnie można kupić nawet w najbliższym warzywniaku, w sklepie ze zdrową żywnością lub po prostu w internecie. Sięganie po produkty lokalne i sezonowe jest jednym z fundamentów detoksu, który szczególnie trzeba podkreślić. Ile razy zaczynaliśmy diety obiecujące piękne efekty, ale rezygnowaliśmy ponieważ produkty, które były niezbędne do osiągnięcia sukcesu kosztowały fortunę lub były trudne do zdobycia? Pamiętam bardzo dobrze mój niesmak po przeczytaniu wspomnianego we wstępie "Detoksu cukrowego" amerykańskich autorek, w którym podano w przepisach konkretne marki produktów (oczywiście niedostępnych na polskim rynku...). Niechlubną kropkę nad i postawiły Aneks B i Aneks C, w których autorki podają bardzo szczegółowe listy z aprobowanymi markami produktów spożywczych i kosmetyków (trąci kryptoreklamą?). Co prawda w cukrowym detoksie pojawia się kilka egzotycznych nazw (nasiona konopi albo spirulina..), ale osobiście uważam, że ich brak nie przekreśli efektu ponieważ stanowią dodatek do potraw, a nie ich bazę. Filippa Salomonsson nie sugeruje żadnych konkretnych marek ani nie przemyca choćby odrobinki treści reklamowej, co czyni jej książkę bardziej wiarygodną w moich oczach.
















Ogromnym ułatwieniem dla czytelników są tygodniowe listy zakupów, dzięki którym wiadomo ile dokładnie produktów potrzebujemy. Znajdziemy również garść wskazówek dotyczących życia po detoksie, a nawet słowa pocieszenia dla tych, którym nie udało się przez detoks przebrnąć. To kolejne dowody pokazujące, że Filippa Salomonsson to taka dobra znajoma, której bardzo zależy na naszym sukcesie i nawet będąc daleko stąd prowadzi nas przez detoks niemal za rękę.
Bardzo dziękuję Wydawnictwu REA-SJ za udostępnienie mi tej książki. Rynek jest obecnie przesycony pozycjami z dziedziny dietetyczno-kulinarnej i prawdę mówiąc nieraz poważnie zastanawiałam się nad tym, czy wydawcom w ogóle zależy na przekazaniu czytelnikom jakichś wartościowych treści..po lekturze „Detoksu cukrowego” i głębszym przemyśleniu treści odzyskałam wiarę w to, że można jeszcze trafić na perełki. Polecam gorąco!

piątek, 26 lutego 2016

Wycieczka do Lublina

Dziś wpis turystyczny - Ja Tu Gotuję wybrało się do Lublina na jednodniową wycieczkę. Już dawno planowaliśmy odwiedzić to miasto, a konkretnie znajdującą się w nim restaurację "Ąka", w której oboje zakochaliśmy się po obejrzeniu "Kuchennych rewolucji" z ich udziałem. Ale o tym za chwilę..
A tymczasem co słychać w Lublinie? Pamiętam to miasto z czasów, gdy dawno temu przesiadaliśmy się w nim z pociągu do autobusu w drodze na obóz konny..i prawdę mówiąc wrażenie pozostawił raczej słabe. Zapamiętałam Lublin jako małe, nieciekawe, szare miasto, w którym trolejbusy były jedyną atrakcją godną uwagi. To było jakieś 15 lat temu (matko...niemożliwe..) i mówiąc szczerze, gdy wysiedliśmy z pociągu na Dworcu Głównym odbiór był dokładnie taki sam. Przywitały nas szare budynki, nieciekawe towarzystwo w bramach, krzykliwe banery reklamowe i ogromne kolorowo-różowo-błękitne szyldy na sklepach w pieczątkami i firankami. Pociąg powrotny miał nas zabrać do domu dopiero za 7 godzin, więc niezrażeni skierowaliśmy się w miejsca, które zaplanowaliśmy odwiedzić.

Przystanek 1: Starówka

Prosto z dworca ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu knajpy ze śniadaniami. Byliśmy głodni jak wilki, niestety w najbliższej okolicy dworca nie trafiliśmy na żaden lokal (nie licząc baru "U Magdy", ale tam wejścia pilnowali nieciekawi ludzie..). Na szczęście GPS pokazywał, że Starówka jest niedaleko, więc nie traciliśmy nadziei. Po drodze minęliśmy Browar Perła, którego w weekendy nie da się zwiedzać oraz mroczny budynek Politechniki Lubelskiej, który z powodzeniem mógłby służyć jako scenografia jakiegoś dreszczowca.
Starówka pojawiła się niespodziewanie i zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie. Zanurzyliśmy się w jej małych uliczkach w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Wybór padł na restaurację Trybunalską. Oferta śniadaniowa okazała się całkiem ciekawa i przystępna cenowo. Darek wziął kanapkę z szynką i jajkiem sadzonym oraz kawę, a ja zdecydowałam się na klasyk: jajecznicę ze szczypiorkiem, bułeczką i warzywami oraz cappuccino. Było pysznie i dużo! Najedzeni i zadowoleni ruszyliśmy dalej. Starówkę obeszliśmy wzdłuż i wszerz, a w im ciemniejsze zaułki zaglądaliśmy tym mniej nam się podobało. Niestety, bardzo dużo pięknych kamienic jest w stanie ruiny. Zakurzone szyby, odpadający tynk i śmieci w kątach. Szkoda, bo starówka jest duża i malownicza, a te zaniedbane i zapomniane kąty mocno psują cały obrazek.

Ponura Politechnika...
W drodze na Starówkę
Może coś słodkiego?
Piękna brama do Starego Miasta
Jajecznica w Trybunalskiej
Śniadanie na wypasie



Smutny widok między pięknymi uliczkami..
Jeszcze smutniejszy widok..to nadal Stare Miasto

Stacja 2: restauracja Ąka
Restauracja mieści się na ulicy Marii Curie-Skłodowskiej, niedaleko KUL-u. Trafiliśmy tam bez problemów - to raptem 10 minut spacerkiem od starówki. Wnętrze restauracji jest przyjemne i bardzo przytulne. Jest trochę jak w domku na wsi u babci. Na regałach stoją słoiki z przetworami (które można kupić), w kominku trzaska ogień, palą się świeczki, a na stołach leżą kwieciste obrusy. Jest bardzo przyjemnie! Jedzenie również jest "babcine" i to zarówno w smaku, jak i pod względem wielkości porcji. Nie byliśmy w stanie zjeść wszystkiego do końca..a żal było zostawiać, bo jedzenie mają naprawdę smaczne. Ja zamówiłam grzane wino, zupę pomidorową i pierogi ruskie, a Darek wziął piwo, barszcz ukraiński, chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym i schabowego po lubelsku. Porcje były naprawdę solidne, a rachunek wyniósł 72 złote. Uważam, że to naprawdę dobra cena. Poza tym mimo oddalenia od centrum ruch w restauracji był bardzo duży i tak naprawdę mieliśmy szczęście, że trafiliśmy od razu na wolny stolik. Gesslerowa powinna być dumna z tej rewolucji.

Ąka zaprasza



Lublin - czy warto?
Warto. Nie jest idealnie, ale miasto ma swój urok i ciekawe miejsca, które warto zwiedzić. Szczególnie jeśli ktoś mieszka w centralnej Polsce i właściwie wszędzie ma blisko to polecam taki jednodniowy wypad. Podróż pociągiem zajmuje niecałe 2,5 godziny. Z tym, że polecałabym cieplejsze i słoneczne miesiące. Może w wiosenno-letniej oprawie szare mury Lublina nie są aż tak smutne...

A tu jeszcze obrazek w drodze powrotnej na dworzec...