Polub nas na Facebooku

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zupy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 listopada 2016

Zupa z pora z chorizo

Jednym z moich ulubionych kulinarnych określeń jest "comfort food", które rozumiem jako "kojące pożywienie". Comfort food to takie coś, czego zjedzenie wprawia w błogi i spokojny nastrój. Ba, czasem wystarczy sam zapach potrawy! Wtedy znikają stresy i smutki, znika niepokój i lęk. Zza chmur wychodzi słońce i świat się do nas uśmiecha. Na pewno każdy z Was ma coś takiego. Na mojej liście jest kilka takich potraw, co uważam za plus ponieważ zwiększa to prawdopodobieństwo, że ratunek będę miała pod ręką zanim pochłonie mnie czarna dziura rozpaczy. Sięgam po makaron z sosem z sosem arrabiata, tiramisu lub sernik, tosta z serem, naleśniki lub zupy. I właśnie ku tym ostatnim skłaniam się ostatnio jakoś częściej. Mrok i chłód listopada nie są takie straszne z parującą miseczką zupy w dłoniach. I chociaż pomidorowa z makaronem jest moją królową, to o tej porze roku poszerzam wachlarz możliwości. A jest w czym wybierać, bo właśnie jesienne warzywa nadają się najlepiej do przerabiania na rozgrzewające zupy. Dziś porowa! A że garnek już na wykończeniu, więc zaczynam myśleć o kolejnej...

Jak to zrobić:
  • pęczek włoszczyzny
  • 1 duży por
  • 5 ziemniaków
  • 1 łyżka masła
  • 1/2 cebuli
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 łyżka mąki pszennej (dla chetnych)
  • kilka plastrów kiełbasy chorizo
  • sól, biały mielony pieprz, liście laurowe, ziele angielskie
Warzywa (bez pora) obrać i pokroić. W garnku zagotować wodę z listkami laurowymi i zielem angielskim i wrzucić warzywa (bez ziemniaków). Pora dokładnie umyć i pokroić w cienkie plasterki. Na patelni rozgrzać masło i dusić pora z posiekanym czosnkiem do miękkości. Na koniec chętni mogą dodać przesianą mąkę (zagęści zupę), ale nie jest to niezbędne. Do garnka z włoszczyzną dodać ziemniaki i pora. Doprawić solą i białym pieprzem. Nad palnikiem opalić połówkę cebuli (dajcie jej popalić aż zrobi się prawie czarna z zewnątrz). Po 10 minutach zupa jest gotowa. Żeby była gęsta i jeszcze lepsza można wyjąć 2/3 warzyw, resztę zmiksować (tylko wyłówcie wcześniej liście laurowe i ziele angielskie!).
Chorizo pokroić w kosteczkę i podsmażyć aż puści paprykowy olej. Dodać do zupy tuż przed podaniem.




SMACZNEGO!

wtorek, 8 listopada 2016

Zupa fasolowa

Nie nie nie i jeszcze raz nie! Nie zgadzam się na reklamy świąteczne na początku listopada! Dopiero co skończyliśmy wspominać naszych zmarłych, a już korporacje próbują na siłę nas wsadzić na saneczki i wysłać po choinkę. Bałwanki, pingwinki i Mikołaje na kubeczkach w sieciowych kawiarniach jeszcze przeżyję, ale Patrycji Kazadi śpiewającej parszywą polską wersję mojej ulubionej świątecznej piosenki mówię stanowcze NIE! Marketingowcy t-mobile powinni się wstydzić, bo swoją nadgorliwością w dążeniu do wyprzedzenia ciężarówki Coca Coli popsuli ten cudowny czas oczekiwania na grudzień, gdy wszystkie stacje radiowe rozpoczynają sezon na "Last Christmas". To może w przyszłym roku rozpoczniemy sezon świąteczny już we wrześniu? Czemu nie, im wcześniej zacznie się myśleć o prezentach, tym lepiej...
Ja się przeciw temu buntuję i zamiast pierników proponuję Wam rozgrzewającą i sycącą zupę fasolową. W moim domu gotowało się ją na wieprzowych ogonach, ale tej tradycji nie kontynuuję. Mięsożercom proponuję ugotować wywar na kawałku wędzonego boczku, a dla wegetarian mam prosty trik: dodatek wędzonej słodkiej papryki. Nam bardzo smakuje!

Jak to zrobić:
  • 2 szklanki fasoli suchej (lub 2 puszki konserwowej)
  • 1 pęczek włoszczyzny
  • 3-4 ziemniaki
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 4 łyżki suszonego majeranku
  • 1 łyżeczka wędzonej słodkiej papryki
  • liść laurowy, ziele angielskie, sól i pieprz
Fasolę suchą namoczyć przez noc i ugotować do miękkości. W garnku zagotować 2 litry wody z oliwą, liściem laurowym i zielem angielskim. Włoszczyznę umyć, obrać i pokroić i wrzucić do gotującej się wody. Ziemniaki obrać i pokroić i dodać do garnka po około 15 minutach. Razem z ziemniakami dodać fasolę. Doprawić solą, pieprzem, papryką i majerankiem. Gotować aż wszystkie warzywa będą miękkie.



SMACZNEGO!

wtorek, 1 listopada 2016

Zupa ogórkowa

Gdyby ktoś dał mi do wyboru kawałek tortu lub miskę bigosu to z pewnością wybrałabym bigos. Kwaśny jest moim ulubionym smakiem i absolutnie nie musi się obawiać konkurencji ze strony słodkiego, słonego lub gorzkiego. Kapary, ogórki kiszone, kapusta kiszona, suszone pomidory, oliwki..i to wszystko najlepiej w towarzystwie makaronu, ciasta pierogowego albo chleba.W związku z tym prezent od teściowej w postaci 5 litrowej butelki pełnej ogórków kiszonych wcale mnie nie zmartwił.
Dzisiejszą zupę zrobiłam tak, jak przyrządzało się ją zawsze u mnie w domu - jedyna różnica tkwi w tym, że wywar jest na samych warzywach, a w moim domu był na mięsie i warzywach. Moi rodzice nigdy nie zagęszczali zupy ogórkowej mąką ani jej nie zabielali, zawsze była rzadka i klarowna. Ewentualnie na talerzu w razie potrzeby można było doprawić zupę śmietaną. Natomiast dodatkiem, którego absolutnie nie można pominąć jest opalona nas palnikiem cebula - koniecznie w całości. Dopełnieniem jest grzanka zrobiona na patelni lub w tosterze natarta porządnie świeżym ząbkiem czosnku. To jest smak mojego dzieciństwa.

Jak to zrobić:
  • 1 mały seler
  • 3 małe pietruszki
  • 2 duże marchewki
  • 1 mały por
  • 1 cebula
  • kilka ziemniaków
  • 10 ogórków kiszonych startych na tarce + sok z ogórków (ilość wg. uznania)
  • 2 ząbki czosnku
  • suszony koperek
  • sól, pieprz
  • liść laurowy, ziarna pieprzu, ziele angielskie + 2 łyżki oliwy z oliwek
Warzywa umyć, obrać i pokroić (oprócz cebuli). Cebulę obrać i w całości nadziać na widelec, a następnie opalić nad kuchennym palnikiem. Zagotować wodę z oliwą, zielem angielskim, liściem laurowym i ziarnami pieprzu. Do wrzącej wody wrzucić warzywa (bez ziemniaków) i gotować 10 minut. Wrzucić ziemniaki, 1 ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę i drugim pokrojonym w plastry i gotować kolejne 10 minut. Jak warzywa będą miękkie dodać ogórki i sok z ogórków (ilość do smaku). Gotować ok. 15 minut. Doprawić solą i pieprzem. Podawać z koperkiem i grzankami natartymi ząbkiem czosnku.





SMACZNEGO!

środa, 31 sierpnia 2016

Gazpacho

Gdybym była sławną wokalistką koncertującą dla wielotysięcznego tłumu fanów, to ustanowiłabym kategoryczny zakaz wnoszenia smartfonów na moje koncerty. Widząc choć jedną osobę nagrywającą mój występ schodziłabym ze sceny. Poważnie, mam alergię na to zjawisko i nie potrafię zrozumieć, jak można przyjść na koncert i oglądać go na ekranie swojego telefonu zamiast na żywo czerpać z niego radość. Krew mnie zalewa, gdy stoję wśród ludzi i widok przesłaniają mi wyciągnięte w górę łapska z telefonami. Zamiast krzyczeć, klaskać, tańczyć i cieszyć się z obecności "żywego" zespołu tu i teraz, stoją jeden z drugim nieruchomo jak mumie i nawet palcem w bucie nie drgną, żeby filmu nie zepsuć. Co z tego, że jakość obrazu i dźwięku jest beznadziejna! Co z tego, że przez większość nagrania połowę ekranu przesłaniają głowy innych ludzi! Ba, zdarza się nawet, że telefon w wyciągniętej łapie nic nie rejestruje, bo inteligent zapomniał go włączyć. Ale co tam, jak już stoi pod sceną to MUSI coś nagrać i już! Tylko po co? Czy ktoś to potem ogląda? Czy naprawdę jest się czym chwalić znajomym? Czy nie lepiej zrobić jedno zdjęcie "do chwalenia się", a resztę czasu poświęcić na kontakt z artystą? Nie rozumiem...może ktoś wyjaśni?
Na szczęście co jakiś czas docierają do mnie informacje, że ten czy inny artysta zwraca głośno uwagę "nagrywającym" i prosi o chowanie telefonów. Był nawet przypadek przerwania koncertu. Koncert, na którym ostatnio byliśmy też miał antysmartfonowy akcent - zanim mój ukochany zespół Rammstein wszedł na scenę, pojawiła się na telebimie prośba o to, by skupić się na show zamiast na jego nagrywaniu. Chyba podziałało, bo z trybun tylko gdzieniegdzie było widać telefony. I tym kilku geniuszom, którzy wydali kupę kasy na bilet pod sceną oglądających koncert w ekranie swojego smartfona bardzo współczuję.
Po koncercie noc przeciągnęła się do rana i gdyby nie zjedzone na śniadanie gazpacho pewnie do dziś leżelibyśmy w łóżku lecząc syndrom dnia kolejnego. Wersja "po imprezie" była diabelsko ostra, na co dzień polecam łagodniejszy wariant.

Jak to zrobić (4 porcje):
  • 1 kg pomidorów
  • 1/2 czerwonej papryki
  • 1/2 cebuli
  • 2 ząbki czosnku
  • garść natki pietruszki
  • 5 łyżek oliwy z oliwek
  • świeża papryczka chilli/habanero
  • sok cytryny/ocet winny (do smaku)
  • sól, pieprz
  • opcjonalnie: 1 kromka żytniego pieczywa
Wszystkie składniki zmiksować blenderem na gładko. Jeść mocno schłodzone.



SMACZNEGO!

środa, 20 lipca 2016

Krem z pomidora z grillowanym pomidorem


Wyobraźmy sobie, że jutro na ziemię ma spaść meteoryt. To oficjalna informacja, podają ją we wszystkich serwisach (tych lewackich, tych prawackich i tych zagramanicznych). Nie ma odwrotu. Giniemy. Co czuję? Smutek, że to już koniec, żal za tym, co przegapiłam i chęć zrobienia na raz tego wszystkiego, czego jeszcze nie zdążyłam. Ale tak się nie da. Można natomiast zadbać o to, aby ten czas, który pozostał spędzić najprzyjemniej jak to tylko możliwe. Zebrać do kupy rodzinę, zobaczyć się z przyjaciółmi, pooddychać lipcowym powietrzem i jeść wyłącznie swoje ulubione dania. Jeśli o mnie chodzi, ostatnim posiłkiem musiałaby być zupa pomidorowa mojego męża. Darek gotuje wyłącznie taką zupę i z każdym kolejnym razem dopracowuje swój przepis do perfekcji. Jeszcze nigdy nie zrobić niedobrej pomidorowej -zawsze znika błyskawicznie, niezależnie od ilości. Jego najnowsze dzieło - krem z dodatkiem grillowanego pomidora tak bardzo nam smakował, że zdecydowaliśmy podzielić się nim z Wami. Spróbujecie?

Jak to zrobić (4 porcje):

  • 1 pęczek włoszczyzny
  • 1 podudzie kurczaka
  • 1 puszka krojonych pomidorów
  • 1,5 słoiczka koncentratu pomidorowego
  • 4 świeże pomidory
  • tarta mozzarella
  • śmietana 18%
  • makaron (dowolny)
  • sól, chilli, czosnek, liście laurowe, cukier
Mięso opłukać, zalać 1,5 l wody. Dodać liście laurowe i zagotować. Do gotującego się wywaru dodać obraną i pokrojoną w kostkę włoszczyznę. Gotować do miękkości warzyw. Wyjąć mięso i liście laurowe, dodać pomidory i koncentrat i zagotować. Doprawić do smaku. W międzyczasie na patelni grillowej/grillu/w piekarniku podsmażyć przekrojone na pół pomidory. Zupę zmiksować. Krem podać z makaronem, śmietaną, mozzarellą i grillowanym pomidorem.




SMACZNEGO!

czwartek, 7 lipca 2016

Zupa krem z buraków i malin

Zaczynałam pisać ten post wiele razy, ale nie mogę znaleźć żadnego powiązania z dzisiejszą potrawą, które ułożyłoby się w zgrabny tekst. Czasem tak jest i przeważnie w takich sytuacjach rezygnuję z publikacji posta. Tym razem jednak jestem zdeterminowana, żeby Wam podać przepis, bo zupa jest wybitna. Nie, nie przesadziłam. WY-BIT-NA. A nic tego nie zapowiadało. Próbowałam jej wielokrotnie w trakcie przygotowania, nie mogąc znaleźć odpowiedniego smaku. Nie do końca przekonana podałam ją moim gościom i ich reakcja bardzo miło mnie zaskoczyła. Zanurzyłam łyżkę w zupie, zjadłam i BACH! To było TO. Moje kubki smakowe zapomniały smaki z fazy testowania, a ten ostateczny wypadł idealnie. Zróbcie ją w domu. BŁAGAM!
Przepis na zupę zaczerpnęłam z książki Grażyny i Jarosława Uścińskich pt. "Zdrowie w smaku" wydawnictwa REA-SJ. Niedługo Wam ją zaprezentuję dokładniej, ale zaufajcie mi, że dzisiejsza zupa to tylko preludium.

Z przyjemnością chcielibyśmy ogłosić wyniki konkursu z "Kaszomaniakiem"! Gratulujemy zwycięzcom i prosimy o przesłanie mailem danych adresowych do wysyłki nagrody oraz numeru telefonu.

1. Jan Buczyłko za barszcz z tłuczonymi ziemniakami, który przypomniał nam przedszkolne czasy :)
2. Justyna Dragan za kluski na parze z owocami - kto ich nie lubi?
3. Ela Kruczkiewicz za wyjątkowy deser z amarantusa, który prezentował się doskonale na załączonych zdjęciach.

Jak to zrobić (6 porcji):
  • 500g buraków
  • 200g malin (ja dodałam ok. 250g)
  • ok. 1 l lekkiego wywaru z warzyw (bez kapusty - ja użyłam 2 marchewek, 1 pietruszki, 1/2 selera, 1 cebuli, 1 ząbka czosnku, 2 liści laurowych i 3 ziaren ziela angielskiego)
  • śmietanka 36% (ja użyłam 18%)
  • 2 ugotowane ziemniaki
  • 50 ml koncentratu barszczu (to ode mnie)
  • sól, pieprz do smaku
  • świeży imbir do smaku (ja nie dodałam)
  • listki świeżego tymianku (to ode mnie)
  • opcjonalnie: 6 łyżeczek tartego parmezanu lub grana padano (na chipsy serowe do dekoracji)
Warzywa i przyprawy usunąć z bulionu. Buraki zawinąć w folię aluminiową i upiec w temperaturze 180 stopni (ok. 2 godziny). Na 5 minut przed końcem pieczenia wstawić do piekarnika blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Na papier wyłożyć parmezan (podzielić go na 6 "kupek" trochę od siebie oddalonych). Buraki przestudzić, obrać, pokroić w kostkę i wrzucić do bulionu razem z malinami i ziemniakami. Wszystko na gładko zmiksować i doprawić solą i pieprzem. Krem można przetrzeć przez sito, żeby pozbyć się pestek malin, ale nie jest to konieczne. Krem podawać ze śmietanką, kilkoma malinami, świeżym tymiankiem i chipsem serowym.



SMACZNEGO!

sobota, 11 czerwca 2016

Krem z białych szparagów

Scenka w warzywniaku:

- Czy są jeszcze zielone szparagi?
- Nie, nie ma. Zawsze szybko się rozchodzą.
- Nic dziwnego, są najlepsze!
- Nieprawda. Po prostu nikomu się nie chce białych obierać.

Hm..nie chciało i się dalej dyskutować, ale moim zdaniem zielone szparagi naprawdę są najlepsze. A to, że nie trzeba ich obierać tylko dopełnia idealny obrazek. Mimo to wzięłam szparagi białe, żeby udowodnić Panu, że obieranie mi nie straszne. Zdecydowałam się wykorzystać je do zupy, bo ani smak ani tekstura białych szparagów podawanych solo nie są czymś, za co dałabym się pokroić. Skorzystałam z przepisu z książki "PRL od kuchni" reklamującej ten krem jako "Elegancką zupę na proszony obiad". Określenie "proszony obiad" wyjątkowo mnie urzekło. Sama zupa już trochę mniej. Przywodzi na myśl starą szkołę domowego gotowania, w której wszystko musiało być obowiązkowo zabielane i zagęszczane. Niemniej sądzę, że amatorzy białuch szparagów na pewno będą usatysfakcjonowani, bo ich smak zdecydowanie dominuje.
Włoszczyznę wyłowioną z zupy można wykorzystać do zrobienia pasty warzywnej. Wystarczy je dobrze odsączyć i zmiksować z ciecierzycą lub białą fasolą z puszki. Pastę możecie doprawić według uznania.

Jak to zrobić:
  • 1 pęczek białych szparagów
  • 1 pęczek włoszczyzny
  • 1 mała cebula
  • 1 żółtko
  • 3/4 szklanki śmietanki
  • 1 łyżka masła
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • sól, cukier, biały pieprz, gałka muszkatołowa
Szparagi obrać, opłukać i pokroić pozostawiając główki w całości. Włoszczyznę obrać, umyć i włożyć do garnka. Zalać 1 l wrzącej wody, dodać obraną cebulę, szparagi i sól i gotować 20-25 minut. Wywar przecedzić. Szparagi zmiksować i dodać do wywaru. Główki szparagów dusić 2 minuty na maśle, zalać 1/2 szklanki wody, doprawić solą i cukrem i dusić jeszcze 2 minuty. Do zupy wlać mąkę rozmieszaną z 1/4 szklanki wody i zagotować. Dodać główki szparagów wraz z wodą, w której się dusiły, doprawić solą, pieprzem i gałką. Zupę zaprawić śmietanką wymieszaną z żółtkiem (bez tego dodatku krem będzie wegański). Polecam z dodatkiem oliwy truflowej lub zwykłej.


SMACZNEGO!

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Zupa paprykowa

To był ciężki weekend...w sobotę wybraliśmy się do Krakowa na Mistrzostwa Polski w Saunowaniu. Spędziliśmy 10 godzin w podróży po to, żeby przez 4 godziny korzystać z uroków grzania się w saunie i przy okazji podziwiać popisy "saunamistrzów". Panowie wychodzili z siebie starając się stworzyć w saunie wyjątkowe show z użyciem światła, muzyki, zapachów i ruchów własnego ciała. Szczególnie spodobał mi się seans Macieja Zaczyka inspirowany muzyką Johnny'ego Cash'a. Polewanie rozgrzanych kamieni wodą o zapachu iglastego lasu prosto ze specjalnie przerobionej do tego celu gitary to był czad!! Bardzo ciekawe doświadczenie, ale polecam mierzyć siły na zamiary. Ja o mało nie wyzionęłam ducha przy ostatnim seansie, w którym "Król Mateusz" podniósł temperaturę w saunie do miliarda stopni i machał ręcznikiem jak szalony, żeby każdy uczestnik poczuł to na własnej skórze :)
Po powrocie w środku nocy spaliśmy jak zabici. Niedziela upłynęła leniwie, jeśli chodzi o mnie, ale w Darka wstąpił diabeł. Od rana szalał w kuchni tworząc coś na obiad. Jeden z jego wynalazków prezentujemy dzisiaj: zupa paprykowa. Boska!!

Jak to zrobić (przepis na wielki gar...dla 8 osób minimum):
  • 2 podudzia z kurczaka
  • 1 por
  • 2 marchewki
  • 1/4 selera
  • 1 pietruszka
  • 2 duże ziemniaki
  • 3 świeże papryki (zielona, czerwona i żółta)
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżeczka masła
  • 1 łyżeczka wędzonej papryki w proszku (opcjonalnie)
  • 1/5 opakowania słodkiej papryki w proszku
  • liski laurowe i ziele angielski
  • kilka ziaren pieprzu i kolendry - zgniecione w moździerzu (można użyć szczypty przypraw w proszku)
  • sól
Kurczaka, liście laurowe i ziele angielskie zalać 2 litrami wody. Warzywa oczyścić, obrać i pokroić. Do garnka wrzucić marchewkę, połowę selera, pietruszkę i ziemniaki. Ugotować do miękkości, wyjąć mięso, liście laurowe, ziele angielskie i zmiksować. Pora, paprykę i pozostałą część selera podsmażyć na maśle i dodać do zupy. Dodać resztę przypraw. Zagotować i JEŚĆ!



SMACZNEGO!

sobota, 10 stycznia 2015

Francuska zupa cebulowa z przepisu Julii Child

Minęły Święta, minął Sylwester, mamy nowy rok 2015. Dla wielu osób to czas podsumowań oraz spojrzenia wstecz na to, co się działo. To czas na wspominanie tego, z czego jesteśmy dumni i chwilę refleksji nad tym, czego wolelibyśmy nigdy nie doświadczyć. To również moment na snucie planów i tworzenie postanowień, które tym razem NA PEWNO zrealizujemy. Ja jednak daruję Wam i nie będzie posta z moimi osobistymi wynurzeniami. Będzie za to post z przepisem na pyszną zupę, nad którą dużo przyjemniej się duma...

Bazuję na przepisie pochodzącym z książki autorstwa Julii Child pt. "Francuski Szef Kuchi". Sięgnęłam do niej zaraz po tym jak po raz nie wiem który obejrzałam film "Julie i Julia". Uwielbiam go i nigdy mi się nie znudzi! Tak samo jak "Terminator" (część 1), "Wróg publiczny", "Herkules" (ten disneyowski), "Syreny" z moją ukochaną Cher i "Sok z żuka" Tima Burtona. Niestety żaden z pozostałych filmów nie inspiruje mnie kulinarnie :)

Najlepszego w Nowym Roku!

Jak to zrobić (dla 4 osób):
  • 700 g białej cebuli
  • 250 ml białego wytrawnego wina
  • 1,5 szklanki wody
  • 1/2 łyżki cukru
  • 1 łyżka mąki
  • liść laurowy
  • 50 g masła
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • sól, biały pieprz (lub zwykły, jeśli nie masz białego)
do podania:
  • grube kromki bagietki lub innego pieczywa
  • ser cheddar (u nas oscypek)
Cebulę pokroić w plastry lub piórka (na pół i wzdłuż w cienkie plasterki). Na patelni rozgrzać masło z oliwą i wrzucić cebulę. Smażyć mieszając od czasu do czasu przez ok 10 minut. Cebulę umieścić w garnku i zalać wodą/bulionem oraz winem. Dodać łyżkę mąki i dokładnie wymieszać, żeby nie było grudek. Dodać liść laurowy, cukier, sól i pieprz i gotować ok. 30 minut aż cebula będzie całkowicie miękka. Przed podaniem włożyć do piekarnika kromki pieczywa i zrumienić z dwóch stron. Posypać tartym serem i piec jeszcze chwilę aż ser się rozpuści (oscypek kiepsko się rozpuszcza). Gotowe grzanki układać na talerzach z zupą lub podać osobno.



BON APPÉTIT!

sobota, 18 stycznia 2014

Kolorowe Zupy: żółty. Brazylijska zupa kukurydziana z krewetkami

Macie czasem tak, że podczas wizyty w knajpie coś zasmakuje Wam tak bardzo, że chcecie koniecznie nauczyć się to robić (lub wracać do tej knajpy częściej)? Ja jestem dość wybredna i rzadko kiedy jakieś danie zachwyci mnie do tego stopnia, że chciałabym jeść je już zawsze. Do tej pory zdarzyło się to 3 razy, zawsze w Warszawie: w restauracji Arsenał, gdzie zakochałam się w łososiu w sosie kaparowym, w restauracji Bello e buono, gdzie podają najlepszy makaron z sosem pomidorowym oraz ostatnio w Browar de Brasil, gdzie jadłam zupę kukurydzianą z krewetkami. I właśnie to ostatnie danie chcę Wam dziś pokazać i zachęcić do spróbowania w domu.
Przepis jest niezwykle, wręcz zawstydzająco banalny, ale może właśnie dzięki temu zupa kukurydziana znajdzie rzeszę amatorów, również wśród tych, którzy w gotowaniu nie czują się zbyt mocni..?

Jak to zrobić (4 porcje):
  • 2 puszki kukurydzy
  • 1,5 puszki mleka kokosowego (600 g)
  • 2 łyżeczki ziaren kolendry
  • 500 ml wody
  • sól
krewetki:
  • 250 g krewetek (mogą być koktajlowe)
  • 1 limonka
  • 3 łyżki oleju
  • kawałek świeżego imbiru
  • chilli
W garnku zagotować kukurydzę z mlekiem i wodą. Kolendrę zmiażdżyć (lub jeśli nie macie moździerza ani młynka, możecie użyć kolendry w proszku) i dodać do garnka. Przestudzić i zmiksować. Doprawić solą. W międzyczasie zamarynować krewetki w soku i skórce z limonki, startym imbirze, oleju i chilli. Chilli radzę nie żałować, bo sama zupa jest bardzo łagodna i słodka, więc to krewetki nadadzą jej charakteru. Przed podaniem krewetki podsmażyć i przełożyć do talerzy z zupą. Można ozdobić kawałkami świeżego kokosa.


SMACZNEGO!

piątek, 3 stycznia 2014

Góralska kwaśnica

Minęły Święta, minął Sylwester, zaczął się karnawał. Czas radości, imprez do rana i ciężkiej głowy dnia następnego. Znacie to? Ten natrętny tupot białych mew, pragnienie trudne do ugaszenia i desperackie poszukiwanie jakiegoś remedium? Mamy na to radę! A właściwie dwie...pierwsza z nich: dożywotni wolontariat na etacie kierowcy (ja się nad tym poważnie zastanawiam..). Druga natomiast, nieco przyjemniejsza: solidne jedzenie. I to zarówno przed imprezą, w trakcie, jak i dzień po. Nie oszukujmy się, picie alkoholu w dużych ilościach nie pozostanie bez wpływu na nasze samopoczucie choćbyśmy nie wiem jakie metody stosowali. Picie oleju, wody z sokiem z cytryny, czy inne ludowe sposoby nie sprawią, że kac w magiczny sposób nas ominie. Ale możemy sobie pomóc i sprawić, że ból głowy będzie mniej dotkliwy i minie szybciej niż podczas bezczynnego leżenia i jęczenia. Wracając do leczniczego jedzenia, dziś proponujemy jedno z takich właśnie magicznych dań, po którym szybciej staniemy na nogi. Konkretna, tłuściutka zupa z dużą ilością zbawiennego kwasu z kiszonej kapusty i z obowiązkową wkładką. Patent z paloną cebulą zaczerpnęłam od mojego Taty, który zawsze dodaje ją do zupy ogórkowej i wychodzi najlepsza na świecie!

Jak to zrobić:
  • 350 g wędzonego surowego boczku
  • 800 g kapusty kiszonej
  • 3 marchewki
  • 1/2 selera
  • 2 pietruszki
  • 1 nieduża cebula
  • biała część pora
  • 3 ząbki czosnku
  • 3 duże ziemniaki
  • 3 liście laurowe
  • 3 jagody ziela angielskiego oraz jałowca (też 3)
  • 2 łyżki suszonego majeranku
  • 1 łyżeczka płynnego miodu
  • sól i biały mielony pieprz do smaku
Boczek pokroić w grubą kostkę i wrzucić do garnka razem z jałowcem, liściem laurowym i zielem angielskim. Ząbki czosnku zgnieść dłonią lub nożem i dorzucić do garnka. Postawić na małym ogniu i przesmażyć aż boczek wypuści sporo tłuszczyku. Zalać 2 litrami wody i zagotować. Do gotującego się wywaru dodać pietruszkę i marchewkę pokrojone w plastry, seler pokrojony w kostkę i posiekanego pora. Gotować 10 minut i dorzucić pokrojone w kostkę ziemniaki. W międzyczasie na osobnym palniku opalić nadzianą na widelec obraną cebulę aż pokryje się warstewką czarnej przypalonej skórki. Wrzucić w całości do garnka razem z ziemniakami. Gotować kolejne 10 minut. Kapustę odcisnąć (sok zachować!) i posiekać. Dodać do zupy. Po 15 minutach spróbować i doprawić sokiem z kapusty (jeśli zupa jest zbyt mało kwaśna), solą (jeśli potrzeba) i białym pieprzem (dość obficie). Wsypać majeranek i gotować jeszcze co najmniej 10 minut. Kapusta musi lekko zmięknąć, ale dobrze by było, żeby pozostała chrupiąca. Podawać gorącą z kromką chleba.



SMACZNEGO!

sobota, 23 listopada 2013

Zupa rybna - TYLKO dla ludzi o mocnych nerwach

Odkąd wyrzuciłam mięso (ssaków i ptaków) ze swojej diety, w naszym domu coraz częściej zaczęły gościć ryby. Świeże, wędzone, zapuszkowane, najróżniejsze. Nagle odkryłam, że ryba to nie tylko kostka z mintaja i śledź, a w lodówkach naszej lokalnej Biedronki oraz Lidla mozna wygrzebać prawdziwe cuda: pstrągi, tołpygi, łososie, tilapie, a nawet tuńczyki. Bardzo lubię i preferuję kupowanie całych świeżych ryb, pozbawionych jedynie wnętrzności po pierwsze dlatego, że są najpewniejsze (można błyskawicznie ocenić ich świeżość), a po drugie ze względów czysto ekonomicznych: jedna ryba to naprawdę solidny posiłek. Mamy jednak pewien problem z tym rodzajem ryb...otóż oboje z Darkiem wzdrygamy się na samą myśl o wyjmowaniu takiej rybie oczu, ale jednocześnie pieczenie ryby z oczami wydaje nam się jeszcze gorsze! Znaleźliśmy jednak pewien kompromis, który jak się okazało przyniósł ze sobą dodatkowe, niespodziewane korzyści. I tak: przed przyprawieniem i przyrządzeniem ryb pozbawiamy je głów jednym wprawnym cięciem, a następnie, żeby śmierć ryby nie poszła na marne, wrzucamy je w foliowych foreczkach do zamrażarki "na później". Brzmi trochę jak wyznanie psychopatycznego mordercy ("pozbawiam swoje ofiary głów, a potem je sobie mrożę..to takie zabawne"), ale uwierzcie mi, że rybie głowy (i generalnie wszystkie resztki pozostałe na przykład po filetowaniu całej ryby, tzn. ości, kręgosłup, płetwy) są wprost wymarzoną bazą do przygotowania pysznej i aromatycznej zupy rybnej! Dzięki temu nie marnuje się nawet kropelka smaku zawartego w rybie.

To co, mamy tutaj twardzieli, którym rybie głowy nie są straszne?

Jak to zrobić:
  • 500 g rybich "resztek" (głowy, kręgosłupy, płetwy)
  • 300 g filetów z białej ryby, bez ości i skóry (dorsz, pstrąg) lub filet z łososia
  • 5 dużych ziemniaków
  • 1/2 selera
  • 2 pietruszki
  • 3 marchewki
  • 2 puszki pomidorów
  • 1 łyżka koncentratu pomidorowego
  • 2 ząbki czosnku
  • sól do smaku
  • 3 liście laurowe, 1 łyżeczka ziaren ziela angielskiego
  • biały mielony pieprz (sporo, zupa musi być pikantna)
  • 1 łyżeczka cukru
  • świeża natka pietruszki do posypania
Rybne "resztki" i pokrojone warzywa zalać zimną wodą. Dodać listek laurowy i ziele angielskie i zagotować. Gdy warzywa zmiękną trzeba delikatnie wyłowić kawałki ryby (jeśli zauważycie wcześniej, że zaczynają się rozpadać to wyjmijcie wcześniej!). Dodać do garnka pomidory i koncentrat i ponownie zagotować. Doprawić solą, pieprzem i cukrem i wcisnąć czosnek. Filety rybne pokroić w kostkę i wrzucić delikatnie do zupy. Gdy tylko będą miękkie i ugotowane zupę wyłączamy i podajemy. Posypać natką pietruszki.



SMACZNEGO!

piątek, 8 listopada 2013

Zakwas buraczany - zdrowie w najczystszej postaci

Dawno już nie czułam takiego parcia na zdrowie, jak w tej chwili. Przejście na dietę bezglutenową okazało się dla mnie pierwszym krokiem to totalnej rewolucji. Bo o ile samo odstawienie pszenicy nie powoduje jak na razie diametralnych zmian, o tyle sama świadomość bycia na diecie zmieniła całkowicie mój sposób myślenia o jedzeniu. Moją ostatnią wielką inspiracją jest pewna niezwykle pozytywna Amerykanka, której filmiki wręcz maniakalnie śledzę na YouTube. Mowa o Kristinie Carrillo-Bucaram, autorce kanału FullyRawKristina, "surowej" wegance i niezwykle aktywnej propagatorce zdrowego trybu życia. Coś jak nasza Ewa Chodakowska, z tym, że Ewa skupia się na ruchu, a Kristina na żywieniu. Oczywiście nie zamierzam przejść na dietę witariańską (aczkolwiek niektóre przepisy są naprawdę warte uwagi), ale sposób, w jaki prowadzi swoje programy, jej entuzjazm, te wszystkie kolory, zapachy i smaki, które niemal czuć przez ekran sprawiają, że mam ochotę wstać i zrobić dla siebie coś dobrego.
Zacznę od czegoś niedrogiego i prostego, żeby pokazać Wam, że wystarczy kilka złotych i dosłownie parę drobnych czynności, żeby sprawić swojemu organizmowi prawdziwy prezent. A teraz ręka do góry: kto w okresie jesionno-zimowym cierpi na spadek energii, zmęczenie, częste infekcje i/lub chandrę? A kto spośród Was wydaje krocie na suplementy mające postawić na nogi i wmawia sobie, że to naprawdę działa? Uzbierała się spora grupka, hm? Reszta pewnie nic nie robi z jesiennym osłabieniem, bo ma ważniejsze wydatki niż kupowanie suplementów. Dla wszystkich jesiennie osłabionych mam dobrą radę: wypróbujcie kurację, którą Wam za chwilę zaproponuję, przez okres 2 tygodni. Jednocześnie postarajcie się trochę o siebie zadbać - ruch na świeżym powietrzu, solidne śniadanie rano i zalecana dawka 500 g warzyw i owoców dziennie, a gwarantuję, że odstawicie wszystkie bezsensowne tabletki i zaczniecie cieszyć się życiem! Serio, to bardzo proste. Wystarczy pójść do warzywniaka, kupić 1 kg buraków, główkę czosnku, przyprawy i sól i mamy gotową listę składników na najbardziej naturalny i pożyteczny suplement - sok z kiszonych buraków. Potrzebujecie tylko szklanki dziennie (można popijać po 1/2 szklanki przed posiłkami), żeby odzyskać siły przepędzone przez jesienny wiatr. To co, spróbujecie? :)

PS. Ja zrobiłam z połowy składników tak na początek...i teraz żałuję, że tak mało :)

Jak to zrobić:
  • 1 kg buraków
  • 2-3 listki laurowe
  • 1 płaska łyżeczka ziaren czarnego pieprzu
  • kilka kulek ziela angielskiego
  • 6 ząbków czosnku
  • 2 litry wody
  • 3 płaskie łyżki soli kamiennej (takiej do przetworów - niejodowanej)
Wodę zagotować, osolić, wymieszać i odstawić do przestudzenia. Buraki obrać i pokroić w cienkie plastry. W dużym słoju ułożyć buraki do połowy wysokości, wrzucić wszystkie przyprawy i dopełnić słój burakami. Zalać przestudzoną solanką, przykryć ściereczką lub wieczkiem (ale nie dokręcać!) i odstawić w ciepłe miejsce na 4-5 dni. Po tym czasie zdjąć z powierzchni płynu pianę, przecedzić sok i przechowywać w lodówce. Z pozostałych buraków można przyrządzić sałatkę, ale ja lubię je jeść tak po prostu :)



SMACZNEGO!

wtorek, 1 października 2013

Po prostu pieczarkowa

Nie "Krem z pieczarek", nie "Zupa pieczarkowa na warzywnym wywarze z maślaną nutą", nie "Pieczarki w bulionie z warzywami" tylko po prostu zwykła ordynarna pieczarkowa. Odkąd prowadzimy tego bloga, moje życie całkowicie podporządkowało się jedzeniu i większość potraw, które w zamyśle mają się znaleźć na blogu, musi być oryginalna, wystylizowana, wymyślna i najlepiej taka, której nikt dotąd nie jadł. Coraz częściej jednak dochodzi do głosu rozsądek, który zadaje jedno kluczowe pytanie: "Po co to wszystko?" i w sumie nie potrafię na nie odpowiedzieć. Bo czy na co dzień jest aż tak istotne, czy warzywa w zupie są pokrojone w "julienne" (cieniutkie paseczki), czy w grubo ciosaną kostkę? Owszem, miło czasem zjeść coś innego, eleganckiego i oryginalnego, ale nie wariujmy! Jedzenie ma przede wszystkim smakować i być podane na czystych talerzach (niekoniecznie ubranych w "garni"...).
W myśl idei "wracamy do korzeni" proponuję dziś pieczarkową, czyli zupę, która królowała (nadal króluje?) w szkolnych stołówkach, barach mlecznych i na obiadach w domu wczasowym. Do tego obowiązkowo śmietana, która musi się zważyć. Jedynym szaleństwem, na jakie sobie pozwalam jest dodatek suszonych grzybów, dzięki którym zupa ma niesamowity grzybowy smak i zapach. I wcale nie trzeba jej blendować ani stroić płatkami róż, sama w sobie jest wyśmienita.

Jak to zrobić:
  • 400 g pieczarek
  • zestaw włoszczyzny (kawałek pora, 4 marchewki, 2 pietruszki, 1/4 selera)
  • 5-6 suszonych grzybów
  • 3 duże ziemniaki
  • 1 łyżka masła
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 mała cebula
  • 2 listki laurowe
  • 3 ziarna ziela angielskiego
  • śmietana
  • sól i pieprz
W garnku zagotować 1,5 litra wody z listkami laurowymi, zielem angielskim i pokruszonymi grzybami. W międzyczasie pokroić włoszczyznę w dowolne kawałki i kiedy woda w garnku się zagotuje wrzucić warzywa. Obrać pieczarki i pokroić w dowolne kawałki. Cebulę obrać i pokroić w kostkę, czosnek obrać i posiekać. Na patelni rozgrzać masło i przesmażyć na nim pieczarki z cebulą, czosnkiem i dużą szczyptą soli. Ziemniaki obrać i pokroić w kostkę. Gdy warzywa w garnku zmiękną wrzucić do nich pieczarki z cebulą i czosnkiem (koniecznie razem z masłem, na którym się smażyły!) i ziemniaki. Całość gotować aż wszystkie warzywa w garnku będą miękkie. Zupę zaprawić śmietaną i na końcu doprawić pieprzem i solą według smaku.


SMACZNEGO!

piątek, 19 lipca 2013

Z cyklu Kolorowe Zupy: Krem z młodej marchewki z nerkowcami

Kontynuujemy cykl "Kolorowe zupy". To już trzecia zupa w tym dziale i jestem z tego niezmiernie dumna, bo jako typowy "słomiany zapaleniec" większość moich ambitnych inicjatyw porzucam równie szybko, jak się za nie biorę (patrz: nieszczęsne drinkujące babeczki). Co prawda przy okazji białej zupy zapowiadałam, jako następną, zupę w kolorze imbiru na specjalne życzenie Darka, ale widocznie jeszcze nie nadszedł jej czas..kochanie, wiem, że mi wybaczysz :*
No więc dziś zapraszam na zupę pomarańczową z młodej marchewki z imbirem i orzechami nerkowca. Przepis pochodzi z programu Pascala Brodnickiego ("Smakuj Świat z Pascalem") i pojawił się w odcinku o Sri Lance. Pascal gotował tę zupę wśród podopiecznych rezerwatu dla słoni, których zainteresowanie zawartością garnka było dla mnie najlepszą recenzją i motywacją do realizacji tego przepisu. I powiem Wam, że słonie się nie myliły :)

Źródło przepisu znajdziecie tutaj (KLIK). Cytuję za autorem, ale w mojej zupie bulion zastąpiłam zwykłą gorącą wodą.

Jak to zrobić:
  • 130 g orzechów nerkowca – uprażonych na patelni, posiekanych 
  • 45 g masła 
  • 4 duże marchewki- obrane i pokrojone w talarki (u mnie było ciut więcej, ok. 300 g)
  • 2 średnie cebule posiekane (użyłam jednej białej i jednej czerwonej)
  • 1 łyżka cukru 
  • litr bulionu warzywnego (lub wody)
  • 1 kawałek imbiru (u mnie wielkości 2-3 cm)
  • szczypta ziół prowansalskich 
  • sól i pieprz (u mnie kilka kropli tabasco)
  • zielona pietruszka / kolendra do dekoracji
W dużym garnku rozpuść masło. Kiedy zacznie "śpiewać" – dodaj pokrojoną marchew i cebulę. Smaż 5-6 minut, a następnie dodaj szczyptę ziół prowansalskich.
Dodaj cukier, połowę porcji orzechów nerkowca (70 g) i smaż minutę, mieszając. Po chwili dodaj drobno pokrojony imbir i dalej podsmażaj. Następnie dodaj bulion. Doprowadź do wrzenia, a następnie gotuj na wolnym ogniu 20 minut. 
Gdy marchewka stanie się miękka, zmiksuj całość do kremowej konsystencji i jeszcze raz zagotuj. Dodaj do tego sól i pieprz do smaku oraz resztę posiekanych orzechów. Udekoruj kilkoma orzeszkami nerkowca i zieloną pietruszką lub kolendrą.


SMACZNEGO!

piątek, 28 czerwca 2013

Chłodnik litewski i spełnione marzenie

W środę 19.06. spełniło się moje marzenie: bawiłam się na niezapomnianym, fantastycznym koncercie Bon Jovi w Gdańsku. Uczucie nie do opisania - podziwianie na żywo swojego idola, którego piosenki towarzyszyły pierwszym tańcom-przytulańcom, dawały kopa w trudnych chwilach oraz tworzyły tło do rozmyślań o księciu z bajki, które w nastoletnim życiu królowały w mojej głowie. Sam koncert był absolutnie idealny - panowie (tak tak, to już starsi panowie) dali niesamowite 2,5-godzinne show warte każdych pieniędzy. A odśpiewane na koniec "Always" było prawdziwą wisienką na torcie. Tylko sobie wyobraźcie: 30-tysięczny tłum na stadionie rozbujany w rytm ukochanej piosenki i śpiewający na całe gardło od pierwszego do ostatniego słowa. Na szczęście Jon obiecał, że niedługo wrócą, więc będę wypatrywać go z utęsknieniem (oby tym razem w Warszawie...).
Nawet nie spodziewałam się, że ten wyjazd poza wrażeniami koncertowymi przyniesie również zachwyty kulinarne. I to w miejscu, w którym najmniej bym się tego spodziewała! W trakcie czwartkowego zwiedzania starówki gdańskiej wstąpiłam do sieciówki Green Point z wegetariańskim i wegańskim jedzeniem. Upał skłonił mnie do zamówienia chłodnika, który okazał się najlepszą wersją tej zupy, jaką do tej pory jadłam. Idealnie kwaśny, czosnkowy, doprawiony ziołami i z grubo pokrojonymi, chrupiącymi rzodkiewkami i ogórkiem (osobiście nie znoszę chłodników z tartymi warzywami). Pycha! Smak przywiozłam do domu i w pierwszej wolnej chwili zrobiłam chłodnik sama. W ilości hurtowej.

Jak to zrobić (porcja dla 4 osób na 2 dni):
  • 3 pęczki botwiny
  • 1 pęczek rzodkiewki
  • 1/2 długiego ogórka
  • 4 opakowania mleka zsiadłego po 400 g każde
  • 1/2 pęczka koperku
  • 4 ząbki czosnku
  • pęczek szczypiorku
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • sól i pieprz
Botwinę bardzo dokładnie umyć (żeby piach nie chrzęścił pod zębami!) i pokroić. Wrzucić do wrzątku i gotować 10-15 minut. Ostudzić. W międzyczasie umytą rzodkiewkę i ogórka pokroić w dość grubą kostkę, a koper i szczypiorek posiekać. Wrzucić do garnka i zalać zsiadłym mlekiem. Wcisnąć do garnka czosnek i wlać sok z cytryny. Na koniec dodać ostudzoną botwinę i wszystko dokładnie wymieszać. Doprawić solą i pieprzem do smaku i wstawić do lodówki na minimum 2 godziny, żeby zupa się schłodziła i nabrała różowego kolorku. Można podać z jajkiem na twardo, ale ja wolę bez.


SMACZNEGO!

sobota, 16 lutego 2013

Ekspresowa zupa serowo-cebulowa mojej mamy

Kto lubi od czasu do czasu zjeść zupkę w proszku? Myślę, że jawnie zaprzeczy wiele osób, ale skrycie pomyśli o swoim ulubionym gorącym kubku lub daniu w 5 minut. Większości na pewno pozostał pewien sentyment z czasu studiów, gdy w trudnej chwili taka zupka z proszku była ostatnią deską ratunku (jako "trudną chwilę" rozumiem na przykład pusty portfel, dylemat między porządnym obiadem a wyjściem na piwo lub ciężki poranek po oblewaniu zaliczonej sesji...). Pomimo, że jestem zwolenniczką domowej dobrej kuchni czasem sama sięgam po dania instant (w domu nigdy, ale na wyjeździe owszem). Do moich ulubieńców zaliczam pomidorowy gorący kubek z makaronem oraz nudle knorra ser w ziołach (zbieżność marki obu faworytów jest przypadkowa i nie ma nic wspólnego z promowaniem producenta). Tak tak, są nafaszerowane różnymi glutaminianami, aromatami i utwardzonymi tłuszczami, ale co mam zrobić skoro ja je tak lubię?
Dziś proponuję danie, które stanowi smakowy odpowiednik sera w ziołach: cebulowo-serową zupę mojej mamy. Można spokojnie nazwać ją zupą instant, bo jest prosta, tania i szybka w przygotowaniu. Zupa zapewne powstała z potrzeby wykorzystania nadmiaru cebuli lub starego serka z lodówki. Cokolwiek jednak stało za wymyśleniem tego przepisu, dało świetny efekt. Nie przygotowuję tego dania często, bo jest  dość kaloryczne. Ale mimo wszystko raz na jakiś czas miło jest sobie przypomnieć ten smak.

Jak to zrobić (na 2 osoby):
  • 3 cebule
  • 2 łyżki masła
  • 1 "kiełbaska" serka topionego (100g)
  • sól i pieprz
  • 2 listki laurowe
  • suszony koperek
Cebulę pokroić w grubą kostkę i poddusić na maśle z solą, listkami laurowymi i odrobiną wody. Gdy będzie miękka zalać 2 szklankami wody, zagotować i dodać serek topiony. Gdy serek dokładnie się rozpuści w zupie doprawić do smaku solą i pieprzem. Przed podaniem posypać koperkiem.


SMACZNEGO!

czwartek, 7 lutego 2013

Czosnkowe fandango - w walce z atakiem pączków

Tłusty czwartek to tragiczny dzień...tego dnia kończy się większość noworocznych postanowień związanych z dietami, odchudzaniem i zdrowym odżywianiem. Ale jak tu odmówić kolejnemu uśmiechniętemu pączusiowi ociekającemu lukrem, czy kolejnemu słodziutkiemu faworkowi...i tym wszystkim straszliwym kusicielom, którzy wmawiają, że "Przecież nie zjeść 10 pączków w tłusty czwartek to hańba"? Tak, ja też nie jestem na tyle asertywna, żeby w takim momencie odwrócić głowę w stronę jakiejś tam marchewki :) ale jest jedna metoda wspomagająca silną wolę tego feralnego dnia: zupa czosnkowa według przepisu Małgorzaty Caprari o wdzięcznej nazwie "Czosnkowe fandango". Brzmi jak jakiś gorący latynoski taniec, a w rzeczywistości pod tą nazwą kryje się wyjątkowo...hmm...aromatyczna zupa. Aromatyczna i przepyszna - jeśli ktoś lubi czosnek. Ale wracając do meritum: jak zupa czosnkowa pomaga walczyć z pączkami? Mechanizmy działania są dwa:
1) można ją zjeść w momencie, gdy rozsądek podpowiada, że pora już przestać pochłaniać kolejne pączuszki - zupa tak zmienia smak w ustach, że po jej zjedzeniu nie ma się absolutnie ochoty na nic słodkiego!
2) zjedzona dzień wcześniej lub przed konfrontacją w pączkowymi kusicielami wytwarza wokół nas coś na kształt bariery ochronnej, od której będą się oni odbijać się jak od ściany. Bardzo twardej ściany...i z pewnością nie zechcą próbować ponownie się przebić :)
Ostrzegam jednak, że czosnkowe fandango to naprawdę mocna rzecz dla prawdziwych twardzieli!

Jak to zrobić:
  • główka czosnku
  • 1 czerwona cebula
  • 2 puszki krojonych pomidorów (2 x 400 g)
  • 5 łyżek oliwy
  • sól i pieprz (lub chilli)
  • 2 kromki pieczywa (np. razowego)
  • tarty żółty
Czosnek drobno posiekać (ja część ząbków posiekałam, a kilka przecisnęłam przez praskę). Posiekać cebulę i razem z czosnkiem i 1 łyżeczką soli zeszklić w garnku na oliwie dodając po chwili odrobinę wody (smażyć krótko stale mieszając - najwyżej 2 minuty). Dodać pomidory i doprawić pieprzem. Dolać szklankę wody. Zupę gotować 10-15 minut. Jeżeli zupa ma być mocno czosnkowa i chcecie, żeby świadomość zjedzenia czosnku pozostała z Wami naprawdę długo to można pogotować krócej. Kromki pieczywa podpiec w tosterze/na patelni/w piekarniku i położyć na talerzu z gorącą zupą. Grzankę posypać tartym serem.


SMACZNEGO!

sobota, 26 stycznia 2013

Z cyklu Kolorowe Zupy - zielona minestrone wg. Nigellissimy

W piątek wreszcie po długiej podróży przybył do mnie...Święty Mikołaj. Tak tak, nic mi się nie pomyliło. Niestety w grudniu Mikołaja napotkały niespodziewane przeciwności i nie zdołał przynieść mi tego właściwego prezentu na czas. Nie powiem, było mi trochę smutno, ale teraz radość jest podwójna :) tak więc wraz z Mikołajem do domu przybyła nowiutka, pachnąca Nigellissima! Kolejna wspaniała książka boskiej Nigelli, tym razem kręcąca się tematycznie wyłącznie wokół kuchni włoskiej (nota bene naszej ulubionej). Trochę bałam się zajrzeć do środka w obawie, że nie będę potrafiła się opanować i od razu przejrzę wszystkie przepisy! Staram się dozować sobie przyjemność pochodzącą z przeglądania nowych książek kucharskich i zaglądam do nich od czasu do czasu. Przy pierwszym podejściu otwierałam Nigellissimę losowo na różnych wspaniałych przepisach, ale dziwnym trafem kilkukrotnie wybierałam tę samą stronę z zieloną zupą. Pomyślałam: "To musi być znak! Nigella beszta mnie za brak konsekwencji i rozpoczynanie kolejnych cykli przepisów bez ciągu dalszego!". Nie było wyjścia - musiałam ten przepis zrealizować. Wprowadziłam kilka drobnych zmian w ilości składników, ale mam nadzieję, że smak jest bliski oryginałowi!
Wiem, że otwierając cykl białą zupą rybną obiecywałam następną w kolejności zupę żółtą na specjalne życzenie Darka. Ale wspominałam ostatnio, że cierpię na brak kulinarnej weny i nie mogłam nic sensownego wymyślić. Zupa Nigelli spadła mi z nieba i mam nadzieję, że odblokuje się moja własna kulinarna wyobraźnia.

Jak to zrobić (dla 4 osób):
  • 1 duża cukinia
  • 1 por
  • 250 g ziemniaków
  • 1 szklanka mrożonego zielonego groszku
  • 1,5 szklanki mrożonej zielonej fasolki szparagowej
  • 1 puszka białej fasoli
  • garść liści szpinaku "baby"
  • 250 g tortellini z serem (w oryginale tortelli z ricottą i szpinakiem)
  • 1 ząbek czosnku
  • 40 g tartego parmezanu
  • oliwa z oliwek
  • 1 łyżeczka tymianku
  • 1 łyżeczka bazylii
  • odrobina chilli
  • sól
Pora przekroić na pół, dokładnie umyć i pokroić. Cukinię i ziemniaki pokroić w kostkę. W garnku rozgrzać oliwę (ok. 3 łyżek) z pokrojonym ząbkiem czosnku i tymiankiem. Wrzucić wszystkie warzywa oprócz fasoli z puszki i szpinaku i zalać 2 litrami wody. Gotować do miękkości dodając po ok. 10 minutach szpinak. Gdy warzywa będą miękkie z garnka odlać 3 chochle zupy starając się nabierać więcej warzyw niż płynu i odstawić do przestudzenia. Do garnka z pozostałą zupą wrzucić opłukaną fasolę z puszki i tortellini. Odstawioną zupę przelać do blendera i zmiksować z parmezanem i bazylią na puree. Dodać z powrotem do garnka i gotować aż tortellini będą miękkie. Posolić do smaku dopiero na samym końcu.


 SMACZNEGO!

piątek, 4 stycznia 2013

Azjatycka zupa pomarańczowa z łososiem i tofu

Sprawdźmy: Święta zaliczone, Sylwester zaliczony, 3 kg więcej zaliczone....po gorącym okresie świąteczno-noworocznym, gdy całą energię i umysł pochłaniały wyczyny w kuchni, wizyty u rodziny, spotkania ze znajomymi i sylwestrowe przygotowania, nadeszły dni pustki: powroty do pracy, do szkoły, do szarej pseudozimowej codzienności, w której znów trzeba znaleźć sobie jakiś cel. Mój jest prosty - odzyskanie letniej formy, w której spodnie były luźniejsze, a brzuch dało się wciągnąć i nawet widać było jakiś mięsień :) od czego zacząć? Po pierwsze od wyjedzenia lub rozdania wszystkich smakołyków, które jeszcze pozostały w lodówce. Ciastem proponuję podzielić się z ptakami, czekoladowe Mikołaje zutylizować w brzuchu (swoim lub cudzym), to, co się jeszcze nadaje pomrozić, a resztą uszczęśliwić osiedlową bandę bezpańskich kotów. Trzeba zrobić generalne porządki w lodówce, aby okres powrotu do formy móc zacząć z czystym kontem. Od tej pory lodówkę i szafki kuchenne uzupełniamy wyłącznie lekkimi produktami (mówiąc "lekkie" nie mam na myśli sera camembert light tylko twarożki, tofu, rybę, warzywa itd...).
Po wyjedzeniu ostatnich pierogów z kapustą i grzybami (będę za wami tęsknić...) i pożegnaniu się na dobre z duchem Świąt snującym się jeszcze po kuchni przystępuję do akcji. Jako pierwszą proponuję rozgrzewającą i oczyszczającą tajską zupę pomarańczową z łososiem i tofu. Można ją bez problemu zabrać do pracy na lunch lub zjeść na lekką kolację - nasyci, ale nie będzie zalegała w żołądku.

Jak to zrobić (2 porcje):
  • 180 g świeżego łososia (można użyć dowolnej ryby)
  • 2 plastry twardego tofu (po ok. 1 cm każdy)
  • szklanka mrożonej fasolki szparagowej
  • garść mrożonego kalafiora
  • 1/2 szklanki mrożonego groszku cukrowego (lub zwykłego łuskanego mrożonego groszku - absolutnie omijamy ten z puszki)
  • spora garść cienkiego makaronu ryżowego
  • sok z całej pomarańczy + miąższ pozostały po wyciskaniu soku
  • 2 nieduże ząbki czosnku
  • 1-2 cm kawałek korzenia imbiru
  • 1/2 małej papryczki chilli (dobrze by było gdyby wpadło też parę pesteczek)
  • 4-5 łyżek sosu sojowego
  • 1 łyżka sosu rybnego
  • 2 łyżki oleju roślinnego
W miseczce połączyć miąższ z pomarańczy z sokiem, sosami, chilli, tartym imbirem i czosnkiem przeciśniętym przez praskę. Wymieszać i odstawić. Makaron ryżowy zalać wrzątkiem i odstawić do zmięknięcia. W garnku zagotować litr wody i wrzucić do niego mrożone warzywa. Łososia pokroić w kostkę i dodać do garnka, gdy warzywa będą miękkie. Wlać przygotowany na początku sos oraz olej roślinny  i gotować aż łosoś będzie gotowy. Do miseczek nałożyć makaron ryżowy i po 1 plastrze tofu pokrojonego w grubą kostkę. Zalać zupą.
Uwaga: zupa jest bardzo rzadka dlatego proponuję zjeść ją na sposób azjatycki: widelcem lub pałeczkami wyjeść konkrety, a na koniec popić pozostałym bulionem prosto z miseczki z głośnym siorbaniem :)


SMACZNEGO!