Polub nas na Facebooku

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poza domem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poza domem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Placki ziemniaczane nadziewane ziołowym twarożkiem

Dziś to nie ja gotuję. Nie gotuje nawet Darek. Dziś gotuje tata Darka! Tata Darka jest myśliwym i do mistrzostwa opanował sztukę przyrządzania dziczyzny. Niestety nie jest najlepszym nauczycielem, bo jego receptury opierają się na tym, co akurat ma w szufladzie z przyprawami w ilości takiej jaka w danym momencie jest najbardziej odpowiednia. Przepisy taty Darka są po prostu nie do odtworzenia. Sobotniej nocy wybrał się jak zwykle na polowanie, ale tym razem szczęście nie dopisało. Dlatego zamiast dzika w niedzielę na stół wjechały placki ziemniaczane nadziewane ziołowym twarożkiem. Bardzo chciałabym Wam podać pewny przepis, jednak z proporcji "trochę tego, trochę tamtego" trudno wydedukować ile tych składników faktycznie powinno być. Mam nadzieję, że Wam wyjdą ;)

Przypominamy o konkursie z "Kaszomaniakiem"! Szczegóły tutaj: KLIK

Jak to zrobić:
  • ok. 1 kg ziemniaków
  • 3 jajka
  • ok. 3 łyżek mąki
  • ok. 400 g twarogu
  • 2-3 łyżki śmietany
  • zioła: świeża bazylia, świeży lubczyk, świeża natka pietruszki
  • sól i pieprz
Ziemniaki zetrzeć na drobnej tarce. Dodać jajka i mąkę, doprawić solą i pieprzem i wymieszać. twaróg zgnieść w misce z posiekanymi siołami i śmietaną. Posolić i dodać pieprz. Na rozgrzanym oleju wykładać porcje ciasta. Jak ciasto lekko się zetnie nakładać po łyżce twarożku i przykryć drugą porcją ciasta. Usmażyć na złoto z dwóch stron. U nas podane z sałatką z pomidorów, fety i bazylii.




SMACZNEGO!

poniedziałek, 6 maja 2013

Wakacyjny poradnik: jak nie przytyć na all inclusive?

Wróciliśmy. Piękna przygoda w majowej Chorwacji dobiegła końca i czas wrócić do rzeczywistości. Mnie ten powrót czeka dopiero jutro i z całego serca polecam branie dodatkowo urlopu na dzień po powrocie. Szok powakacyjny będzie mniejszy.
Na początek kilka wspomnień. Po ubiegłorocznym prażeniu się pod niemożliwym do wytrzymania chorwackim słońcem nie wiedziałam, czego się spodziewać. Pierwszy dzień powitał nas deszczem i temperaturą wybitnie niewakacyjną. Okazało się jednak, że załamywanie rąk i płakanie nad jedną jedyną cieplejszą bluzą zabraną z domu było niepotrzebne, bo każdy kolejny dzień był słoneczny i gorący (ale nie upalny!). Co prawda temperatura wody w morzu i w hotelowym basenie nie zachęcała do kąpieli, ale na tym minusy się kończą. Południe Chorwacji (dokładniej wyspa Brac) w maju jest soczyście zielone, ukwiecone, słoneczne, pachnące wiosną i rozśpiewane ptasimi głosami. Jaka to była odmiana po zeszłorocznej spalonej słońcem i pożarami Makarskiej! Zupełnie jakby to były dwa zupełnie inne światy, a przecież odległość dzieląca te miejsca to raptem 30 minutowa podróż promem. Dość gadania, czas na dowody. Czy te obrazki Was przekonują?

Wszędzie kwiaty
Wszędzie rozmaryn





A może rejs z królem lwem?

?Kontrola paliwa gdzieś na trasie skuterowej wycieczki
Przerwa na relaks w Bolu



Ostatni dzień - my i nasze brzuszki all inclusive :)

Oczywiście nie tylko wielbiciele podziwiania widoków znajdą coś dla siebie. Zwolennicy pięknej opalenizny i wylegiwania się na leżaku też będą zadowoleni. Jedyną grupą, która może czuć niedosyt będą imprezowicze szukający przygód - w maju w Chorwacji sezon turystyczny dopiero budzi się z zimowego snu i większość knajp, beach barów i dyskotek dopiero szykuje się na przyjmowanie gości. Zresztą nawet gdyby były otwarte to nie bardzo miałyby kogo gościć. Ratunkiem w tej sytuacji jest wybór opcji all inclusive, która przed sezonem jest o wiele tańsza i pozwala zabawić się bez konieczności ruszania w miasto. Tu jednak pojawia się ryzyko totalnego zatracenia w morzu drinków i niemal całodobowego dostępu do jedzenia. Dla nas tegoroczna majówka była pierwszym wyjazdem w opcji all inclusive i niestety oboje z Darkiem zatraciliśmy się całkowicie (szczególnie w morzu jedzenia, bo proponowane alkohole były krótko mówiąc słabe). Ale ale! Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i popełnione przez nas grzeszki zainspirowały mnie do okołokulinarnego wpisu z garścią porad co zrobić, żeby nie stracić głowy i nie wrócić z urlopu z nadbagażem w postaci dodatkowego wałeczka i nadprogramowego centymetra tu i ówdzie.
Zacznę od małego usprawiedliwienia naszego szaleństwa. Kuchnia w hotelu, w którym mieszkaliśmy była absolutnie genialna! Kucharze zasłużyli na złoty medal za praktycznie wszystkie potrawy, których próbowałam, a w szczególności (i tu zarówno moje wegetariańskie, jak i darkowe mięsożerne podniebienia w pełni się zgadzają)  za najlepszą pizzę, jaką jedliśmy w życiu. Poważnie, nawet we Włoszech nie trafiliśmy na tak idealną Margheritę i pizzę z tuńczykiem. Cienkie, chrupiące ciasto, bosko doprawiony sos, nieprzeładowana dodatkami...niebo! Na samo wspomnienie kręci mi się łezka w oku. Zapamiętajcie: nie Rzym, nie Palermo, nie Neapol tylko hotel Kaktus w miejscowości Supetar na wyspie Brac. To tam znajdziecie pizzowy raj :)
A teraz do rzeczy. Co zrobić, żeby w miejscu, w którym wolno nam jeść i pić wszystko bez ograniczeń nie nabrać ciałka? Wydaje się niemożliwe, ale poniższe rady mogą okazać się przydatne:
  1. Na początek wrzuć na luz. Na widok szwedzkiego stołu, na którym każda potrawa wygląda jak z obrazka trudno się powstrzymać przed jedzeniem, dlatego dajmy sobie dzień swobody. Pierwszego dnia wolno nam wszystko - jeść do pełna, a nawet więcej, brać wszystko, na co mamy ochotę i w takiej ilości, jaką sobie wymyślimy. Pić drinki/piwo/wino od rana do zamknięcia baru. Aktywność ograniczyć do obracania się na leżaku i wycieczek do baru i restauracji. No taki totalny luz blues. Taki dzień jest bardzo potrzebny - w końcu to nasze wakacje, a wakacje są po to, żeby się relaksować, a nie narzucać sobie ograniczenia, których na co dzień mamy i tak dużo.
  2. Jedz na małych talerzach. Kiedy już wyszalejemy się pierwszego dnia trzeba szybko odzyskać panowanie nad sytuacją. Jeśli nie zrobimy tego na początku wyjazdu, to możemy spokojnie pożegnać się z tak ciężko wypracowaną wakacyjną figurą. Żeby jednak nie popaść we frustrację proponuję prosty trik: nakładanie sobie jedzenia na małe talerze. Przeważnie do dyspozycji gości są duże talerze obiadowe i małe deserowo-sałatkowe. Sięgajmy po te drugie. Mniej się zmieści, więc mamy szansę spróbować wszystkiego w malutkich ilościach. I oczywiście żadnego oszukiwania - dozwolony jest tylko 1 talerzyk!
  3. Nie rzucaj się na wszystko na raz. Załóżmy, że zasada nr 2 została wprowadzona w życie. Ale jak na tym malutkim talerzu zmieścić tę pyszną sałatkę z owocami morza, cudownie pachnący makaron,  genialną pizzę, grillowaną rybę, te kolorowe warzywa z pary i słonecznie żółtą polentę??? Spokojnie, weź głęboki oddech. Na talerz nałóż dania, na które masz ochotę, ale nie rób śmietnika! Pizza z polentą, grillowaną rybą, szpinakiem i frytkami na jednym talerzu? Nie. Ryba, frytki i warzywa z pary? To już lepiej gra. Warto zestawiać proponowane dania sensownie, a gdy skończy się jeść i ma jeszcze miejsce na więcej można wstać i nałożyć coś innego. Jedzenia na bank nie zabraknie, a jest duże prawdopodobieństwo, że najedzeni jednym daniem nie wstaniemy już po dokładkę. I tu płynne przejście do punktu 4.
  4. Bierz tyle, ile jesteś w stanie zjeść. Oj z tym u mnie było najgorzej. Niemądrze założyłam, że jak coś pięknie pachnie i z pewnością jest pyszne, to bez problemu wcisnę to do już i tak przeładowanego żołądka. Niestety panie i panowie zonk! Nakładanie sobie góry makaronu, 3 kawałków pizzy i 2 kawałków pięknej bakłażanowej zapiekanki kończyło się przeważnie oddawaniem w połowie niedojedzonej porcji. Serce bolało, ale żołądek już nie dawał rady...a przecież pyszna potrawa będzie tak samo pyszna, jeśli zjemy ją w mniejszej ilości, nie?
  5. Korzystaj z "zielonego" menu. Na co dzień jesz za mało owoców, warzyw, ryb? Wykorzystaj obfitość szwedzkiego stołu i wybieraj z głową. Do porannego musli lub sałatki owocowej na deser dorzuć postawione w kącie stołu orzechy, które wszyscy omijają szerokim łukiem. Zamiast kolejnej porcji lodów zjedz suszoną figę lub śliwkę. Nakładaj sobie sałaty, pomidory, ogórki i warzywa z pary. Na deser po śniadaniu weź kawałek melona lub pomarańczy. All inclusive też może być fit. Wszystko zależy od nas.
  6. Słuchaj swojego ciała. Ono najlepiej wie, kiedy powiedzieć dość. Problem pojawia się, gdy zanika zdrowy rozsądek, a samo uczucie przepełnienia i ból brzucha nie są w stanie nas odwieść od udania się na obfity lunch 2 godziny po równie bogatym śniadaniu. Gdy czujesz, że więcej już nie wciśniesz to wstań od stołu. Gdy nie czujesz głodu nie jedz. Szkoda Ci tracić posiłek? Ok, idź na lunch, ale nałóż sobie sałatkę, skrop sosem vinaigrette i do tego zjedz kilka oliwek. Na stoły z gorącymi daniami nawet nie patrz. Twoje ciało będzie Ci wdzięczne. Moje srogo się mściło za ignorowanie jego zdania..
  7. Nie rezygnuj z aktywności. Jakkolwiek niedorzecznie by to nie brzmiało nasze ciało męczy się nicnierobieniem. Jesteśmy stworzeni do aktywności i okres wakacji jest świetną okazją do bycia aktywnym. I nie mam na myśli codziennego joggingu o 5 rano lub pokonywania kolejnych długości hotelowego basenu. Każdy może wybrać dowolną formę ruchu. Już zwykły spacer poza mury hotelu pozwoli organizmowi odetchnąć, a przy okazji da nam możliwość poznania okolicy, w której wypoczywamy. A może wycieczka? Dlaczego nie mielibyśmy poświęcić jednego dnia na wypożyczenie skutera lub roweru i wybranie się na dłuższą wyprawę? Jeśli natomiast ktoś nie ma ochoty ruszać się z hotelu to na miejscu może korzystać z proponowanych animacji: aqua aerobik, taniec, minigolf lub siatkówka. Trochę się poruszamy i jednocześnie zintegrujemy z hotelowa społecznością. Możliwości aktywnego spędzania czasu jest mnóstwo: od wyczynowych po czysto rekreacyjne. Dla każdego coś się znajdzie i warto z tego skorzystać.
  8. Nie pij, jeśli nie masz ochoty. Oczywiście miło jest wysączyć sobie orzeźwiające piwko przy basenie, ale już drugie, trzecie, dziesiąte, czy piętnaste może nie wchodzić tak łatwo. Jeśli masz ochotę na przerwę - zrób ją. Jeśli nie smakują Ci lokalne alkohole (a głównie takie są objęte opcją all inclusive) to ich nie pij. Zapomnij o zasadzie, że skoro zapłaciłaś/łeś to musisz skorzystać na maksa. Tym bardziej, że taki wyjazd ma sprawiać przyjemność, a trudno czerpać przyjemność z czegoś, do czego się zmuszamy i od czego twarz nam wykręca. Do tego punktu stosowałam się na 100% i wcale nie mam poczucia straty. Wybrałam jedzenie, które dawało mi o wiele większą radość :)
Krótka lista i proste zasady. Wszystkim wybierającym się na wakacje all inclusive życzę powodzenia w walce z pokusami. Ja z pewnością na następny wyjazd wydrukuję sobie tego posta i zabiorę ze sobą :)

piątek, 30 listopada 2012

Wrocławski Jarmark Świąteczny

W poprzedni weekend jak co roku wybraliśmy się do Wrocławia na Świąteczny Jarmark. W okresie przedświątecznym każde szanujące się większe miasto organizuje takie jarmarki, co niezwykle mnie cieszy.  Jak na razie najpiękniejszy widziałam na Polach Elizejskich w Paryżu, ale ten wrocławski również ma niesamowity urok.
Kocham Święta i cały ten świąteczny klimat. Smakuje mi absolutnie każda wigilijna potrawa. Zaliczam się do grona osób, którym ani trochę nie przeszkadzają czekoladowe mikołaje na sklepowych półkach w listopadzie, a na pierwsze "Last Christmas" w radiu czekają jak na zbawienie. Więc gdy usłyszałam lecące z głośników świąteczne hity, zobaczyłam te piękne rozświetlone stragany, choinki, krasnoludki i poczułam zapach grzanego wina - znalazłam się w raju.


Oczywiście pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę wiatraka - centralnego punktu jarmarku i pijalni grzańca. Ja tradycyjnie wzięłam śliwkowy, a Darek jagodowy - oba były boskie! Rozgrzani i wprawieni w świąteczny nastrój rozpoczęliśmy buszowanie między straganami.





Każdy był inny, w każdym można było próbować, degustować, podziwiać i oczywiście kupować najróżniejsze miody, wina, słodycze, wyroby regionalne, rękodzieło, bombki, naturalne kosmetyki, herbaty, ręcznie robione pierniczki...aż się w głowie kręciło! Szczególnie spodobały nam się oczywiście wyroby spożywcze, a wśród nich prawdziwe litewskie wędliny, które pachniały tak, że nawet ja nie mogłam się oprzeć i spróbowałam litewskiej kiełbaski "twardej jak kamień". Była genialna!


Co któreś okrążenie robiliśmy krótką przerwę na oscypka z grilla lub bigos z szarymi kluskami. Gdyby to ode mnie zależało i gdybym mieszkała we Wrocławiu to ten jarmark odwiedzałabym codziennie. Darek nie jest aż takim zapaleńcem, ale na pajdę chleba ze smalcem, kiełbasą, boczkiem, ogórkiem kiszonym i cebulą to się skusił, a i owszem.

Komu pajdę full wypas?

Czasem trzeba było postać w kolejce po gotówkę...

Niestety cudowny weekend minął, ale w naszym domu na dobre zagościły już Święta.


HO HO HO!

piątek, 7 września 2012

Relacja ze stołecznego Kresowiaka i zapowiedź niezwykłego deseru.....

W zeszłym roku praktykowaliśmy z Darkiem odwiedzanie różnych warszawskich knajp z Grouponem. Wiadomo, ceny w Warszawie są dość wysokie, a zakup Groupona umożliwił nam odwiedzenie kilku fajnych miejsc za przystępną cenę. Były miejsca, które nas zachwyciły klimatem i kuchnią (m.in. Arsenał na placu Bankowym, czy Galeon na Huculskiej), ale zdarzał się również przerost formy nad treścią (np. Galeria Bali na Jasnej). Dziś chciałabym napisać parę słów o naszym dotychczasowym faworycie, czyli restauracji Kresowiak mieszczącej się na ulicy Wilanowskiej.

źródło:  http://stoliczku.pl/pl/162-restauracja-kresowiak-warszawa

Jak nazwa wskazuje, restauracja serwuje kuchnię wschodnią. W Kresowiaku można za stosunkowo nieduże pieniądze najeść się do syta tradycyjnych kartaczy, blinów, czy ryb. Są też oczywiście droższe dania "z górnej półki", ale nie ma przymusu, żeby je zamawiać. Poza działalnością restauracyjną, w Kresowiaku odbywają się wydarzenia kulturalne związana z kresami - warto śledzić stronę. Miłym akcentem są  też codzienne promocje przypisane do danego dnia tygodnia. I tak na przykład w poniedziałki do każdego lanego piwa dostaniemy drugie gratis, w czwartki pączka na deser, a w niedziele wielką golonkę za przystępną cenę. Wszystkie promocje są dostępne na stronie. Tam również znajduje się pełne menu z cenami i zdjęciami niektórych potraw oraz link do bloga restauracji, w którym można znaleźć wszystkie aktualności.

źródło:  http://www.forbes.pl/traveller/silver/kresowiak,13119

Do Kresowiaka wybraliśmy się dwukrotnie: w zeszłym roku i tydzień temu. Pierwszą wizytę wspominamy wspaniale. Fantastyczna kuchnia, przemiła obsługa, piękny wystrój i atmosfera zachęcająca do tego, aby jednak zamówić tę kawę po obiedzie i posiedzieć trochę dłużej. Darek jadł wtedy najlepszą kaczkę w życiu (Kaczka "na golasach"), a ja wśród wielu przysmaków miałam przyjemność spróbować idealnego barszczu ukraińskiego z pampuszkami. Bardzo nam też zasmakowały tradycyjne kiszone specjały kresowe - tradycyjne kapusta i ogórki, ale również śliwki i jabłka (o dziwo naprawdę smaczne). Moja radość byłą więc przeogromna, gdy na grouponie ponownie pojawiła się oferta. Bez namysłu i bez czytania warunków (niestety) kupiłam w ciemno....
......na miejscu przywitała nas ta sama przyjemna atmosfera, piękne wnętrza, rosyjskie przeboje z głośników i bardzo perfekcyjny kelner, pan G. Traktował nas po królewsku, do czasu aż dowiedział się, że mamy Groupon. Wówczas jego zapał jakby przygasł, uśmiech zbladł i...przestał nas obsługiwać!!! Do stolika podszedł jakiś młodszy kelner, który skupił się wyłącznie na podawaniu nam dań. Tu był pierwszy zgrzyt. Z moich obserwacji wynika, że restauracje jeszcze nie do końca zdają sobie sprawę z potencjału "promocyjnych" klientów. Dziś przyjdę z Grouponem, ale jak mi się spodoba to wrócę tu i przyprowadzę znajomych, a jeszcze może szepnę dobre słówko tej czy tamtej osobie. Marketing szeptany to potężna, ale widocznie jeszcze nie do końca okiełznana przez rodzime lokale broń w walce o klienta.

źródło:  http://restauracjakresowiak.wordpress.com/2011/08/12/polesia-czar-wloczega-po-ostepach-slowianszczyzny/

Kolejnym minusikiem była sama oferta (ale tu nie mam żalu do Kresowiaka - to ja nie przeczytałam warunków). Okazało się że w ramach Grouponu mamy tzw. "set menu" czyli z góry ustalone i narzucone potrawy. Żegnaj kaczuszko na golasach...żegnajcie ślimaki zapiekane w cieście...no ale ok. Nasz entuzjazm nie opadł i z niecierpliwością czekaliśmy (i to dość długo) na zaoferowane dania. Na pierwszy ogień poszedł barszcz ukraiński. Piałam z radości, ale po pierwszej łyżce już wiedziałam, że to nie to. Jakiś taki zbyt kwaśny, niedoprawiony...i gdzie są pampuszki??? Czyżby miała się potwierdzić teoria, że dania dla uczestników Grouponu gotowane są w osobnych garnkach mniejszym kosztem??? Następne były nóżki na zimno. Ja za nie podziękowałam, a Darek skwitował ich smak lakonicznym "Bez szału". Po nóżkach przyszła kolej na bliny gryczane z łososiem i duszonym szpinakiem. Ujrzeliśmy światełko w tunelu: były wspaniałe! Doskonale doprawiony szpinak, idealnie zarumienione bliny, duża porcja, rewelka!! Po tym daniu spojrzeliśmy na zegarek i ze zdumieniem stwierdziliśmy, że nasza kolacja trwa już prawie 1,5 godziny, a tu jeszcze w planie kartacze z mięsem i tajemniczy deser "Bubert z kaszy manny z sosem z owoców". Przywołaliśmy więc kelnera i poprosiliśmy o spakowanie kartaczy na wynos i przejście od razu do deseru....
.....nie wiem od czego mam zacząć. Bubert był po prostu wyśmienity! Smak mnie dosłownie zwalił z nóg. Delektowałam się każdą łyżeczką z osobna i każda dawała mi kolejną dawkę wielkiego kulinarnego uniesienia. Żadne torty, żadne lody ani inne czekoladki spróbowane do tej pory nie sprawiły mi tak ogromnej przyjemności jak ten niepozorny pucharek z kaszą manną i owocami. Oboje zachwyciliśmy się tym smakiem i w zapomnienie poszedł naburmuszony pan G., kiepski barszcz, czy niezjedzone kartacze.
Podsumowując, Kresowiak to przemiłe miejsce i z pewnością damy mu jeszcze szansę. Nie mogę jednoznacznie ocenić tego lokalu, bo nasze doświadczenia z nim związane są zarówno pozytywne, jak i negatywne, z przewagą jednak tych pierwszych. Proponuję przekonać się na własnej skórze jak smakują Kresy w kuchni Kresowiaka i mogę zagwarantować, że nikt stamtąd głodny nie wyjdzie.

A już w następnym poście zapraszam na moją domową próbę odtworzenia tego magicznego deseru.......