Polub nas na Facebooku

piątek, 8 listopada 2013

Zakwas buraczany - zdrowie w najczystszej postaci

Dawno już nie czułam takiego parcia na zdrowie, jak w tej chwili. Przejście na dietę bezglutenową okazało się dla mnie pierwszym krokiem to totalnej rewolucji. Bo o ile samo odstawienie pszenicy nie powoduje jak na razie diametralnych zmian, o tyle sama świadomość bycia na diecie zmieniła całkowicie mój sposób myślenia o jedzeniu. Moją ostatnią wielką inspiracją jest pewna niezwykle pozytywna Amerykanka, której filmiki wręcz maniakalnie śledzę na YouTube. Mowa o Kristinie Carrillo-Bucaram, autorce kanału FullyRawKristina, "surowej" wegance i niezwykle aktywnej propagatorce zdrowego trybu życia. Coś jak nasza Ewa Chodakowska, z tym, że Ewa skupia się na ruchu, a Kristina na żywieniu. Oczywiście nie zamierzam przejść na dietę witariańską (aczkolwiek niektóre przepisy są naprawdę warte uwagi), ale sposób, w jaki prowadzi swoje programy, jej entuzjazm, te wszystkie kolory, zapachy i smaki, które niemal czuć przez ekran sprawiają, że mam ochotę wstać i zrobić dla siebie coś dobrego.
Zacznę od czegoś niedrogiego i prostego, żeby pokazać Wam, że wystarczy kilka złotych i dosłownie parę drobnych czynności, żeby sprawić swojemu organizmowi prawdziwy prezent. A teraz ręka do góry: kto w okresie jesionno-zimowym cierpi na spadek energii, zmęczenie, częste infekcje i/lub chandrę? A kto spośród Was wydaje krocie na suplementy mające postawić na nogi i wmawia sobie, że to naprawdę działa? Uzbierała się spora grupka, hm? Reszta pewnie nic nie robi z jesiennym osłabieniem, bo ma ważniejsze wydatki niż kupowanie suplementów. Dla wszystkich jesiennie osłabionych mam dobrą radę: wypróbujcie kurację, którą Wam za chwilę zaproponuję, przez okres 2 tygodni. Jednocześnie postarajcie się trochę o siebie zadbać - ruch na świeżym powietrzu, solidne śniadanie rano i zalecana dawka 500 g warzyw i owoców dziennie, a gwarantuję, że odstawicie wszystkie bezsensowne tabletki i zaczniecie cieszyć się życiem! Serio, to bardzo proste. Wystarczy pójść do warzywniaka, kupić 1 kg buraków, główkę czosnku, przyprawy i sól i mamy gotową listę składników na najbardziej naturalny i pożyteczny suplement - sok z kiszonych buraków. Potrzebujecie tylko szklanki dziennie (można popijać po 1/2 szklanki przed posiłkami), żeby odzyskać siły przepędzone przez jesienny wiatr. To co, spróbujecie? :)

PS. Ja zrobiłam z połowy składników tak na początek...i teraz żałuję, że tak mało :)

Jak to zrobić:
  • 1 kg buraków
  • 2-3 listki laurowe
  • 1 płaska łyżeczka ziaren czarnego pieprzu
  • kilka kulek ziela angielskiego
  • 6 ząbków czosnku
  • 2 litry wody
  • 3 płaskie łyżki soli kamiennej (takiej do przetworów - niejodowanej)
Wodę zagotować, osolić, wymieszać i odstawić do przestudzenia. Buraki obrać i pokroić w cienkie plastry. W dużym słoju ułożyć buraki do połowy wysokości, wrzucić wszystkie przyprawy i dopełnić słój burakami. Zalać przestudzoną solanką, przykryć ściereczką lub wieczkiem (ale nie dokręcać!) i odstawić w ciepłe miejsce na 4-5 dni. Po tym czasie zdjąć z powierzchni płynu pianę, przecedzić sok i przechowywać w lodówce. Z pozostałych buraków można przyrządzić sałatkę, ale ja lubię je jeść tak po prostu :)



SMACZNEGO!

środa, 6 listopada 2013

Bezglutenowa pizza na superzdrowym cieście

W ubiegły czwartek na pożegnanie mąki pszennej Darek przyniósł do domu pizzę o średnicy 57 cm...chyba będzie bardzo tęsknił :) oczywiście nie daliśmy rady jej zjeść i dodatkowo zalegała nam w żołądkach przez długie długie godziny, dzięki czemu ostatniego pszennego posiłku nie będziemy wspominać najlepiej. To z pewnością podbuduje motywację, ale dziś nie o motywacji będzie mowa, a o samej pizzy właśnie.
Ile razy spotkaliście się z tym niemiłym uczuciem przeżarcia i ociężałości po zjedzeniu pizzy? Ile razy przeładowana tłustymi serami i dodatkami pizza nie pozwalała o sobie zapomnieć przez długi czas po jej zjedzeniu? Parę razy pewnie się zdarzyło, prawda? Tak naprawdę, dobrze zrobiona pizza z cienkim ciastem i umiarkowaną ilością dodatków nie powinna przeciążyć układu pokarmowego, ale miejsc, w których taką pizzę możemy zjeść, jest naprawdę niewiele. Przeważnie dostajemy napompowany placek z gigantycznymi brzegami, ciężkim ciastem, masą sera, tłustych wędlin i znowu sera...w tego typu daniach wyspecjalizowały się szczególnie sieciowe pizzerie. A co jeśli spróbujemy Was dziś namówić na wykonanie idealnej, sycącej pizzy w domu? I zagwarantujemy, że się nią najecie, ale nie obciążycie żołądka na kolejnych kilka godzin? I dodatkowo obiecamy, że nie znajdziecie w niej ani grama glutenu oraz, że nie pójdzie Wam w biodra? Pewnie myślicie, że to niemożliwe, więc pozwólcie, że Wam zaprezentuję poniższy przepis na pizzę na warzywnym spodzie z dowolnie wybranymi dodatkami. Chrupiąca, pyszna i leciutka. W sam raz dla dietujących i bezglutenowców. Zapraszamy!


Jak to zrobić (inspiracja: www.justmydelicious.com):
  • 1/2 dużego kalafiora (ok. 500 g)
  • 3 jajka
  • 3 łyżki otrąb owsianych bezglutenowych, mąki gryczanej, kukurydzianej lub jaglanej (u nas kukurydziana)
  • 1/2 łyżeczki soli, szczypta pieprzu
  • 1 płaska łyżeczka suszonego oregano
sos pomidorowy:
  • 1/2 puszki pomidorów
  • 1 ząbek czosnku
  • garść świeżej bazylii
  • szczypta soli i pieprzu
dodatki:
  • ser typu parmezan lub mozzarella
  • szynka
  • pieczarki
  • czerwona papryka
  • oliwki
  • zioła (bazylia, oregano)
Kalafiora (surowego!) zetrzeć na tarce. Jajko rozbełtać z przyprawami i mąką/otrębami i wymieszać z kalafiorem. Masę rozłożyć na blasze (w formie płaskiego koła) i piecz około 15 minut w temperaturze 180 stopni. Gdy spód trochę stwardnieje wyjąć go z piekarnika, posmarować sosem pomidorowym (pomidory rozgniecione z czosnkiem, przyprawami i posiekaną bazylią), rozłożyć dodatki i piec kolejne 15-20 minut.
UWAGA! Sosu nie może być zbyt dużo, bo spód się nie zetnie. Najlepiej rozsmarować cienką warstwę, a sosem, który nam został, polać gotową pizzę. Wiem, co mówię..nasze ciasto wyszło zbyt wilgotne i przykleiło się do papieru, ale można było spokojnie oddzielić je na talerzu nożem i widelcem.


SMACZNEGO!

poniedziałek, 4 listopada 2013

Miesiąc bez pszenicy: czym zastąpić chleb?? Przepis na szybki chleb kukurydziany

Pierwszy weekend bez pszenicy już za nami i od razu musimy Wam coś wyznać...z powodu naszego roztargnienia musieliśmy przełożyć start akcji z 1 na 2 listopada. A wszystko dlatego, że zostaliśmy zaproszeni do moich rodziców na obiad i nie uprzedziliśmy ich o naszym nowym "dziwactwie". Moja mama przyrządziła mnóstwo pysznych dań, ale niestety w każdym z nich użyła czegoś z domieszką pszennego glutenu (bułka tarta, mąka pszenna etc..). I nie mogliśmy odmówić, bo sami rozumiecie, że będąc jedynymi gośćmi na obiedzie sprawilibyśmy tym Mamie dużą przykrość. Poza tym głupio tak przyjść na obiad i nic nie zjeść..tak więc decyzja zapadła i start bezglutenowego miesiąca przesunęliśmy na dzień kolejny. Ale to chyba usprawiedliwione prawda? :)
Teraz kilka pierwszych refleksji. Rezygnacja z samej tylko pszenicy nieoczekiwanie wyeliminowała z naszej diety ogromną ilość produktów. Teraz jestem naprawdę szczęśliwa, że nie zdecydowaliśmy się na odrzucenie glutenu zbożowego całkowicie, bo chyba żaden człowiek nie przeżyłby długo żywiąc się wyłącznie energią kosmosu..chleba nie wolno, kaszy nie wolno, makaronu nie wolno, ciasta nie wolno...i jak tu żyć panie premierze??
Na szczęście Polak potrafi i zawsze znajdzie jakieś boczne wyjście z najtrudniejszej sytuacji. W dzisiejszym poście chciałabym podpowiedzieć, czego można użyć zamiast tradycyjnej kromki chleba. Wiadomo, że chleb pełni nie tylko funkcję nośnika (kanapka) lub zapychacza (kromka do zupy, do jajecznicy...), ale chleb to przede wszystkim smak, tekstura i miłe poczucie sytości. Trudno te cechy odtworzyć innymi produktami, ale jeśli tylko nasz listopadowy eksperyment przyniesie pozytywne rezultaty, uznam, że naprawdę warto było zmienić nawyki. Tymczasem zapraszam na kilka pomysłów, może okażą się przydatne?
  • opcja NEVER EVER - pieczywo bezglutenowe. Drogi, wysoko przetworzony stworek..to już lepiej nie jeść chleba w ogóle..
  • opcja HARD - liście sałaty. Tylko raz do tej pory posłużyliśmy się liśćmi sałaty w zastępstwie pieczywa. Zrobiłam z nich wtedy "wrapy" z jajkiem, wędzoną rybą i czymś tam jeszcze (już nie pamiętam). O dziwo takie rozwiązanie okazało się naprawdę zjadliwe i całkiem sycące, choć to chyba raczej nie była zasługa sałaty, tylko pozostałych składników..
  • opcja HARD/MEDIUM - papier ryżowy. Cienkie i delikatne placki, które wystarczy namoczyć w wodzie i można w nie zawijać dowolne składniki. Używa się go to przyrządzania azjatyckich sajgonek i spring rolls'ów. Jest niemal pozbawiony smaku, ale nasz apetyt na zboże i skrobię może dać się nabrać na ten trik.
  • opcja MEDIUM - papryka. Kto nie próbował kanapek na papryce, ten nie wie co traci :) zagorzałych wielbicieli chleba i tradycjonalistów pewnie nie przekonam, ale osoby o otwartych kulinarnych horyzontach będą zadowolone. Z jednej papryki otrzymujemy 4 "kromki", do których możemy nałożyć pasty jajecznej, pasty rybnej, twarożku lub przykryć ją plasterkiem szynki i sera. Oprócz papryki w roli kanapki sprawdzi się również ogórek.
  • opcja MEDIUM/LIGHT - omlety. Fajna i ciekawa opcja. Bardzo prosta w przygotowaniu. Potrzebujemy tylko kilku jajek, soli, pieprzu i patelni, żeby stworzyć sobie coś pod szyneczkę lub żółty ser. Wystarczy dokładnie roztrzepać jajka z przyprawami i usmażyć na patelni z dwóch stron. Potem pokroić na mniejsze "kromki", trochę przestudzić i nośnik do kanapek gotowy. Żeby było bardziej chlebowo i puszyście to można oddzielić żółtka od białek, białka ubić na sztywno i wlać do nich żółtka wymieszane z przyprawami.
  • opcja LIGHT - wafle ryżowe. Ryż nie zawiera glutenu, więc popularne "styropiany" można jeść do woli. Są idealne do kanapek, ale przy okazji dość zdradliwe! Jeden taki wafelek to około 40 kcal, a często ten produkt traktowany jest jako przekąska i podjadany w ciągu dnia. Dlatego używajmy wafli ryżowych wyłącznie w zastępstwie kromki chleba. Dobrą alternatywą (jeśli tak jak my ograniczasz wyłącznie pszenicę) jest chleb żytni. Niestety przy współczesnej przemysłowej produkcji chleba nie można mieć pewności, że w żytnim chlebie nie ma domieszki pszenicy i najlepiej będzie, jeśli taki chleb upieczemy sobie sami.
Jeśli nadal nie czujecie się przekonani to mam ostatnią propozycję: chleb kukurydziany. Kukurydza również nie zawiera glutenu, ale mąka kukurydziana jest dość droga i trudno dostępna. Za to ta opcja zaspokoi chyba wszystkie zachcianki związane z pieczywem, mimo że nieco się różni od tradycyjnego pieczywa: smak ma trochę inny, jest wilgotny i dość ciężki, ale dzięki temu jest bardzo sycący. Poniżej przepis (zaczerpnięty z tej strony KLIK).


Jak  to zrobić:
  • 2 szklanki mąki kukurydzianej
  • 0,5 l maślanki naturalnej
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka sody
Ze wszystkich składników wyrobić mikserem ciasto. Ciasto przełożyć do wysmarowanej masłem keksówki i piec w temperaturze 200 stopni przez 30 minut.


SMACZNEGO!

środa, 30 października 2013

Listopad miesiącem bez pszenicy

Już pojutrze rozpoczynamy wielki eksperyment!! Będziecie mieli niepowtarzalną okazję śledzić, jak na własnych brzuchach i fałdkach tłuszczu testujemy wpływ diety bez pszenicy. Początkowo planowaliśmy wyłączyć gluten całkowicie, ale po rodzinnej naradzie doszliśmy do wniosku, że to będzie zbyt duża rewolucja i nie jesteśmy na to przygotowani.
Skąd w ogóle taki pomysł? Ostatnio trafiłam na bloga www.wheatbellyblog.com (w wolnym tłumaczeniu rzecz dotyczy "pszennego/zbożowego brzuszka") prowadzonego przez amerykańskiego (a jakże!) naukowca i kardiologa Williama Davisa (nota bene to pierwszy współczesny "amerykański naukowiec" dokonujący jakiegoś odkrycia, którego mam okazję poznać z imienia i nazwiska...do tej pory "amerykańscy naukowcy" to była jakaś bezimienna masa prowadząca badania, których wyniki z niewiadomych względów cytują wszyscy wokół). Otóż ten pan (pan Davis) swoją naukową karierę poświęcił badaniu wpływu glutenu na zdrowie i rosnącą plagę otyłości. Napisał kilka książek, opublikował kilka ciekawych wpisów i zainteresował mnie tematem. Powiedziałam o tym Darkowi i uznał, że pan amerykański naukowiec rzeczywiście może mieć rację. Otóż będąc jeszcze dzieckiem Darek nie tolerował glutenu i był zmuszony do stosowania diety bezglutenowej. Po jakimś czasie jego system trawienny się unormował pozwalając mu wkroczyć w świat pszennego chleba, ciastek i makaronów. Jak dziś wspomina to własnie od tego momentu zaczęły się jego problemy z wagą (a konkretnie NADwagą). Potem był okres dzikiej młodości i szybkiego wzrostu, dzięki czemu masa ciała się ustabilizowała, ale dziś, gdy Darek jest już poważnym panem, pszenny brzuszek ponownie pokazuje się światu...
W naszej codziennej diecie jest bardzo dużo glutenu (szczególnie pszennego). Oboje jesteśmy makaronowymi maniakami, uwielbiamy też pizzę, kluski wszelkiej maści, pierogi i pieczywo. Jajecznica bez kromki chleba nie syci, choćby była zrobiona z 20 jajek, a na śniadanie najlepsze są kanapki. Po przemyśleniu sprawy decyzja zapadła - zrobimy sobie miesiąc przerwy od pszenicy i zobaczymy jak to będzie. Wiem na pewno, że nie będzie lekko (ta rozpacz w oczach Darka na wieść, że jego ulubione pierniczki też trzeba będzie odstawić i ten smutek z jakim wyjadał je jeden po drugim z paczki, żeby nic nie zostało w szafce i nie kusiło....), ale spróbujemy. Obiecaliśmy sobie, że jak któreś z nas się złamie to całą akcję przerywamy. O przebiegu i postępach będziemy na bieżąco informować.

Kto wie, może pan Davis znalazł klucz do sukcesu w odchudzaniu...?


ŻYCZCIE NAM POWODZENIA!

sobota, 26 października 2013

Śledź po kaszubsku

Danie mojego dzieciństwa. Nie dlatego, że od dziecka karmiono mnie śledziami, ale dlatego, że śledź po kaszubsku jest jedną z moich ulubionych potraw już od najmłodszych lat. Serio, mogłam mieć z 10-12 lat jak rozsmakowałam się w kaszubskich śledzikach. Uwielbiałam te filety w czerwonym sosie owinięte wokół solidnej porcji cebulki i szczerze mówiąc uwielbiam je nadal. Darek jest takim samym, o ile nie większym fanem tych śledzi i było tylko kwestią czasu kiedy zdecyduje się przyrządzić je własnoręcznie.
Śledzie po kaszubsku zrobione według tego przepisu nie smakują dokładnie tak, jak te sklepowe, ale myślę, że jest to kwestia pominięcia ulepszaczy i wzmacniaczy smaku, co wyszło nam z pewnością na zdrowie. Być może jest to własnie prawdziwy smak tej potrawy...? Tak czy inaczej, przepis godny powtórzenia.

Jak to zrobić:

  • 250 g filetów śledziowych
  • 1 duża cebula
  • 1 łyżka słodkiej papryki w proszku
  • 1/2 puszki pomidorów
  • 1 czubata łyżka koncentratu pomidorowego
  • 1 łyżeczka ziaren ziela angielskiego
  • 3 listki laurowe
  • 5 goździków
  • pieprz i sól (ilość wg uznania)
  • masło do smażenia
Śledzie namoczyć (jeśli są bardzo słone). Odcedzone śledzie pokroić w mniejsze kawałki. Na maśle podsmażyć cebulę. Dodać wszystkie przyprawy i dokładnie wymieszać. Ostudzić i dodać śledzie. Dokładnie wymieszać i odstawić na co najmniej godzinę, żeby smaki się przegryzły.


SMACZNEGO!

czwartek, 24 października 2013

Historia pewnej reklamacji...

Na początek zaznaczam, że dzisiejszy wpis NIE jest sponsorowany ani NIE ma charakteru reklamowego. Chciałam się tylko podzielić z Wami historią, która ostatnio mnie spotkała i która przywraca mi wiarę w to, że współczesny biznes nie jest całkowicie pozbawiony ludzkich odruchów.

Jakiś czas temu kupiłam ekspresową herbatkę rumiankową firmy Posti. Generalnie nie zwracam nigdy uwagi na producenta, tylko na cenę, szczególnie kiedy kupuję tak nieskomplikowany produkt, jakim jest ziołowa herbata. Posti wypadła najlepiej na tle innych propozycji sklepu, więc wylądowała w koszyku.
W pracy otworzyłam opakowanie i okazało się, że wewnątrz znajduje się sporo latającej luzem zawartości torebek (nazwijmy to "rumiankowym suszem"). Z początku pomyślałam, że przypadkowo wpadło im trochę suszu do opakowania, ale po zalaniu herbatki wrzątkiem okazało się, że rumiankowy susz wypływa z torebki i snuje się leniwie po kubku. I znów: tragedii nie ma. Nie znalazłam zdechłej myszy, kłębka włosów ani gwoździa, więc herbatkę da się wypić i smakuje dokładnie tak, jak powinien smakować rumianek. Ale pomyślałam sobie, że skoro kupuję herbatkę w torebkach to nie po to, żeby potem ganiać fusy w kubku. Poza tym sama pracuję w zakładzie produkcyjnym i od razu wyobraziłam sobie, że mają pewnie jakąś awarię, o której nie wiedzą, albo w ich systemie zarządzania jakością jest jakaś luka (tak tak, zboczenie zawodowe) i na pewno chcieliby o tym wiedzieć. Przynajmniej ja na ich miejscu bym chciała. Niewiele myśląc napisałam więc na ogólny adres e-mail firmy ze zwykłą kulturalną informacją opisującą całe zdarzenie i sugestią, by przyjrzeli się, czy na linii produkcyjnej nie ma jakiejś awarii. Wysłałam i zapomniałam.
Po kilku dniach otrzymałam maila zwrotnego od Pani z działu jakości z prośbą o doprecyzowanie numeru partii wyrobu oraz z przeprosinami za zaistniałą sytuację. Pani poprosiła mnie również o adres w celu wysłania rekompensaty. Bardzo miły i zaskakujący gest, bo przecież mogli mnie zignorować, jako potencjalnego naciągacza. Okazuje się jednak, że istnieją jeszcze na rynku firmy, które naprawdę cenią sobie sygnały od klientów. Odpisałam, podałam adres i znów zapomniałam.
Kolejnych kilka dni minęło i do mojego domu dotarła paczka, a w niej 3 opakowania herbatki rumiankowej i list. Nie kolejny list z jałowymi przeprosinami (choć przeprosiny też w nim były), ale opisujący jaka dokładnie awaria przyczyniła się do tego, że w pudełku o podanym numerze serii znalazły się wadliwe torebki. List podpisany przez samego dyrektora firmy. I to nie zeskanowany podpis, tylko ręcznie, długopisem wykonana parafka.


Pewnie myślicie, że nie ma się czym podniecać? Otóż moim zdaniem jest, dlatego że oczami wyobraźni widziałam, jak te nieznane mi osoby, pracujące na różnych stanowiskach w firmie Posti śledzą wstecz proces produkcji kupionej przeze mnie partii, odszukują zapisy z prac konserwacyjno-remontowych na maszynach i angażują się w wyszukanie przyczyny tak błahego z pozoru problemu, jakim są niedomknięte torebki z herbatką. A o wszystkim jest informowany i bierze czynny udział dyrektor firmy. Szczerze mówiąc jestem pewna, że gdyby nie wykryto żadnej awarii to paczka z rumiankami nigdy by do mnie nie dotarła. Bo przecież nikt nie lubi jak go się robi w balona.
I na koniec pewna refleksja. Wystarczy taki mały gest, taka drobna rzecz, jak mail napisany w kulturalny sposób, aby przekonać się, że nawet w dużych firmach pracują ludzie. Ludzie otwarci na sugestie, otwarci na uwagi i chcący pomagać i doskonalić się. Naprawdę duży plus dla firmy Posti.

niedziela, 20 października 2013

TYDZIEŃ Z KASZĄ Dzień 7: Sernikowy deser z kaszy manny z gruszkami

Tydzień szybko minął i dziś już ostatni przepis z cyklu "Tydzień z kaszą". Dziś propozycja dania z kaszą manną, ale to wcale nie oznacza, że na świecie nie istnieje już żadna inna kasza! Jest bulghur, jest quinoa i pewnie jeszcze kilka innych, o których nawet ja nie mam pojęcia. Mam jednak nadzieję, że zachęciłam Was do jedzenia kasz oraz dostarczyłam kilku inspirujących przepisów i podpowiedziałam, jak ten prosty składnik zamienić w ciekawe danie. Na zakończenie i pożegnanie "Tygodnia.." proponuję trochę słodyczy. Jednak wcześniej kilka ważniejszych informacji o bohaterce tego wpisu.

Manna poranna
Kasza manna to nic innego jak drobniutko zmielona i oczyszczona pszenica. W związku z tym nie ma co się oszukiwać, w mannie jest najmniej wartości odżywczych spośród wszystkich zaprezentowanych z cyklu kasz (lub inaczej: zawiera podobne składniki odżywcze jak pozostałe kasze tylko w dużo mniejszej ilości). Nie jest ona zatem najlepszym uzupełnieniem pełnowartościowej diety, ale nie można jej pomijać. Bo kto inny, jak nie poczciwa kaszka manna ratuje nas, gdy ulegniemy jakiemuś poważnemu zatruciu? No przecież bez niej byśmy padli z głodu! Jest bardzo sycąca i lekkostrawna, więc nie obciąża żołądka, ale skutecznie go wypełnia. Kaszka manna bardzo słusznie kojarzy nam się z dzieciństwem, bo jest prosta w przygotowaniu i łatwa do zjedzenia i strawienia, dzięki czemu jest wprost idealna dla dziecięcych brzuszków. Dobra zarówno na śniadanie, jak i na kolację.

Z powodzeniem manna może nam służyć jako samodzielny posiłek, ale jest tak wiele różnych możliwości jej wykorzystania, że aż żal nie spróbować. Można na przykład zagęścić nią sos, użyć jako panierki lub dodać do kremu w torcie. Poszukajcie, poszperajcie i inspirujcie się, kasza manna jest naprawdę fajnym i wdzięcznym składnikiem. W naszej kuchni zawsze mamy mannę, bo w tajemnicy powiem Wam, że uwielbiamy z Darkiem od czasu do czasu zrobić sobie taką gęstą kaszę, że aż łyżka staje i najlepiej pełną grudek. A im większe grudki tym bardziej nam smakuje :) wiem, że nie każdemu by pasowała taka potrawa, więc nie będę Was nią raczyć. Ale serniczek z manną z pewnością znajdzie szersze grono wielbicieli!


Jak to zrobić (4 małe serniczki):
  • 1 szklanka mleka
  • 1/2 szklanki kaszy manny
  • 120 g serka śmietankowego (u mnie Ostrowia do kanapek)
  • 2 jajka
  • 4-5 łyżek cukru
  • 1 gruszka
  • 1/2 łyżeczki imbiru w proszku
  • skórka starta z 1/2 cytryny
Zagotować mleko z 3 łyżkami cukru, wsypać do niego mannę i dokładnie, energicznie wymieszać trzepaczką, żeby nie było grudek. Jak zgęstnieje, zdjąć z ognia i odstawić do przestudzenia. W misce wymieszać serek z jajkami, imbirem i skórka cytryny. Wlać masę do przestudzonej kaszy i dokładnie wymieszać (najlepiej mikserem), aby było jak najmniej grudek. Spróbować i ewentualnie dosłodzić do smaku. Gruszkę obrać, pokroić na ćwiartki i każdą ćwiartkę jeszcze na kawałki. Kokilki lub inne małe foremki natłuścić, wypełnić serniczkową masą i układać na wierzchu kawałki gruszki (na każdą foremkę przypada 1/4 gruszki). Można też pokrojoną gruszkę wymieszać z masą i dopiero wlewać do foremek - jak kto woli. Serniczki piec 20 minut w temperaturze 170 stopni.



SMACZNEGO!