Polub nas na Facebooku

poniedziałek, 17 września 2012

Faszerowany bakłażan prosto z miasteczka długowieczności

Pokochałam bakłażany! Do tej pory miałam je za wstrętne, gorzkie i całkowicie bezsmakowe twory, które do niczego sensownego się nie nadają. Jak mogłam tak się mylić....bakłażan jest cudownym wdzięcznym warzywkiem, które po prostu potrzebuje nieco więcej troski przy przyrządzaniu. Nie można ot tak wrzucić go na patelnię i zajadać się ze smakiem. Trzeba go dopieścić, odpowiednio dobrać przyprawy i dodatki i dopiero wtedy można go tak naprawdę poznać.
Przepis na faszerowanego bakłażana znalazłam w książce Tracey Lawson "W miasteczku długowieczności", o której już wspominałam (klik klik). Długo zwlekałam z jego przyrządzeniem ze względu na mój stosunek do tego warzywa, ale na zdjęciu w książce prezentował się tak pięknie i apetycznie, że zaryzykowałam. Wyszło genialnie: lekko, aromatycznie i po włosku. Danie jest idealne na lekką (nawet późną) kolację lub dodatek do obiadu. Absolutnie odradzam dodawanie jakichkolwiek serów (co w naszej kulturze kulinarnej stało się nieznośnym nawykiem przy przyrządzaniu wszelkiego rodzaju zapiekanych potraw). Chodzi o to, żeby poczuć prawdziwy smak, niestłumiony przez kawał przesolonej goudy czy innego lazura. 
Przepis podaję za autorką, ale w nawiasach są moje modyfikacje.

Jak to zrobić (dla 4-8 osób):
  • 4 średnie bakłażany
  • 6 dojrzałych pomidorów śliwkowych obranych, oczyszczonych z nasion i posiekanych (nie obierałam, nie oczyszczałam, pokroiłam w ósemki)
  • garść świeżej natki pietruszki posiekanej (pominęłam)
  • miałka sól morska (lub zwykła jodowana...)
  • 2 ząbki czosnku drobno posiekane
  • garść listków bazylii
  • garść czarnych drylowanych oliwek przekrojonych na pół (użyłam zielonych i je posiekałam)
  • oliwa extra vergine (nie miałam oliwy, użyłam zwykłego oleju roślinnego)
Nagrzej piekarnik do 200 stopni.
Przekrój bakłażany wzdłuż. Ostrym nożem zrób ukośne nacięcia od lewej do prawej w miąższu obu połówek-trzeba dociąć prawie do skóry uważając, by jej nie przekłuć. Następnie takie same nacięcia zrób od prawej do lewej, żeby powstała kratka.
Zmieszaj w misce pomidory, pietruszkę, 2-3 szczypty soli, czosnek, bazylię i oliwki. Dodaj odrobinę oliwy i dokładnie wymieszaj.
Łyżką nałóż mieszankę pomidorów, oliwy i ziół na bakłażany, próbując wcisnąć sos w nacięcia w miąższu. Włóż połówki do płytkiego naczynia do zapiekania i zalej je oliwą do wysokości około centymetra. Wstaw naczynie do piekarnika na mniej więcej 45 minut aż miąższ zmięknie (u mnie bakłażan piekł się niecałe 30 minut). Wyjmij naczynie z piekarnika, posyp świeżą bazylią i odstaw na 15 minut przed podaniem - ja zjadłam od razu na ciepło - pychota! :)







SMACZNEGO!

piątek, 14 września 2012

Kulinarny lifting: ziołowe ziemniaczki z jabłkiem

Klasyczne ziemniaki z wody nawet największym amatorom potrafią się znudzić. Można je doprawić śmietaną, masłem, koperkiem, ale to zawsze będą tylko ziemniaki. Ratowanie się ryżem lub makaronem skutkuje na krótko. Co więc zrobić, żeby obiad nie był nudny? Trzeba nadać staremu poczciwemu ziemniakowi zupełnie inny wizerunek. Zrobić mu mały lifting, ubrać w coś ładnego, skropić przyjemnym zapachem, przypudrować nosek, dać odpowiednie towarzystwo i zrobić z niego gwiazdę! Każdy z nas wie, że nawet najmniejsza zmiana wizerunku, ot takie zwykłe podcięcie włosów czy nowy ciuch, często bardzo poprawia samopoczucie. Otóż z ziemniakami jest tak samo. One tez czasem potrzebują odmiany, żeby znów się podobać i znów smakować.
Zmiany wizerunku ziemniaka podjął się znany stylista smaku, Dariusz. Długo się zastanawiał co tu zrobić, żeby uratować smutnego przepełnionego kompleksami klienta. W końcu zdał się na swoją niezawodną intuicję i dał się ponieść fantazji. W efekcie ziemniak z powodzeniem mógł spełniać rolę samodzielnego dania i był z tego powodu bardzo zadowolony. My też :)

Jak to zrobić:
  • 8 sporych ziemniaków
  • 8 ząbków czosnku
  • 5 niedużych kwaśnych jabłek
  • łyżka curry
  • płaska łyżeczka mielonego imbiru
  • płaska łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki chilli
  • 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 2 płaskie łyżki ziół prowansalskich
  • 3 płaskie łyżki masła
  • sól
Ziemniaki obrać  i pokroić w kostkę. Jabłka umyć i nieobrane pokroić w ósemki. Do rękawa do pieczenia wrzucić ziemniaki z jabłkami i czosnkiem. Zasypać przyprawami i dokładnie obtoczyć w nich każdą cząstkę. Dorzucić masło i wstawić wszystko do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni na około 30 minut.



Stylista doprawia......




SMACZNEGO!

czwartek, 13 września 2012

Nie chcę! Nie będę!

Pamiętam z dzieciństwa taką małą książeczkę o kurczaczku, który nie chciał się wykluć z jajka. Kura prosiła, kogut prosił, rodzeństwo prosiło i nic. "Nie chcę! Nie będę!" i już. Czasem ja też jestem takim zbuntowanym kurczakiem. Nie chcę gotować! Nie będę się wysilać nad przepisami i zdjęciami! Nie i kropka. Śledzę kilka blogów i z podziwem obserwuję jak regularnie pojawiają się posty i z jakim zapałem autorzy podchodzą do swojej kulinarnej działalności. Trochę mi wstyd, ale tak sobie myślę czy rzeczywiście nigdy nikt nie ma gorszego dnia, w którym omija kuchnię szerokim łukiem i najchętniej wyskoczyłby na byle jakiego fast fooda, żeby tylko zapchać brzuch? Czy nikt z blogujących ani na moment nie traci zapału ani motywacji?
Wczoraj był taki właśnie dzień na nie. Beznadziejna aura za oknem, Darek znów w delegacji, w lodówce nie znalazłam nic inspirującego...naprawdę byłam o milimetr od zamówienia pizzy. Wykrzesałam jednak z siebie trochę energii i zrobiłam makaron z warzywami. Ale nie chciało mi się robić masy zdjęć, przebierać ich ani nawet spisać przepisu, więc tylko powiem, ze było to moje ukochane linguine z pieczarkami, cebulą, żółtą cukinią, cieciorką i pomidorami. Doprawiłam solą, pieprzem, czosnkiem i łyżeczką sosu rybnego. Na to sypnęłam kilka zielonych oliwek i natkę pietruszki. Ot takie zbuntowane danie. Cyknęłam jedno poglądowe zdjęcie. Danie było nawet ok. A potem poleciałam na konie, poskakałam przez przeszkody i znów czuję moc!
Miłego dnia.

Beznadzieja beznadzieja beznadzieja
Chwilę później zaczęło lać


A kto tu się do mnie uśmiecha? :)
Makaron na nie



środa, 12 września 2012

Śliwkowy pudding zapiekany pod kruszonką


Pomimo niekończących się problemów z piekarnikiem, który ma milion lat, nierówno grzeje i ma nieszczelne drzwiczki, co jakiś czas podejmuję próbę upieczenia czegoś. Najczęściej niestety nic z tego nie wychodzi (ostatnie imieninowe muffinki tak się poprzypalały, że z 24 udało mi się uratować 8.......), ale czasem piekarnik spojrzy na mnie łaskawszym okiem i powie "Ok, dziś nie spalę ci ciasta". Jadąc do domu z kilogramem śliwek miałam ogromną nadzieję, ze dziś jest właśnie ten lepszy dzień. Miałam ogromną ochotę na jakiś wyjątkowy deser i bardzo chciałam, żeby to było ciasto. Moje błagania zostały wysłuchane i ciasto się udało :) Z wymyślonego przeze mnie na poczekaniu przepisu wyszedł pudding z owocami pod kruszonką. I przez pudding rozumiem tu coś o konsystencji pomiędzy naleśnikiem, racuchem a klasycznym biszkoptem. Może tylko następnym razem bardziej go posłodzę. Przy okazji miałam możliwość sprawdzenia mojego imieninowego prezentu - przepięknych różowych mininaczynek do zapiekania. Są świetne, dzięki Siostra :)

Jak to zrobić (na 4 mininaczynka lub 6 kokilek):
  • szklanka maślanki (użyłam stracciatella)
  • 3 kostki gorzkiej czekolady
  • 1niepełna szklanka mąki
  • 1/2 szklanki cukru
  • łyżka soku z cytryny
  • 2 jajka
  • 3 łyżki oleju roślinnego
  • 0,5 kg śliwek węgierek
  • masło do wysmarowania foremek
Kruszonka:
  • 1/4 kostki masła
  • 1/3 szklanki brązowego cukru
  • 1/2 szklanki maki
  • 1 łyżeczka kakao
Maślankę utrzeć z olejem, jajkami i startą na drobnej tarce gorzką czekoladą. Dodać mąkę i cukier i dokładnie wymieszać. Wysmarować naczynka do pieczenia masłem, na spód wlać cienką warstwę ciasta (ok. 2 łyżek) i wyłożyć na to śliwki. Śliwki przykryć ciastem. W osobnej misce utrzeć w rękach masło z mąką, cukrem i kakao na kruszonkę. Kruszonką posypać ciasto. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni i wstawić pudding na 30 minut. Najlepiej zjeść na ciepło prosto z piekarnika. Ja podałam z sosem z jogurtu greckiego i 3 łyżek miodu gryczanego. Polecam!

Piękne różowiutkie naczynka idealne na desery :)





SMACZNEGO!

wtorek, 11 września 2012

Bubert z kaszy manny z owocami

Panie i Panowie, oto i on. Pan Bubert Wielki! Pierwsza próba odtworzenia wspaniałego kresowego deseru dała bardzo zadowalający efekt. Co prawda nie był to jeszcze ten smak, co w Kresowiaku, ale już czuję, że jestem blisko. Tym razem dodałam o jedno żółtko i o jedną łyżeczkę cukru za mało, ale następnym razem się uda. Dla usprawiedliwienia muszę powiedzieć, że nie korzystałam z żadnego przepisu. W internecie znalazłam tylko informację, że bubert składa się z kaszy manny, żółtek, cukru i skórki cytryny. Ciężko było odgadnąć proporcje, ale i tak uważam, że wyszło fajnie. Poniżej przedstawiam przepis z moimi uwagami, które mam nadzieję pomogą wykonać perfekcyjny bubert.

Jak to zrobić:
  • 3/4 szklanki suchej kaszy manny
  • mleko
  • 2 łyżki cukru pudru (+1 może dwie łyżeczki, których u mnie zabrakło)
  • 2 żółtka (+ 1 brakujące)
  • skórka otarta z całej cytryny
  • dowolny dżem owocowy (najlepiej z kwaskowatych owoców, u mnie był to domowy dżem z malin i truskawek)
  • opcjonalnie borówki lub inne owoce do przybrania
Kaszę ugotować w takiej ilości mleka, aby było dość gęste (niemal tak, że łyżka staje). Trudno mi podać konkretną ilość mleka, ja dodałam ok. 1,5 szklanki. W osobnej misce utrzeć żółtka z cukrem i skórką cytryny na puszystą masę. Kaszę przestudzić i wymieszać z żółtkami. W pucharkach ułożyć warstwę dżemu, warstwę bubertu, przykryć odrobiną dżemu i posypać owocami. Prawda, że proste?

















SMACZNEGO!

piątek, 7 września 2012

Relacja ze stołecznego Kresowiaka i zapowiedź niezwykłego deseru.....

W zeszłym roku praktykowaliśmy z Darkiem odwiedzanie różnych warszawskich knajp z Grouponem. Wiadomo, ceny w Warszawie są dość wysokie, a zakup Groupona umożliwił nam odwiedzenie kilku fajnych miejsc za przystępną cenę. Były miejsca, które nas zachwyciły klimatem i kuchnią (m.in. Arsenał na placu Bankowym, czy Galeon na Huculskiej), ale zdarzał się również przerost formy nad treścią (np. Galeria Bali na Jasnej). Dziś chciałabym napisać parę słów o naszym dotychczasowym faworycie, czyli restauracji Kresowiak mieszczącej się na ulicy Wilanowskiej.

źródło:  http://stoliczku.pl/pl/162-restauracja-kresowiak-warszawa

Jak nazwa wskazuje, restauracja serwuje kuchnię wschodnią. W Kresowiaku można za stosunkowo nieduże pieniądze najeść się do syta tradycyjnych kartaczy, blinów, czy ryb. Są też oczywiście droższe dania "z górnej półki", ale nie ma przymusu, żeby je zamawiać. Poza działalnością restauracyjną, w Kresowiaku odbywają się wydarzenia kulturalne związana z kresami - warto śledzić stronę. Miłym akcentem są  też codzienne promocje przypisane do danego dnia tygodnia. I tak na przykład w poniedziałki do każdego lanego piwa dostaniemy drugie gratis, w czwartki pączka na deser, a w niedziele wielką golonkę za przystępną cenę. Wszystkie promocje są dostępne na stronie. Tam również znajduje się pełne menu z cenami i zdjęciami niektórych potraw oraz link do bloga restauracji, w którym można znaleźć wszystkie aktualności.

źródło:  http://www.forbes.pl/traveller/silver/kresowiak,13119

Do Kresowiaka wybraliśmy się dwukrotnie: w zeszłym roku i tydzień temu. Pierwszą wizytę wspominamy wspaniale. Fantastyczna kuchnia, przemiła obsługa, piękny wystrój i atmosfera zachęcająca do tego, aby jednak zamówić tę kawę po obiedzie i posiedzieć trochę dłużej. Darek jadł wtedy najlepszą kaczkę w życiu (Kaczka "na golasach"), a ja wśród wielu przysmaków miałam przyjemność spróbować idealnego barszczu ukraińskiego z pampuszkami. Bardzo nam też zasmakowały tradycyjne kiszone specjały kresowe - tradycyjne kapusta i ogórki, ale również śliwki i jabłka (o dziwo naprawdę smaczne). Moja radość byłą więc przeogromna, gdy na grouponie ponownie pojawiła się oferta. Bez namysłu i bez czytania warunków (niestety) kupiłam w ciemno....
......na miejscu przywitała nas ta sama przyjemna atmosfera, piękne wnętrza, rosyjskie przeboje z głośników i bardzo perfekcyjny kelner, pan G. Traktował nas po królewsku, do czasu aż dowiedział się, że mamy Groupon. Wówczas jego zapał jakby przygasł, uśmiech zbladł i...przestał nas obsługiwać!!! Do stolika podszedł jakiś młodszy kelner, który skupił się wyłącznie na podawaniu nam dań. Tu był pierwszy zgrzyt. Z moich obserwacji wynika, że restauracje jeszcze nie do końca zdają sobie sprawę z potencjału "promocyjnych" klientów. Dziś przyjdę z Grouponem, ale jak mi się spodoba to wrócę tu i przyprowadzę znajomych, a jeszcze może szepnę dobre słówko tej czy tamtej osobie. Marketing szeptany to potężna, ale widocznie jeszcze nie do końca okiełznana przez rodzime lokale broń w walce o klienta.

źródło:  http://restauracjakresowiak.wordpress.com/2011/08/12/polesia-czar-wloczega-po-ostepach-slowianszczyzny/

Kolejnym minusikiem była sama oferta (ale tu nie mam żalu do Kresowiaka - to ja nie przeczytałam warunków). Okazało się że w ramach Grouponu mamy tzw. "set menu" czyli z góry ustalone i narzucone potrawy. Żegnaj kaczuszko na golasach...żegnajcie ślimaki zapiekane w cieście...no ale ok. Nasz entuzjazm nie opadł i z niecierpliwością czekaliśmy (i to dość długo) na zaoferowane dania. Na pierwszy ogień poszedł barszcz ukraiński. Piałam z radości, ale po pierwszej łyżce już wiedziałam, że to nie to. Jakiś taki zbyt kwaśny, niedoprawiony...i gdzie są pampuszki??? Czyżby miała się potwierdzić teoria, że dania dla uczestników Grouponu gotowane są w osobnych garnkach mniejszym kosztem??? Następne były nóżki na zimno. Ja za nie podziękowałam, a Darek skwitował ich smak lakonicznym "Bez szału". Po nóżkach przyszła kolej na bliny gryczane z łososiem i duszonym szpinakiem. Ujrzeliśmy światełko w tunelu: były wspaniałe! Doskonale doprawiony szpinak, idealnie zarumienione bliny, duża porcja, rewelka!! Po tym daniu spojrzeliśmy na zegarek i ze zdumieniem stwierdziliśmy, że nasza kolacja trwa już prawie 1,5 godziny, a tu jeszcze w planie kartacze z mięsem i tajemniczy deser "Bubert z kaszy manny z sosem z owoców". Przywołaliśmy więc kelnera i poprosiliśmy o spakowanie kartaczy na wynos i przejście od razu do deseru....
.....nie wiem od czego mam zacząć. Bubert był po prostu wyśmienity! Smak mnie dosłownie zwalił z nóg. Delektowałam się każdą łyżeczką z osobna i każda dawała mi kolejną dawkę wielkiego kulinarnego uniesienia. Żadne torty, żadne lody ani inne czekoladki spróbowane do tej pory nie sprawiły mi tak ogromnej przyjemności jak ten niepozorny pucharek z kaszą manną i owocami. Oboje zachwyciliśmy się tym smakiem i w zapomnienie poszedł naburmuszony pan G., kiepski barszcz, czy niezjedzone kartacze.
Podsumowując, Kresowiak to przemiłe miejsce i z pewnością damy mu jeszcze szansę. Nie mogę jednoznacznie ocenić tego lokalu, bo nasze doświadczenia z nim związane są zarówno pozytywne, jak i negatywne, z przewagą jednak tych pierwszych. Proponuję przekonać się na własnej skórze jak smakują Kresy w kuchni Kresowiaka i mogę zagwarantować, że nikt stamtąd głodny nie wyjdzie.

A już w następnym poście zapraszam na moją domową próbę odtworzenia tego magicznego deseru.......

poniedziałek, 3 września 2012

Dzik i dziki gulasz na słodko

Lato lato i po lecie...sezon na dziki w pełni i w związku z tym trafił do nas niedawno kawałek świeżego schabu z dzika, który oczywiście trzeba było od razu przyrządzić. Zajął się tym Darek, bo dziczyzna to jego specjalność. Do tej pory jadaliśmy potrawy z dzika u Taty Darka, ale tym razem to my pojechaliśmy do niego z garnkiem pełnym dzikowego gulaszu. Darek chciał go przyrządzić inaczej niż Tata (to znaczy inaczej niż w papryce, majeranku, czosnku i ziołach prowansalskich) i uruchomił swoją kulinarną wyobraźnię. Efektem był wspaniale pachnący gulasz na winie z jabłkiem i żurawiną. Po reakcji osób konsumujących wnioskuję, że potrawa się udała. Ja z racji kontynuowania przygody z wegetarianizmem spróbowałam tylko sosu i był boski - bardzo aromatyczny i lekko słodkawy. Oczywiście jeśli nie ma się dostępu do świeżo upolowanego dzika można jego mięso zastąpić wieprzowym lub wołowym - mam nadzieję, że wyjdzie równie smacznie. Do towarzystwa podano ziemniaczki z wody i sałatkę z pomidorów i ogórków oraz tegoroczne ogórki w curry. Niestety nie widzę możliwości przystosowania potrawy do potrzeb wegetarian. Absolutnie żadne tofu, kotlety sojowe ani inne alternatywy mięsa się tu nie sprawdzą.
Przy okazji w ramach relaksującego spacerku odwiedziliśmy swoje grzybowe miejsca i zupełnie przypadkiem przytargaliśmy do domu wielki kosz grzybów. Część posłużyła do doprawienia dzika, a pozostałe właśnie dosuszają się w piekarniku i pięknie pachną :)

Jak to zrobić:
  • 2 kg mięsa z dzika
  • 100 g boczku wędzonego
  • 6 małych cebul
  • 4 marchewki
  • średni por
  • 4 kwaśne jabłka
  • 50 g żurawiny suszonej
  • 4 suszone grzyby+kilka świeżych (wcześniej obgotowanych)
  • 1/2 butelki czerwonego wytrawnego wina
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/2 łyżeczki imbiru
  • 1/2 łyżeczki pieprzu
  • 10 jagód jałowca
  • sól do smaku
  • 150 ml śmietany 18%
Przyprawy i jałowiec zalać odrobiną wody i zgnieść na jednolitą papkę. Dzika pokroić w kostkę, obtoczyć w przyprawach i odstawić na kilka minut. Boczek pokroić w kostkę i wysmażyć z niego tłuszcz na rozgrzanej patelni. Dodać dzika i smażyć 2 minuty (tak, żeby zamknąć pory mięsa, ale żeby go nie usmażyć - ma być surowe w środku). Mięso przełożyć do garnka. Warzywa pokroić w polksiężyce i obsmażyć na tłuszczu wytopionym z mięsa aż lekko zbrązowieją. Dodać do garnka z mięsem, zalać szklanką wody i winem i dusić 2,5 godziny (mniej więcej, trzeba kontrolować czy mięso jest już miękkie). Po około godzinie pokruszyć do garnka suszone grzyby i dodać świeże. Na 0,5 godziny przed końcem gotowania zaprawić gulasz śmietaną i wrzucić żurawinę.



Efekt 2-godzinnej wizyty na naszym sprawdzonym kozakowisku i prawdziwkowisku.




















SMACZNEGO!