Polub nas na Facebooku

niedziela, 30 października 2016

"Patrzę na ciebie" - drink na Halloween

Nie jestem ani zwolenniczką ani przeciwniczką obchodzenia Halloween. Zwyczaj zbierania przez dzieciaki cukierków uważam za głupi i nigdy nie otwieram, gdy pukają do moich drzwi. Natomiast przebierane imprezy, straszne dekoracje i gadżety traktuję równie uczuciowo, jak te o tematyce bożonarodzeniowej i bardzo chętnie ulegam nastrojowi. W tym roku cieszę się nim popijając bondowskie Martini z małym halloweenowym akcentem. Fajne?

Jak to zrobić:
  • 1 część martini bianco
  • 1 część sprite'a
  • kilka kropli soku z limonki
  • liczi z puszki
  • kandyzowane wisienki
  • kilka rodzynek
  • wykałaczki
Z liczi, wisienek i rodzynek zrobić gałki oczne i nadziać na wykałaczki. Do kieliszka wlać martini, sprite'a i sok z limonki. Na brzegu kieliszka umieścić komplet gałek ocznych.



NA ZDROWIE!

środa, 26 października 2016

Tarta z kalafiorem, pieczoną dynią i serem provolone

Z jesienią i zimą jest tak, że nie potrafię jednoznacznie określić, czy je lubię czy nie. Z jednej strony jest zimno, ponuro i ciemno, zdjęcia na bloga nie wychodzą, z domu też się nie chce wychodzić, a szalejące wirusy co chwila przynoszą jakieś choróbska. Ale przecież pory roku to nie tylko pogoda i długość dnia. To również zmieniające się krajobrazy, sezony na różne produkty oraz Święta, na które czeka się cały rok. Tak wiem, jest dopiero koniec października i mało kto już planuje Święta, ale dam sobie rękę uciąć, że jak tylko ze sklepów znikną znicze, na półki wjadą czekoladowe Mikołaje i kalendarze adwentowe i ani się obejrzymy jak w trasę wyruszy ciężarówka Coca-Coli. A ja to kocham! Kocham cały ten kicz, światełka, jarmarki świąteczne, piernikowe ludziki i ozdoby choinkowe. Kocham długie wieczory przy imbirowej herbacie i oglądanie po raz setny odcinków świątecznych Nigelli. W obliczu tych wszystkich zalet, zapłakana jesienna aura za oknem staje się naprawdę znośna. Byle do Świąt!
Kontynuując serię potraw z wykorzystaniem pieczonej dyni (przepis tutaj KLIK), chciałabym wam zaproponować tartę z kalafiorem i dynią. Do tego wędzony włoski ser provolone i fajna smaczna kolacja gotowa.

Jak to zrobić:
  • 1 arkusz ciasta francuskiego
  • pieczona dynia (ok. 4-5 łyżek)
  • 1/3 małego kalafiora podzielonego na różyczki
  • 200 g śmietany 18%
  • 4 jajka
  • kilka plastrów sera provolone lub innego wędzonego (np. oscypek)
  • 1 łyżeczka curry
  • sól, pieprz
Różyczki kalafiora wrzucić do wrzątku i gotować 5 minut. W misce wymieszać trzepaczką lub mikserem śmietanę, jajka, przyprawy i mleko. Formę do pieczenia tarty wyłożyć ciastem francuskim, wylać masę śmietanowo-jajeczną i układać różyczki kalafiora, dynię i ser. Piec ok. 40 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.





SMACZNEGO!

poniedziałek, 24 października 2016

Sałatka z pieczoną dynią, jarmużem i grillowanymi warzywami

Czas płynie i życie się zmienia. Staję się coraz bardziej dorosła, doświadczona i poważna, a nowi ludzie, którzy stają na mojej drodze poznają mnie zupełnie inną niż byłam jeszcze kilka lat temu. Ale wystarczy mi chwila w towarzystwie moich koleżanek z liceum, żebym przekonała się, że nie zmieniłam się ani trochę. Żadna z nas się nie zmieniła. Mimo doświadczeń i wyborów, jakich dokonywałyśmy przez te wszystkie lata, potrafimy usiąść razem i śmiać się z rzeczy banalnych nie zważając na nic. Możemy się napić wina na legalu albo zabalować przez całą noc w mieście i nikt nam za to głowy nie urwie. Możemy wyjechać gdzieś razem i przegadać każdą minutę tego wyjazdu albo w pidżamach oglądać komedie romantyczne. Możemy spać w jednym łóżku, pić wodę z jednej butelki lub jeść deser jedną łyżeczką i nie jest to ani trochę dziwne czy nietaktowne. Raczej nie odważyłabym się na taką otwartość wobec ludzi, których poznałam jako 30-letnia ja, ale mając moje dziewczyny przy boku czuję się swobodnie i cudownie. Dziękuję Wam za to kochane :)
Sałatka, którą dziś proponuję jest takim "babskim" daniem (bo sałatka, bo jarmuż, bo nie ma mięsa), ale Darek też się nią zachwycał. Do jej wykonania wykorzystać możecie dynię pieczoną według mojego przepisu (KLIK). Zapraszam!

Jak to zrobić (2 porcje):
  • 8 liści jarmużu (u mnie 4 liście zielonego i 4 fioletowego)
  • pieczona dynia (ok. 6 łyżek)
  • 1 żółta papryka
  • 1/2 cukinii
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 1/2 łyżeczki imbiru w proszku
  • 1 łyżka miodu lub syropu klonowego
  • 2 łyżeczki sezamu
  • 2 łyżki oleju (u mnie arachidowy)
  • pieprz
Jarmuż umyć, usunąć twarde łodygi i pokroić. Blanszować we wrzątku przez 5-7 minut i odcedzić. W małej misce wymieszać sos sojowy, miód/syrop klonowy i resztę przypraw (oprócz sezamu). Na patelni grillowej lub zwykłej zgrillować pokrojoną w paski paprykę oraz pokrojoną w plastry cukinię. W miskach wyłożyć jarmuż, dynię i warzywa. Polać sosem i posypać sezamem.



SMACZNEGO!

niedziela, 23 października 2016

Wyniki konkursu z książką "Polskie jabłka"

Kochani! Jest nam bardzo miło, że tak licznie wzięliście udział w naszym konkursie z książką "Polskie jabłka" wydawnictwa REA-SJ. Kurczę, strasznie trudno było zdecydować do kogo powędrują 3 egzemplarze książki, ale nie było wyjścia. Po burzliwej naradzie zdecydowaliśmy, że nagrody trafią do:

1. Maria Konieczny
2. Jacek Zając (Facebook)
3. Monika Gonczar (Facebook)

Serdecznie gratulujemy!! Czekamy na Wasze adresy wraz z numerami telefonów (piszcie na nasz adres e-mail: jatugotujeblog@gmail.com). Macie 3 dni, po tym czasie Wasza nagroda trafi do innej osoby. Pozostałym uczestnikom dziękujemy za udział i obiecujemy, że to nie był ostatni konkurs... :)


sobota, 22 października 2016

Pieczona dynia

Jeżeli zawsze marzyliście o psie, ale wciąż się wahacie (bo nie macie ogródka, bo spacery, bo kupa w domu, bo zjedzone kapcie itd..) to przygotowałam dla was małą listę dobrych rad, które mam nadzieję przekonają was, że nie taki pies straszny. Przy okazji bardzo namawiam na przygarnianie psiaków ze schronisk, a nie kupowanie ich od hodowców. Szczególnie w przypadku, gdy nie macie w planach walki o championat kraju, a jedynie potrzebujecie towarzysza na dobre i złe. Rasowe psy są piękne, ale często dużo bardziej wymagające. Nasza Cookie to bardzo rasowy wielorasowiec, co według mnie ułatwia nam współpracę.
1. Kupa w domu. Była i to nie jedna. Ani nie dwie. Ani nawet nie trzy. Niestety młody pies nie rozumie, że nie wolno mu załatwiać swoich potrzeb w miejscu, w którym go akurat przyciśnie. Nie rozumie również różnicy między trawnikiem, a perskim dywanem. Trzeba mu tę różnicę pokazać. Dzięki mojej przyjaciółce i jej bezcennym radom problem załatwiania się w domu zamknęliśmy mniej więcej w tydzień. Wystarczy po każdej kupie/siku zrobionych we właściwym miejscu (trawnik na przykład) nagrodzić psa smakołykiem i pochwalić bardzo wylewnie.Gwarantuję, że prędzej czy później zrozumie, że dywan nie, ale trawnika jak najbardziej TAK i zacznie się sam domagać wyjścia na zewnątrz. Tylko nie zapomnijcie potem posprzątać...
2. Spacery. Są bardzo ważne i jeśli Wasza praca wiąże się z przebywaniem poza domem przez 12 godzin w ciągu dnia to psa nie bierzcie. U nas natomiast Cookie wyeliminowała problem bezproduktywnego siedzenia na kanapie wieczorami. I nieważne czy zimno, ciemno, pada i się nie chce - z psem trzeba wyjść. Musi się zmęczyć, wybiegać i poznawać świat, żeby nie wyrósł na dzikuska i...(płynne przejście do punktu nr 3)...
3. Zjedzone kapcie. Nie niszczył! Pies, który ma zapewnioną wystarczającą ilość rozrywek nie szuka ich na własną rękę. Jak jesteśmy w domu i nie spacerujemy to przynajmniej pół godziny poświęcamy na zabawę z Cookie. Rzucanie i szarpanie misia, trenowanie "siad" i "podaj łapę", turlanie się po podłodze i różne inne bardzo atrakcyjne z punktu widzenia psa zajęcia. I to chyba skutkuje, bo jak na razie jedyną ofiarą naszego psa mordercy jest kabel do ładowarki. Kapcie, buty, meble i dywan żyją sobie spokojnie.
4. Nie mam ogródka. My też nie. Dlatego właśnie nie wzięliśmy bernardyna tylko mieszankę niedużej kundelki i jeszcze mniejszego ratlerko-kundelka. Psy mają tak różne rozmiary, że bez problemu możecie sobie dobrać towarzysza, który w waszych wnętrzach będzie się czuł komfortowo.
Tyle o psach, teraz o dyni. Jeśli znudziła wam się zupa z dyni i dyniowe placki to polecam wam ją upiec. Wahacie się, bo trzeba obrać i pokroić? No trzeba, ale potem cały trud zostanie wynagrodzony - obiecuję! A w kolejnych wpisach pokażę wam do czego (oprócz zjedzenia ot tak) można użyć takiej pieczonej dyni.

Jak to zrobić:
  • 1 kg dyni (najlepiej piżmowa, ale inne też się sprawdzą)
  • 4-5 łyżek sosu sojowego
  • 1 łyżka syropu klonowego lub miodu
  • 1 łyżka octu winnego lub jabłkowego
  • 5 dużych ząbków czosnku
  • 3 łyżki oleju (u mnie 1 łyżka sezamowego i 2 arachidowego, ale rzepakowy też będzie dobry)
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki imbiru w proszku
  • 2 łyżeczki przyprawy za'atar lub 1 łyżeczka tymianku i 1 łyżeczka nasion sezamu
  • spora szczypta gałki muszkatołowej
  • szczypta płatków chilli lub chilli w proszku
Dynię obrać, usunąć nasiona i pokroić w kostkę. W małej misce wymieszać pozostałe składniki i dokładnie pokryć nimi dynię (najlepiej wrzucić ją do dużej miski, zalać przyprawami i wymieszać). Ząbki czosnku pozostawić w skórce. Zgnieść je lekko nożem i też wrzucić do dyni. Wszystko dokładnie wymieszać i umieścić na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Rozłożyć równomiernie i piec ok. 25 minut w temperaturze 180 stopni.




SMACZNEGO!

czwartek, 20 października 2016

Jaglanka z prażonymi jabłkami i orzechami

W dzieciństwie lubiłam chorować. Szczególnie jesienią lub zimą i szczególnie wtedy, gdy choroba wiązała się z pozostaniem w domu, a najlepiej w łóżku oraz brakiem jakichkolwiek obowiązków ze szkolnymi na czele. Wówczas cały świat kręcił się wokół mnie, Mama przynosiła mi lekarstwa albo obrane jabłko pokrojone w cząstki, żebym z głodu nie padła. Miła była świadomość, że moje koleżanki siedzą w szkole i z utęsknieniem oczekują końca lekcji, a ja przewracam się z boku na bok w łóżku i nie muszę się niczym przejmować. Z braku komputerów, komórek i telewizora w każdym pokoju (takie były czasy), rozrywki dostarczały mi książki i bajki na kasetach magnetofonowych, którymi mogłam dowolnie zarządzać.
Kiedy dorosłam, chorowanie mi się odwidziało. Stawało na przeszkodzie różnym spotkaniom, imprezom, kolokwiom i egzaminom, których nie mogłam odpuścić. A już zupełnie znielubiłam chorowanie z chwilą wyprowadzenia się z domu i pójścia do pracy. Nie dość, że chcąc pozostać w domu potrzebuję zwolnienia lekarskiego (niestety nie wystarczy usprawiedliwienie od Mamy...) to na domiar złego sama muszę sobie obierać jabłka i kroić w cząstki oraz podawać lekarstwa, przynajmniej do czasu aż Darek nie wróci z pracy. Tak, aktualnie zdecydowanie NIE lubię chorować. Na szczęście nie zdarza się to często, a jeśli już się zdarza to przeważnie czuję się na tyle dobrze, że nie muszę siedzieć w domu. Jednak tym razem jest inaczej...gluty po pas, kaszel, ból gardła i w ogóle FUJ! Zostałam w domu, żeby nie zarażać koleżanek w pracy i tak sobie wegetuję w moich czterech ścianach. Jedyny pozytywny punkt jest taki, że mam czas na dobre śniadanie. Takie jesienne i rozgrzewające. Polecam wszystkich smarkającym i kaszlącym. Kataru co prawda nie leczy, ale smuteczki przegania, więc warto!

Jak to zrobić (1 porcja):
  • 1/2 szklanki suchej kaszy jaglanej
  • 1 szklanka mleka
  • 1 jabłko
  • 1 łyżka brązowego cukru
  • 10 g masła
  • 1 łyżka syropu klonowego
  • garść posiekanych orzechów włoskich
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/4 łyżeczki imbiru w proszku
  • szczypta soli
Kaszę ugotować na mleku ze szczyptą soli. Gdy będzie gotowa zdjąć z palnika, wymieszać z syropem klonowym i większością orzechów. Na patelni roztopić masło i wsypać cukier. Podgrzewać aż cukier się rozpuści i na patelnię wsypać obrane i pokrojone w kostkę jabłko. Dokładnie wymieszać. Doprawić cynamonem i imbirem i prażyć ok. 3-5 minut. Podawać z kaszą i posypać resztą orzechów.



SMACZNEGO!

piątek, 14 października 2016

Cynamonowe drożdżówki ze śliwkami i czekoladą

Fart debiutanta zawsze mnie zastanawiał. Jak to możliwe, że robiąc coś po raz pierwszy w życiu najczęściej odnosimy sukces? Dopiero co wytłumaczono Wam zasady pokera, a już za pierwszym rozdaniem rozbijacie bank. Albo chcecie wystawić swoje rzeczy na garażowej wyprzedaży, jakiś stary wyjadacz daje Wam rady jak i gdzie ustawić stoisko, żeby sprzedać jak najwięcej, a Wy po prostu idziecie i pozbywacie się wszystkiego, z czym przyszliście. Myślę, że fart debiutanta został stworzony po to, żeby ludzie się nie zrażali i wierzyli w swoje siły. Bo gdyby nic nam w życiu nie wychodziło ot tak po prostu, wtedy zabrakłoby na świecie motywacji do działania. Warto próbować nowych rzeczy, bo nigdy nie wiadomo kiedy i w czym odnajdziemy swoje powołanie.
Dzisiejsze drożdżówki mogę nazwać moim fartem debiutanta. Po raz pierwszy w życiu piekłam drożdżówki i od razu się udały. Aż chce mi się śpiewać! Domowe drożdżówki są nieporównywalnie lepsze od sklepowych. Ich jedyny minus jest taki, że przez wzgląd na brak spulchniaczy, polepszaczy i konserwantów dość szybko schną. Ale nie obawiałabym się tego za bardzo, bo są przepyszne i wątpię, żeby zdążyły uschnąć. Zresztą czerstwe ciasto drożdżowe jest równie smaczne, jak świeże. Skorzystałam z przepisu z bloga "Moje Wypieki" (KLIK). Polecam bardzo gorąco!!!

Pamiętacie o konkursie? Do zdobycia świetne książki w sam raz na jesień :) Link do konkursu: KLIK

Jak to zrobić (10 bułeczek):
  • 2 i 1/4 szklanki mąki (ja użyłam 2,5 ponieważ ciasto było bardzo rzadkie)
  • 3/4 szklanki letniego mleka
  • 3 łyżki cukru
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • szczypta soli
  • 60 g masła roztopionego i przestudzonego
  • 14 g świeżych drożdży lub 7 g suchych
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 15 śliwek umytych, wypestkowanych i podzielonych na połówki
  • 50 g gorzkiej czekolady (posiekanej)
kruszonka:
  • 3 łyżki cukru (użyłam cukru kokosowego)
  • 1/2 szklanki mąki
  • 40 g masła
  • 1 łyżeczka wiórków kokosowych (opcjonalnie)
Drożdże rozpuścić w mleku z dodatkiem 1 łyżeczki cukru. Składniki na ciasto połączyć w misce i wyrobić gładkie ciasto. U mnie ciasto było dość rzadkie i lepiło się do rąk - nie przejmujcie się tym. Przykryć i odstawić w ciepłe miejsce na 1,5-2 godziny - do podwojenia objętości. Po wyrośnięciu przełożyć ciasto na blat oprószony mąką (nadal będzie rzadkie). Krótko wyrobić, w razie potrzeby dodać więcej mąki. Podzielić na 10 kawałków i uformować bułeczki. Układać je na blasze w sporych odległościach (u mnie wyszły 2 blachy po 5 bułeczek). Lekko rozpłaszczyć i przykryć ściereczką. Ponownie zostawić do wyrośnięcia (ok. 30 minut). Następnie pośrodku każdej bułeczki zrobić dołek, w którym umieszczamy trochę czekolady i 3 połówki śliwek. Brzegi bułeczek posmarować białkiem (pozostało z robienia ciasta) i posypać całość kruszonką (składniki na kruszonkę zagnieść w misce aż powstaną spore "okruchy"). Wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 stopni (grzanie góra-dół) na około 20 minut.




SMACZNEGO!