Polub nas na Facebooku

czwartek, 24 marca 2016

"Cukrowy detoks": Sałatka ciecierzycowa z bazyliowym pesto

Cukrowy detoks jest oparty na kuchni wegetariańskiej. Autorka programu od samego początku uprzedza nas, że mięso i jego przetwory w diecie nie są przewidziane. Jeśli komuś to nie odpowiada lub jest mięsofilem to może czuć się poszkodowany i z góry Was o tym informuję. Ktoś, kto jest wybitnie mięsożerny może czuć się podwójnie sfrustrowany: z jednej strony koniecznością eliminacji słodyczy, z drugiej strony eliminacji mięsa. Ale detoks to tylko 21 dni i mogę Wam zagwarantować, że zastosowanie się do jego zasad oczyści organizm i poprawi Wasze samopoczucie. Nie będziecie żałować podjęcia tego wyzwania.
Na pierwszy ogień w testowaniu przepisów idzie królowa kuchni wegetariańskiej: ciecierzyca. Bardzo się ucieszyłam, kiedy odkryłam, że jest przewidziana w jadłospisie, bo jest to jedno z moich ulubionych warzyw strączkowych. Jest wyjątkowo uniwersalna, smaczna i sprawdza się zarówno w daniach wytrawnych, jak i deserowych (np. ciasta z mąki z ciecierzycy, pasta z ciecierzycy na słodko..). Można z niej robić kotlety, piec pasztety, dodawać do gulaszy warzywnych, sałatek na zimno i na ciepło, a wodę z puszki do ciecierzycy można wykorzystać do upieczenia wegańskiej bezy (serio!!!). Dziś przedstawiam Wam pomysł Filippy Salomonsson na ciecierzycę, który nie tylko jest pyszny, ale również lekki, sycący i bardzo zdrowy. Świetna propozycja na lunch w pracy albo kolację. Spróbujcie koniecznie!

A na zakończenie serii przepisów z cyklu "Detoks cukrowy" będę miała dla Was niespodziankę: konkurs, w którym do wygrania będą 3 egzemplarze książki autorstwa Filippy Salomonsson pt. "Detoks cukrowy". Jest o co powalczyć, śledźcie koniecznie bloga i Facebooka!

Jak to zrobić:
  • 400 ml (ok. 270 g) gotowanej ciecierzycy
  • 1 czerwona papryka
  • 8 rzodkiewek
  • ćwiartka czerwonej cebuli 
  • 1 bazylia w doniczce
  • 1 ząbek czosnku
  • 50 ml (ok. 40 g) orzeszków piniowych (użyłam włoskich)
  • 150 ml (ok. 65 g) drobno startego parmezanu (użyłam gotowego tartego sera z torebeczki)
  • 50 ml oliwy z oliwek
  • sól nierafinowana
  • pieprz czarny
  • kiełki dowolnego rodzaju do podania (użyłam natki pietruszki i koperku)
Posiekaj paprykę, rzodkiewki i cebulę. Wymieszaj je w misce z ciecierzycą. Rozgnieć ząbek czosnku. Wymieszaj w misce bazylię z czosnkiem i za pomocą robota kuchennego zmiksuj z orzeszkami piniowymi, parmezanem i oliwą. Sałatkę polej następnie pesto, przypraw szczyptą soli i pieprzu oraz wymieszaj. Podawaj z kiełkami.


SMACZNEGO!

środa, 23 marca 2016

"Detoks cukrowy" - recenzja książki Filippy Salomonsson

Z czym kojarzy Wam się Szwecja? Bo mi kojarzyła się przede wszystkim z Astrid Lindgren, z jedzeniem zepsutych ryb z puszki, z promem do Karlskrony, z blondynami i z niespełnionym marzeniem o Erasmusie w Lund. Do niedawna. Dzięki współpracy z Wydawnictwem REA-SJ miałam przyjemność zapoznać się z pewną przełomową książką, która skierowała moje skojarzenia na zupełnie inne tory. W dzisiejszym wpisie przedstawię Wam wyjątkową Szwedkę Filippę Salomonsson i jej pomysł na "Detoks cukrowy", z którym macie szansę raz na zawsze wyzwolić się ze szponów uzależnienia od słodyczy...


Przyznam, że początkowo miałam duże obawy. Mam już w domu książkę pod identycznym tytułem "Detoks cukrowy" autorstwa Brooke Alpert i Patrici Farris, które obiecują trwałe zerwanie z cukrem w 3 dni. Kupując ją jeszcze nie wiedziałam, że na zmianę nawyków potrzeba znacznie więcej czasu, a prawdziwy detoks organizmu trwa o wiele dłużej i bardzo się na niej zawiodłam. Tym razem było inaczej.
Pierwsze, co od razu rzuca się w oczy to fakt, że "Detoks cukrowy" jest pięknie wydanym poradnikiem i z ogromną przyjemnością się go przegląda. Tekst jest czytelny, a istotne treści zaznaczone w widoczny sposób. Z każdej strony śmieją się do czytelnika pozytywne kolory i miła dla oka czcionka, a od czasu do czasu uśmiecha się do nas również sama Filippa - uwierzcie, ona jest żywą reklamą tego programu. Oczywiście ja od razu przeskoczyłam do części z przepisami i zdjęciami potraw i patrząc na nie mam ochotę zjeść wszystkie! 
Książka nie jest typowym „podręcznikiem” do stosowania diety, w którym znajdziemy wyłącznie zbiór reguł, których trzeba przestrzegać. Treść jest w przemyślany sposób podzielona na kilka rozdziałów wprowadzających stopniowo w świat autorki i jej walki o zdrową relację z cukrem. Pierwsza część to bardzo osobista opowieść o drodze, jaką przeszła, aby wreszcie poczuć się dobrze we własnym ciele. A była to droga długa i wyboista, momentami do złudzenia przypominająca moje własne życie. I może właśnie dlatego z każdą kolejną stroną książka wciągała mnie coraz bardziej. Czytając ją nie miałam wrażenia, że ktoś mnie poucza i karci za dotychczasowe słabości. To było tak, jakby Filippa siedziała obok mnie i ze mną rozmawiała. Zaglądała w moje myśli i odpowiadała na pytania, których wcale na głos nie zadałam. Niesamowite uczucie.


Kolejny dział zawiera sporą dawkę wiedzy żywieniowej podanej w bardzo przystępny sposób. Nie padają tam żadne skomplikowane nazwy chemiczne, biochemiczne ani medyczne, dzięki czemu treść jest zrozumiała i przyjazna dla każdego. Po przeczytaniu tej części czytelnik już dobrze wie, czego się wystrzegać, a co jest dla niego dobre.
Z coraz większym zniecierpliwieniem przewracałam strony czekając na dział opisujący program detoksu i nie mogłam sobie wyśnić lepszego wprowadzenia do niego niż to zdanie: "Nie wierzę w diety". Aż miałam ochotę krzyknąć "Ja też!!!". Program detoksu zaproponowany przez Filippę Salomonsson nie jest dietą, a stylem życia i sposobem żywienia, który możemy z powodzeniem stosować dłużej niż przewidziane w książce 21 dni. I tutaj kolejny ogromny plus: autorka nie próbuje zaklinać rzeczywistości i wmawiać czytelnikom, że zrywanie z nałogiem cukrowym jest szybkie, łatwe i przyjemne. Każda trwała zmiana w życiu potrzebuje czasu i to zdecydowanie dłuższego niż 3 dni..
Bardzo podoba mi się to, że program cukrowego detoksu nie jest reżimem, któremu trzeba się całkowicie poddać. Autorka unika imperatywów nie uznających sprzeciwu. Zamiast zakazów, nakazów i krytyki usłyszymy podpowiedzi, sugestie i propozycje różnych rozwiązań przekazane w swobodny i przyjacielski sposób. Co ciekawe, wspomina nawet o mocno piętnowanym i wywołującym masową histerię glutenie, ale nie przeczytamy ani jednego zdania zakazującego jego spożywania. Owszem, detoks cukrowy wyklucza gluten na 21 dni, ale wyłącznie po to, żebyśmy sprawdzili, jak to zadziała na nasz organizm. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona tym, że książka swoją treścią nie powiela modnych sloganów, które są obecnie bardzo popularne i dochodowe. Autorka jest szczera ze swoimi czytelnikami, a jej intencją jest skłonienie ich do refleksji i słuchania głosu własnego ciała.















"Detoks cukrowy" jest propozycją dla zwykłych ludzi, którzy mają swoje chwile słabości i zwątpienia. Filippa nas za to nie potępia i nie wymaga od nas przejęcia całkowitej kontroli nad życiem i sposobem żywienia, co często jest warunkiem koniecznym do osiągnięcia sukcesu w innych programach dietetycznych. Dobrze wiemy, że w życiu zdarzają się różne sytuacje (podróż służbowa, wizyta u przyjaciół, spadek nastroju, czy po prostu chwilowa słabość wobec różnych pokus), które są ogromnym wyzwaniem dla osób będących na diecie. Natomiast według Filippy Salomonsson żywienie zdrowe dla ciała i ducha opiera się na regule 80%, która polega na tym, że staramy się, aby 80% posiłków było zgodnych z ideą, a pozostałe 20% możemy wykorzystać zgodnie z naszymi zachciankami lub nietypową sytuacją, w jakiej się znajdziemy. W książce przeczytamy, że "Nie ma nic złego w zjedzeniu od czasu do czasu czegoś innego (i tu przywołuje wakacje w Rzymie z wielkim lodem w ręku na pomoście zalanym słońcem...)". Ta wolność sprawia, że proponowany sposób odżywiania staje się realny do stosowania i dopasowania do trybu życia każdego z nas. Bardzo pomocne jest też stosowanie zasady, która kilkakrotnie przewija się w treści: "skupiaj się na tym, co możesz (jeść, robić), zamiast koncentrować uwagę na tym, co zakazane".
Przeglądając przepisy proponowane przez autorkę wcale nie odnoszę wrażenia, że mam do czynienia z jakimiś ograniczeniami czy zakazami. Potrawy są bardzo zróżnicowane i opierają się na łatwo dostępnych składnikach, które spokojnie można kupić nawet w najbliższym warzywniaku, w sklepie ze zdrową żywnością lub po prostu w internecie. Sięganie po produkty lokalne i sezonowe jest jednym z fundamentów detoksu, który szczególnie trzeba podkreślić. Ile razy zaczynaliśmy diety obiecujące piękne efekty, ale rezygnowaliśmy ponieważ produkty, które były niezbędne do osiągnięcia sukcesu kosztowały fortunę lub były trudne do zdobycia? Pamiętam bardzo dobrze mój niesmak po przeczytaniu wspomnianego we wstępie "Detoksu cukrowego" amerykańskich autorek, w którym podano w przepisach konkretne marki produktów (oczywiście niedostępnych na polskim rynku...). Niechlubną kropkę nad i postawiły Aneks B i Aneks C, w których autorki podają bardzo szczegółowe listy z aprobowanymi markami produktów spożywczych i kosmetyków (trąci kryptoreklamą?). Co prawda w cukrowym detoksie pojawia się kilka egzotycznych nazw (nasiona konopi albo spirulina..), ale osobiście uważam, że ich brak nie przekreśli efektu ponieważ stanowią dodatek do potraw, a nie ich bazę. Filippa Salomonsson nie sugeruje żadnych konkretnych marek ani nie przemyca choćby odrobinki treści reklamowej, co czyni jej książkę bardziej wiarygodną w moich oczach.
















Ogromnym ułatwieniem dla czytelników są tygodniowe listy zakupów, dzięki którym wiadomo ile dokładnie produktów potrzebujemy. Znajdziemy również garść wskazówek dotyczących życia po detoksie, a nawet słowa pocieszenia dla tych, którym nie udało się przez detoks przebrnąć. To kolejne dowody pokazujące, że Filippa Salomonsson to taka dobra znajoma, której bardzo zależy na naszym sukcesie i nawet będąc daleko stąd prowadzi nas przez detoks niemal za rękę.
Bardzo dziękuję Wydawnictwu REA-SJ za udostępnienie mi tej książki. Rynek jest obecnie przesycony pozycjami z dziedziny dietetyczno-kulinarnej i prawdę mówiąc nieraz poważnie zastanawiałam się nad tym, czy wydawcom w ogóle zależy na przekazaniu czytelnikom jakichś wartościowych treści..po lekturze „Detoksu cukrowego” i głębszym przemyśleniu treści odzyskałam wiarę w to, że można jeszcze trafić na perełki. Polecam gorąco!

niedziela, 20 marca 2016

Naleśniki na mleku kokosowym z wiśniami - spontanicznie

Wpis nieplanowany i bardzo spontaniczny - świętujemy 300 fanów na Facebooku :) "Pffffff..." - pomyślicie pewnie - "300 fanów?? Nie ma czego świętować...". A właśnie, że jest! Każda okazja jest dobra do świętowania.
Przepis na naleśniki pochodzi z magazynu Goodfood .

Jak to zrobić (3 naleśniki):
  • 150 ml mleka kokosowego
  • 70 g mąki pszennej
  • 1 łyżka wiórków kokosowych
  • skórka otarta z 1/2 limonki (to ode mnie..)
sos wiśniowy:
  • 1/2 szklanki mrożonych wiśni
  • 1 łyżka ksylitolu (lub innego słodzidła)
  • szczypta cynamonu
  • 3 łyżki wody
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
Składniki na naleśniki wymieszać w misce i usmażyć naleśniki na odrobinie tłuszczu. W garnuszku podgrzać wiśnie z wodą i dodatkami (oprócz mąki). Mąkę ziemniaczaną rozprowadzić w odrobinie wody i dodać do wiśni. Garnek zdjąć z ognia. Naleśniki ułożyć na talerzu i polać sosem. Można posypać prażonymi płatkami migdałów.




SMACZNEGO!

środa, 16 marca 2016

Wegańskie "Rafaello" z 4 składników

Każdego dnia dokonujemy różnych wyborów: wybieramy ubranie z szafy, drogę do pracy (jeśli mamy kilka możliwości), muzykę w samochodzie, program w telewizji, miejsce w autobusie, markę jogurtu w sklepie i tak dalej i tak dalej…i najczęściej robimy to całkowicie nieświadomie, w pośpiechu kierując się bliżej nieokreślonym impulsem. Tak jakby decydowała jakaś obca istota zamieszkująca moje ciało i posługująca się moimi rękami i nogami, żeby zaspokoić swoje pragnienia i zachcianki. Ale jeśli spróbujemy dokładniej przyjrzeć się sobie i uważnie posłuchać swojego wewnętrznego głosu, wówczas wszystko staje się jasne. Wystarczy na moment się zatrzymać, żeby odnaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania. Już wiem, że wybieram zawsze miejsce przy oknie w autobusie, bo lubię patrzeć na knajpki przy ulicy. W samochodzie słucham stacji z przebojami, bo uwielbiam głośno śpiewać. W sklepie sięgam po jogurt grecki Piątnicy z owocami, bo tam są prawdziwe, całe jagody, które tak lubię (to nie jest kryptoreklama, tylko samo życie..). A jeśli mogę wybrać coś słodkiego, marzę o Rafaello, bo ogryzanie czekolady z wafelka, wylizywanie słodkiego kremu ze środka i schrupanie na samym końcu „migdałowego serca” sprawia mi największą radość. Warto się zatrzymać i pogadać ze sobą, żeby się przekonać, że ręce, nogi i wewnętrzny głos to jedna i ta sama ja.
A propos Rafaello. Wiecie z Facebooka, że marzec jest dla nas miesiącem bez słodyczy. To dla mnie bardzo ciężki czas, bo słodycze uwielbiam i jestem od nich całkowicie uzależniona..ale każdą barierę można obejść lub przeskoczyć (ewentualnie zrobić podkop). Wreszcie zaprocentowało obsesyjne śledzenie miliona różnych blogów i stron o zdrowym żywieniu. Już dawno odkryłam ten pomysł, ale nie miałam większej potrzeby jego realizowania (po co się wysilać skoro wystarczy pójść do osiedlowego sklepiku po czekoladę?), ale w sytuacji ataku głodu cukrowego okazał się on ostatnią deską ratunku. Zapraszam na „Rafaello” w wydaniu zupełnie niecodziennym, a do tego prostym i naprawdę ekspresowym! Polecam gorąco, można się skutecznie zasłodzić, bez większych wyrzutów sumienia.

Jak to zrobić (14 kuleczek):
  • 200 g suszonych daktyli
  • 50 g wiórków kokosowych
  • 70 g płatków migdałowych
  • 1 czubata łyżka oleju kokosowego extra virgin (koniecznie - on bosko pachnie kokosem..)


Daktyle namoczyć przez godzinę i odcedzić na sitku. Następnie do miski z daktylami wsypać połowę płatków migdałowych, 2/3 wiórków kokosowych i olej. Zmiksować ręcznym blenderem na jednolitą masę. Pozostałe płatki migdałowe pokruszyć (np. wsypać do woreczka i uderzać wałkiem) i wymieszać z masą za pomocą łyżki. Z masy formować kuleczki wielkości orzecha włoskiego i obtaczać w wiórkach kokosowych. Schłodzić w lodówce przez godzinę.



SMACZNEGO!

poniedziałek, 29 lutego 2016

Shakshuka

"Co ty znowu wymyśliłaś..." usłyszałam, gdy poinformowałam Darka co zrobię na weekendowe śniadanie. Z moich obserwacji wynika, że wszelkie potrawy lub produkty o dziwnych lub obco brzmiących nazwach w pierwszym odruchu budzą dużą nieufność. Na przykład koreański "bibimbap", o którym kiedyś pisałam na blogu..albo ciasto z czerwonej fasoli lub z cukinii...z shakshuką nie mogło być inaczej. A shakshuka to w rzeczywistości bardzo prosta potrawa, która pozwoli Wam urozmaicić trochę poranne rytuały śniadaniowe. Danie to wywodzi się z kuchni arabskiej i żydowskiej i jest nieco inną wersją klasycznej jajecznicy. Przyprawy grają tu kluczową rolę ponieważ nadają potrawie rozgrzewający smak i aromat, a całość jest naprawdę sycąca. Polecam gorąco!
PS. Dwa dni później Darek przygotował shakshukę z własnej inicjatywy...

Jak to zrobić (dla 2 osób):
  • 4 jajka
  • 1 mała czerwona papryka
  • 1/2 cebuli
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 puszka pomidorów (krojonych)
  • oliwa
  • świeża kolendra lub natka pietruszki
  • przyprawy: 1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego (kuminu), szczypta płatków chilli, 1/2 łyżeczki słodkiej papryki w proszku, sól
Paprykę i cebulę pokroić w kosteczkę i podsmażyć na oliwie aż zmiękną. Po ok. 5 minutach smażenia dodać drobno pokrojony czosnek. Następnie dodać pomidory w puszce oraz przyprawy. Smażyć ok. 5 minut aż część wody wyparuje i wbić 4 jajka, tak aby pozostały na wierzchu. Patelnię przykryć i smażyć aż białko się zetnie. Posypać listkami świeżej kolendry lub natki pietruszki.


SMACZNEGO!

piątek, 26 lutego 2016

Wycieczka do Lublina

Dziś wpis turystyczny - Ja Tu Gotuję wybrało się do Lublina na jednodniową wycieczkę. Już dawno planowaliśmy odwiedzić to miasto, a konkretnie znajdującą się w nim restaurację "Ąka", w której oboje zakochaliśmy się po obejrzeniu "Kuchennych rewolucji" z ich udziałem. Ale o tym za chwilę..
A tymczasem co słychać w Lublinie? Pamiętam to miasto z czasów, gdy dawno temu przesiadaliśmy się w nim z pociągu do autobusu w drodze na obóz konny..i prawdę mówiąc wrażenie pozostawił raczej słabe. Zapamiętałam Lublin jako małe, nieciekawe, szare miasto, w którym trolejbusy były jedyną atrakcją godną uwagi. To było jakieś 15 lat temu (matko...niemożliwe..) i mówiąc szczerze, gdy wysiedliśmy z pociągu na Dworcu Głównym odbiór był dokładnie taki sam. Przywitały nas szare budynki, nieciekawe towarzystwo w bramach, krzykliwe banery reklamowe i ogromne kolorowo-różowo-błękitne szyldy na sklepach w pieczątkami i firankami. Pociąg powrotny miał nas zabrać do domu dopiero za 7 godzin, więc niezrażeni skierowaliśmy się w miejsca, które zaplanowaliśmy odwiedzić.

Przystanek 1: Starówka

Prosto z dworca ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu knajpy ze śniadaniami. Byliśmy głodni jak wilki, niestety w najbliższej okolicy dworca nie trafiliśmy na żaden lokal (nie licząc baru "U Magdy", ale tam wejścia pilnowali nieciekawi ludzie..). Na szczęście GPS pokazywał, że Starówka jest niedaleko, więc nie traciliśmy nadziei. Po drodze minęliśmy Browar Perła, którego w weekendy nie da się zwiedzać oraz mroczny budynek Politechniki Lubelskiej, który z powodzeniem mógłby służyć jako scenografia jakiegoś dreszczowca.
Starówka pojawiła się niespodziewanie i zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie. Zanurzyliśmy się w jej małych uliczkach w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Wybór padł na restaurację Trybunalską. Oferta śniadaniowa okazała się całkiem ciekawa i przystępna cenowo. Darek wziął kanapkę z szynką i jajkiem sadzonym oraz kawę, a ja zdecydowałam się na klasyk: jajecznicę ze szczypiorkiem, bułeczką i warzywami oraz cappuccino. Było pysznie i dużo! Najedzeni i zadowoleni ruszyliśmy dalej. Starówkę obeszliśmy wzdłuż i wszerz, a w im ciemniejsze zaułki zaglądaliśmy tym mniej nam się podobało. Niestety, bardzo dużo pięknych kamienic jest w stanie ruiny. Zakurzone szyby, odpadający tynk i śmieci w kątach. Szkoda, bo starówka jest duża i malownicza, a te zaniedbane i zapomniane kąty mocno psują cały obrazek.

Ponura Politechnika...
W drodze na Starówkę
Może coś słodkiego?
Piękna brama do Starego Miasta
Jajecznica w Trybunalskiej
Śniadanie na wypasie



Smutny widok między pięknymi uliczkami..
Jeszcze smutniejszy widok..to nadal Stare Miasto

Stacja 2: restauracja Ąka
Restauracja mieści się na ulicy Marii Curie-Skłodowskiej, niedaleko KUL-u. Trafiliśmy tam bez problemów - to raptem 10 minut spacerkiem od starówki. Wnętrze restauracji jest przyjemne i bardzo przytulne. Jest trochę jak w domku na wsi u babci. Na regałach stoją słoiki z przetworami (które można kupić), w kominku trzaska ogień, palą się świeczki, a na stołach leżą kwieciste obrusy. Jest bardzo przyjemnie! Jedzenie również jest "babcine" i to zarówno w smaku, jak i pod względem wielkości porcji. Nie byliśmy w stanie zjeść wszystkiego do końca..a żal było zostawiać, bo jedzenie mają naprawdę smaczne. Ja zamówiłam grzane wino, zupę pomidorową i pierogi ruskie, a Darek wziął piwo, barszcz ukraiński, chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym i schabowego po lubelsku. Porcje były naprawdę solidne, a rachunek wyniósł 72 złote. Uważam, że to naprawdę dobra cena. Poza tym mimo oddalenia od centrum ruch w restauracji był bardzo duży i tak naprawdę mieliśmy szczęście, że trafiliśmy od razu na wolny stolik. Gesslerowa powinna być dumna z tej rewolucji.

Ąka zaprasza



Lublin - czy warto?
Warto. Nie jest idealnie, ale miasto ma swój urok i ciekawe miejsca, które warto zwiedzić. Szczególnie jeśli ktoś mieszka w centralnej Polsce i właściwie wszędzie ma blisko to polecam taki jednodniowy wypad. Podróż pociągiem zajmuje niecałe 2,5 godziny. Z tym, że polecałabym cieplejsze i słoneczne miesiące. Może w wiosenno-letniej oprawie szare mury Lublina nie są aż tak smutne...

A tu jeszcze obrazek w drodze powrotnej na dworzec...

poniedziałek, 22 lutego 2016

Przepis na placki ziemniaczane

To taki klasyk - każdy go zna i każdy ma swój własny przepis. Co więcej, każdy ma swój ulubiony sposób ich podawania. W moim domu placki zawsze jadło się na słodko, z cukrem lub z dżemem. Darek nie potrafi tego zrozumieć - on jada je wyłącznie z dodatkiem ketchupu, musztardy, tzatzików...ewentualnie gulaszu i żółtego sera w postaci placka po zbójnicku. A Wy po której stronie mocy jesteście?



Jak to zrobić (16 sztuk):
  • 500 g ziemniaków
  • 5 łyżek mąki
  • 2 jajka
  • 1 cebula
  • sól i pieprz
dodatki: warzywa, tzatziki, ketchup lub.....DŻEMOR!!!! :)

Surowe ziemniaki zetrzeć na drobnej tarce. Wymieszać z resztą składników i wykładać łyżką na patelnię na rozgrzany tłuszcz. Gotowe placki odsączyć na papierowym ręczniku z nadmiaru tłuszczu. Podawać z dowolnymi dodatkami.


SMACZNEGO!