Polub nas na Facebooku

środa, 30 kwietnia 2014

"Hell's KICZen". O upadku autorytetów słów kilka

Jeszcze niedawno cała Polska śpiewała. Potem pokochaliśmy taniec. Dziś cała Polska gotuje i odkrywszy w sobie kulinarne talenty szturmuje castingi do kolejnych edycji kulinarnych show. W zależności od tego, czy gotujesz w swoich czterech ścianach, czy w kuchni mniejszej lub większej knajpy, możesz zgłosić się do programu dla amatorów lub profesjonalistów. Dla każdego coś się znajdzie. A jeżeli dodatkowo masz nerwy ze stali to koniecznie spróbuj swoich sił w Piekielnej Kuchni Wojciecha Modesta Amaro - właściciela pierwszej polskiej restauracji wyróżnionej prestiżową gwiazdką Michelin. Przyznam, że nie spieszyło mi się do oglądania tego programu, ale wczoraj zwabiona zapowiedzią, w której Amaro całuje uczestniczkę, dałam się skusić i...jak ja tego żałuję.


Program Hell's Kitchen pamiętam z czasów liceum. Wtedy w brytyjskiej wersji programu w Piekielnej Kuchni rządził Gordon Ramsay, genialny kucharz i prawdziwy diabeł! Choleryk i furiat, który wrzeszczał bez litości na swoich kucharzy, rzucał talerzami i nieprzyjemnymi uwagami, ale to miało sens. On taki był, cały Gordon. W Polsce natomiast na czele Piekielnej Kuchni postawiono papciowatego Amaro, człowieka, którego wyraz twarzy sprawia, że raczej chciałoby się go przytulić i pocieszyć niż przestraszyć. I ten miły brodaty pan został wsadzony w gacie Ramsaya i zmuszony formułą programu do rzucania talerzami, przekleństwami, złośliwościami i groźnymi spojrzeniami. Ale przecież jak on wywala jakieś danie do kosza, albo wypluwa w chusteczkę to mam wrażenie, że w środku aż się rwie do tego, żeby przeprosić za swoje niegrzeczne zachowanie! Totalnie nietrafiona osoba, Mateusz Gessler byłby o niebo lepszy. Ale wracając do wczorajszego odcinka, wcześniej już spotkałam się z opiniami, że oglądając program ma się wrażenie, że każda scena, każde słowo jest wyreżyserowane, wytrenowane i całkowicie NIE prawdziwe. I to niestety okazało się prawdą. Miałam wrażenie, że oglądam popis bardzo słabych aktorów wyciągniętych prosto z "Pamiętników z wakacji"! Ludzie, co to była za żenada! Wszystkie emocje: sympatia, komplementy, złośliwości, wszystko, wszystko było udawane i reżyserowane. Wypowiedzi uczestników były tak szczere i spontaniczne jak miłosne wyznania w wenezuelskich telenowelach. "Jesteś wielbicielem książek o Winnetou? Bo taki piękny pióropusz tu zostawiłeś" albo "Ten byczek Fernando, Arek powinien odpaść"...no błagam, kto tak mówi!??? A swoją drogą, oczywiste było, że w programie pozostanie agresywny, bluzgający, prostacki i nielubiany przez nikogo facet, bo gdyby odpadł, to kto robiłby show?
No i wisieneczka na koniec: pocałunek szefa Amaro z nową uczestniczką, która dopiero co dołączyła do programu, a już ugotowała potrawę tak genialną i przypominającą domowe smaki, że szef dał się ponieść swym wyreżyserowanym emocjom i namiętnie ją pocałował (w tym momencie przed oczami stanęła mi finałowa scena z bajki "Ratatuj", w której surowy i nieprzejednany krytyk kulinarny po spróbowaniu podanego ratatouille przypomina sobie dzieciństwo i na fali wzruszenia pozwala, by najlepszej paryskiej restauracji szefował szczur...). Całość byłaby całkiem fajnym chwytem, gdyby nie dwa drobiazgi. Po pierwsze: całowaną uczestniczką była żona Amaro, ukryta pod peruką i zmienionym imieniem. Po drugie: identyczna scena, też z żoną, która niespodziewanie dołączyła do programu, miała miejsce parę ładnych lat temu w kuchni Ramsaya...
I teraz sama nie wiem jak to podsumować. Do tej pory uważałam pana Amaro za prawdziwy autorytet i znawcę, który będzie unikał zaszufladkowania swojej osoby na poziomie Magdy Gessler tak samo zawzięcie, jak The Rolling Stones unikaliby zagrania na Dniach Grzyba w Borzęcinie. Tymczasem sytuacja jest zupełnie inna i czuję się trochę skołowana. Bo z jednej strony, jeśli Polsat zaproponował panu Amaro dobre pieniądze to niby dlaczego miał nie skorzystać? Ale z drugiej, jeśli ktoś pretenduje do miana polskiego kreatora smaków, a swoją restaurację nazywa "atelier" to chyba ma trochę większe ambicje niż być odtwórcą czyjejś roli w takim marnym teatrzyku, a swoich pracowników wolałby dobierać na podstawie faktycznej wiedzy i talentu, a nie w ramach kiepskiego talent show...

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Domowe burgery

Sezon grillowy rozpoczęty. Dla wszystkich mięsożerców, którym znudziły się kiełbaski, kaszanki, indyki/kurczaki, karkówki i inne banały mamy doskonałą propozycję: wołowe burgery. Wcale nie są trudne ani pracochłonne, a smakują świetnie. Można je przyrządzić na grillu, w piekarniku lub na patelni grillowej. Dodatki są absolutnie dowolne - co kto lubi. My zdecydowaliśmy się m.in. na prażoną cebulkę, bo w budkach z hod dogami zawsze dają jej za mało :) natomiast MUSICIE dodać sos z naszego przepisu - jest rewelacyjny!

Jak to zrobić (ok. 10 burgerów):

Burgery:
  • 500 g mielonej wołowiny
  • 1 cebula
  • 150 g pieczarek
  • szczypta mocnego chilli
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 łyżka ziół prowansalskich
  • olej rzepakowy / oliwa z oliwek
  • sól, pieprz
Cebulę, pieczarki i 1 ząbek czosnku podsmażyć na odrobinie tłuszczu. Dodać sól, pieprz i chilli. Mięso przełożyć do miski razem z przestudzoną cebulką z pieczarkami, sosem sojowym, ziołami i dwoma ząbkami czosnku przeciśniętymi przez praskę. Dokładnie wyrobić mięso dłońmi (im dłużej wyrabiane, lepsza struktura burgera). Uformować burgery dłońmi (dłonie wcześniej natłuścić). Przed położeniem na grilla / patelnię burgery trzeba je schłodzić w lodówce.

Sos:
  • 2 żółtka
  • 1 łyżeczka majonezu
  • 1 łyżeczka musztardy francuskiej
  • 2 łyżeczki musztardy sarepskiej
  • 1/2 łyżeczki miodu
  • sól i dużo pieprzu
Żółtka ubić z majonezem, musztardami i miodem na puszystą masę (powinna podwoić objętość). Dodać soli (do smaku) i pieprzu (dużo!!). Schłodzić przed podaniem.

Dodatki:
  • grillowana / podsmażona cukinia, papryka, cebula, bakłażan
  • świeży pomidor
  • sałata
  • prażona cebulka
  • żółty ser




SMACZNEGO!

piątek, 28 marca 2014

Telezakupy w Twoim domu, czyli szturmu suplementów ciąg dalszy...

Pamiętacie posta, w którym ciskałam gromy w kierunku producentów suplementów diety? Dziś kontynuacja wątku. Firmy produkujące suplementy chyba połapały się, że mass media powoli przestają przemawiać do ludzi i postanowili dobrać się do naszych portfeli innymi metodami: przez znajomych, przez przyjaciół, przez lekarzy itd..niestety, sprzedać coś w dzisiejszych czasach wcale nie jest łatwo. Nie ufamy już tak bardzo pięknym ludziom z telewizji, a reklama musi być naprawdę niesamowicie oryginalna, żeby przebic się do naszej świadomości spośród całej tej reklamowej papki. Co innego w sytuacji, gdy przyjdzie do nas znajomy i przyprowadzi taką miłą panią, która opowie o rewolucyjnym suplemencie, płynnym zdrowiu i urodzie w kapsułkach. Początkowo jesteśmy nastawieni sceptycznie, ale widząc znajomego z entuzjazmem kiwającego głową i podpisującego się rękami i nogami pod zbawiennym działaniem oferowanego produktu, po prostu ulegamy. Ale po kolei...

http://bonfirehealth.com/essential-supplementation-fish-oil-omegas-probiotic-efa/
Parę tygodni temu odezwał się do Darka kolega z propozycją spotkania. Nie spotykamy się z nim i jego dziewczyną zbyt często (choć się lubimy), więc byliśmy trochę zaskoczeni. Pierwsza myśl: zaręczyli się, albo zaciążyli. Na bank! Ale kolega powiedział tylko, że ma dla nas fajną propozycję, żebym przyszła koniecznie, bo to coś z dietetyką i że można na tym fajnie zarobić. Nie chciał zdradzić nic więcej, więc umówiliśmy się na spotkanie i umieraliśmy z ciekawości o co może im chodzić. Poniedziałek, godzina 19, wpadamy do umówionej knajpy, a przy stoliku oprócz naszych znajomych siedzi dwoje obcych ludzi i uśmiechają się do nas, jakbyśmy się znali od wieków. Chwila konsternacji, wymiana spojrzeń, siadamy przy stoliku i czekamy co będzie dalej. Początkowo niezobowiązująca gadka szmatka jak w gronie starych przyjaciół, luźna atmosferka, zaczynamy się z Darkiem odprężać i przechodzimy do konkretów. Obca Pani zadaje nam pytanie na start: "Czy wiecie czego dziś najbardziej pragną ludzie?". Pytanie dziwne, ale odpowiedź oczywista: być zdrowi, piękni i wiecznie młodzi. Po tym krótkim wstępie rozpoczęła się prezentacja. Obca Pani przedstawiła nam koncepcję biznesu z USA, której ogólna idea jest taka, że kupujemy produkt, znajdujemy ludzi (znajomych, przyjaciół, rodzinę), która też go kupi i poleci dalej i w ten sposób stworzymy prężną grupę robiącą niemałe obroty amerykańskiej firmie i od tych obrotów każdy dostaje prowizję. Po tym zachęcającym wprowadzeniu Obca Pani zaprezentowała nam produkty. Zaczęło się od podkreślenia, jaka to dzisiejsza żywność jest niedobra, niezdrowa, warzywa i owoce ubogie w substancje odżywcze itd. itp. ble ble ble. Ale na szczęście w USA wynaleziono 3 suplementy, które wszelkie bolączki ludzkości wyleczą: chlorofil z dodatkami, koncentrat z wyciągami z owoców (zaraz zaraz, czy przed chwilą nie mówiła, że dzisiejsze owoce nie mają zbyt wielu substancji odżywczych...?)+innymi bliżej nieokreślonymi składnikami oraz częściowo opatentowany preparat z l-argininą (hm..z tego co wiem preparatów z l-argininą jest całe mnóstwo, tyle że większość z nich ma napakowanego gościa/kobitkę na etykietce...). Cena - bagatelka, jakieś 350 zł za miesięczną kurację dla jednej osoby oraz dodatkowy warunek: jeśli chcesz być członkiem naszej biznesowej grupy to musisz raz w miesiącu kupować zestaw suplementów na własny użytek. Jeden rzut oka na Darka i już wiedziałam "Spadajmy stąd!". Ale głupio tak było przy znajomych, w końcu nas zaprosili i liczą na nas...no to zostaliśmy do końca, wysłuchaliśmy jeszcze kilku historii z życia wziętych (mój tata wyleczył się z nadciśnienia, moje dzieci nie chorują, ja nie choruję, ciocia sąsiada odzyskała wzrok, a stryjenka cioteczna od strony mamy schudła niewyobrażalnie szybko). Autentycznie, czułam się jakbym siedziała przed telewizorem  i ktoś mi wmawiał, że chińskie plasty wyciągną toksyny przez stopy! Tylko, że tutaj wszystko działo się naprawdę, przy akompaniamencie zachęcających uśmiechów naszych znajomych i zapewnień z ich strony, że te środki naprawdę działają, bo mogą teraz spać 4 godziny na dobę i czują się świetnie (czy ja wiem czy to takie zdrowe...). Zaalarmował mnie jednak fakt, że na prośbę o pokazanie opakowania i etykiety reakcja była bardzo chłodna ("a po co", "no skoro już musisz to sprawdź w internecie"). Nie wiem jak Wy, ale jeśli mam cokolwiek zacząć stosować, to lubię wiedzieć co jest w składzie. Poza tym skoro ideą firmy jest pomaganie ludziom, to dlaczego rozpoczęliśmy spotkanie oo rozmowy o tym ile można na całym interesie zarobić...?

Wróciliśmy do domu mocno skołowani, ale zdecydowani nie wchodzić we współpracę z tą firmą. I jeszcze nie zdążyłam ochłonąć, a już dostałam zaproszenie od znajomej, która prowadzi salon piękności, na wykład Pani Doktor o znaczeniu dobrej kondycji jelit w naszym zdrowiu. Pomyślałam: bomba, dawka wiedzy za free to coś dla mnie! Ech, gdybym tylko wiedziała, jaki jest prawdziwy cel tego spotkania...na wykład przyszło kilka pań, Pani Doktor rozstawiła komputerek, rzutnik i zaczęła opowiadać. W przeciwieństwie do rozmowy z Obcą Panią, ta prezentacja zaczęła się od przedstawienia aspektów zdrowotnych i odpowiedzi na pytanie dlaczego chorujemy. Padło kilka mądrych słów na tematy zdrowotne, popartych wiedzą medyczną i żywieniową i już zaczynałam się wkręcać, kiedy nastąpił nagły zwrot akcji. Po uświadomieniu zebranym jak bardzo jesteśmy schorowani, otyli i nieszczęśliwi, Pani Doktor przeszła zgrabnie do drugiej części prezentacji, czyli przedstawienia genialnego szwajcarskiego (dla odmiany) preparatu, który jest rozwiązaniem wszystkich zdrowotnych problemów.  Kolejna cud-kuracja, o której nie wiedzieć czemu nikt do tej pory nie słyszał. Sprawa jest prosta: kupujesz sobie drażetki z błonnikiem (w chwytliwy sposób nazwane przez Panią doktor "włóknem z jabłek organicznych") oraz prebiotykiem, zjadasz 8 dziennie, pijesz przy tym 3 litry wody i jelito w cudowny sposób oczyszcza się ze złogów (hmmm...przecież naturalny błonnik ze zbóż, warzyw i owoców działa tak samo...). Po 2 tygodniach zaczynasz szprycować się aminokwasami (przepraszam, "zdrowym, naturalnym białkiem") na wzrost tkanki mięśniowej, która spali sama z siebie nadmiar tłuszczu i voila! Jesteśmy zdrowi, młodzi, piękni, cofają się procesy starzenia, znika depresja, apetyt na słodycze i cała masa innych bolączek. A to wszystko dzieje się, uwaga uwaga, SAMO! Nie musisz zmieniać diety, nie musisz ćwiczyć! Żyjesz dalej swoim leniwym życiem, a mięśnie same rosną i spalają twój tłuszcz. Cena? Jakieś 400 zł miesięcznie. Dużo, ale na zdrowiu nie można oszczędzać! Na koniec standardowo historie z życia wzięte+zdjęcia przed i po kuracji: ten pan wyleczył się z depresji (i schudł!), tej pani wyprostował się kręgosłup (i schudła!), innej pani wyprostowały się zmarszczki (i schudła! A dodatkowo młodsi mężczyźni proponują jej randki! Wielkie nieba cud!). I znów pomyślałam o chińskich plastrach wyciągających toksyny...
Dodam tylko, że w przeciwieństwie do Obcej Pani, Pani Doktor nie proponowała nam udziału w biznesie. To była zwykła prezentacja reklamowa, ordynarna akwizycja. Pani Doktor, wykorzystując swój autorytet lekarza, wbijała tym biedym kobietom do głów, że ich życie wisi na włosku i już nigdy nie będą szczęśliwe, jeśli nie oczyszczą jelita jej suplementem.

Po tym wszystkim myślę sobie, że najlepiej zarabia się nie tylko na głupocie, ale również na ludzkim strachu. A dziś faktycznie najbardziej boimy się chorób, starości i śmierci. I na tym strachu żerują i pasą się do niewyobrażalnych rozmiarów koncerny farmaceutyczne i producenci "cudownych leków na całe zło". Ja nie wierzę w suplementy. Nie wierzę, że coś, co powstało nawet w najnowocześniejszym laboratorium może być lepsze od tego, co wyrosło w ziemi lub na drzewie. Nie wierzę, że magiczne proszki zbudują w nas tak samo silne i zdrowe mięśnie, jak te, które powstały w efekcie ruchu i ćwiczeń. I Wy też w to nie wierzcie.

piątek, 21 marca 2014

Surówka Coleslaw (Colesław)

Surówkę Coleslaw zna każdy, choć może nie każdy wie, że tak się właśnie nazywa. Jest to bardzo popularny i bardzo często serwowany dodatek do dań w fast foodach - od sieciówek, poprzez kebabiarnie, aż po restauracje z kuchnią azjatycką generalnie określaną jako "chińska". Dzieje się tak dlatego, że jej przygotowanie jest bardzo proste i bardzo tanie, a przecież w fast foodach o to chodzi, żeby się nie narobić i dobrze zarobić. Składników surówki jest niewiele i są bardzo tanie, a jeśli do tego dodamy hurtowo kupowany sos wątpliwej jakości to koszt wykonania 1 porcji staje się wręcz znikomy. Mam dziś dla Was przepis na tę szybką i smaczną surówkę, która nie tylko dobrze smakuje, ale przy okazji jest całkiem zdrowa. Przyjrzyjmy się składnikom:

biała kapusta - królowa zimy, warzywo o bardzo wysokiej zawartości witaminy C (choć jest jej mniej niż w kapuście kiszonej), która poprawia wygląd skóry i wzmacnia organizm w okresie mrozów. Inna ważna cecha to bogactwo wapnia wzmacniającego kości (ważne dla wegan!) oraz magnezu redukującego stres. Wadą jest natomiast wzdymające działanie kapusty oraz późniejsze sensacje dźwiękowo-zapachowe. Wszystko za sprawą siarki, ale nie ma tego złego! Dzięki siarce poprawia się stan włosów i skóry, więc myślę, że dla urody warto przecierpieć :)

marchew - ach marchew...cudowne warzywo, które wzmacnia (wit. C), odmładza (beta karoten, wit. A), poprawia koloryt skóry (beta karoten)...ogromny plus za to, że w surówce Coleslaw marchew dodajemy na surowo, więc zachowuje absolutnie wszystkie walory odżywcze!

I tyle. Krótka lista, a popatrzcie ile plusów! Teraz możemy się cieszyć fastfoodowym (ale zdrowym!) jedzeniem w domu i to bez najmniejszych wyrzutów sumienia.

Jak to zrobić:
  • 1/2 małej główki białej kapusty
  • 2 średnie marchewki
  • 1 czubata łyżka majonezu
  • 200 ml jogurtu naturalnego
  • 2 łyżki octu jabłkowego
  • 1 płaska łyżeczka cukru
  • 1 malutki ząbek czosnku
  • sól i pieprz (najlepiej biały, żeby nie "pobrudził" sosu)
Kapustę drobno poszatkować na cienkie paseczki. Marchew zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Wymieszać dokładnie warzywa i odstawić na bok, a w tym czasie przygotować sos: wszystkie składniki (czosnek przeciśnięty przez praskę) połączyć w miseczce. Zalać warzywa i dokładnie wymieszać. Odstawić do lodówki na co najmniej 30 minut.



SMACZNEGO!

poniedziałek, 3 marca 2014

Bezglutenowe ciasto pomarańczowe

Dziś będzie słodko i bezglutenowo. Zimowe, pomarańczowe ciasto, które doskonale się sprawdzi jako subtelny lekki deser. Można je podać z łyżką bitej śmietany (niesłodzonej!) lub mascarpone oraz dodatkiem świeżych owoców. Przepis pochodzi z książki Nigelli Lawson "Lato w kuchni przez okrągły rok" i jak na Nigellę przystało ciasto jest bardzo słodkie. Można swobodnie zmniejszyć ilość cukru co najmniej o 50 g.
W przepisie oryginalnym mąki kukurydzianej jest 125 g, a pozostałe 50 stanowi mąka pszenna. Ale na samej kukurydzianej ciasto też wyszło bardzo dobre. Te kropeczki, które widzicie na cieście to odrobina pomarańczowego lukru (1,5 łyżki cukru pudru+1 łyżka soku pomarańczowego).

Jak to zrobić:
  • 175 g mąki kukurydzianej
  • 250 g miękkiego masła
  • 175 g cukru
  • 4 jajka
  • 60 ml jogurtu naturalnego
  • skórka z 1 pomarańczy
  • sok z 1/2 pomarańczy
  • 1/2 łyżeczki olejku pomarańczowego (jeśli nie macie to dodajcie więcej skórki)
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
Utrzeć masło z cukrem na puszystą masę. Cały czas miksując dodawać po 1 jajku, a następnie jogurt, skórkę, sok i olejek pomarańczowy. Połączyć masę z mąką i proszkiem do pieczenia i dokładnie wymieszać. Ciasto wyłożyć do okrągłej formy (23 cm średnicy) wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej masłem i oprószonej mąką. Ciasto piec w temperaturze 180 stopni przez 40 minut.



SMACZNEGO!

sobota, 1 marca 2014

Pesto z brokułów

Wraz ze słońcem wracamy i my! Tęskniliście? Koniec zimowego letargu, pora łapać się za gary! Jest tak pięknie i wiosennie, że znów mamy ochotę na lekkie, warzywne dania. Co powiecie na warzywne pesto? Można go użyć do makaronu, jako dip lub pasta na kanapkę, w każdej wersji będzie pysznie. A teraz powiem Wam coś w sekrecie...zbliżcie się...w Lidlu brokuły za 1,99 zł!!!! Szkoda by było nie skorzystać, u nas w lodówce już jest zapasik :)
A już niedługo zapraszamy na doskonałe bezglutenowe ciasto i pyszną rybę.

Jak to zrobić:
  • 1 brokuł (500 g)
  • garść liści rukoli
  • 6 wyłuskanych orzechów włoskich
  • 2 duże ząbki czosnku
  • 50 ml oleju rzepakowego
  • sól
Brokuły i ząbki czosnku (w łupinkach) ugotować w osolonej wodzie z dodatkiem 3 łyżek octu. Wystudzić i przełożyć do blendera (czosnek wcześniej oczywiście obieramy). Dodać rukolę, orzechy i olej i miksować do uzyskania jednolitej masy dodając taką ilość wody, aby sos nie był zbyt gęsty (u mnie ok. 100 ml).
Poniżej propozycja podania: z kluseczkami gnocchi (użyłam gotowych), odrobiną całej rukoli i sera parmezan. MMMMMMMMM!




SMACZNEGO!

czwartek, 13 lutego 2014

Przepis na prawdziwy falafel

Ech, studenckie czasy...piękny okres, który tak naprawdę docenia się w momencie, gdy już się skończy. Na studiach człowiekowi wszystko wolno i wybacza mu się nawet najgłupsze pomysły. Student jest panem swojego czasu, korzysta ze wszystkich możliwych zniżek, może bawić się do rana, śmiać z powaznych ludzi i liczyć chmury na niebie. Tęsknię za swoimi studiami. Fakt, czasem dawały w kość, ale dzięki wspaniałej ekipie ludzi natychmiast się o tym zapominało. Bo kto by się przejmował jak poszedł egzamin z biochemii? Grunt, że napisany, oddany, a teraz można go opić. I co z tego, że jest 10 rano :) albo wspólna nauka całek w akademiku...oczywiście najpierw trzeba było się do tego akademika wkraść, żeby nie płacić za noc, potem przećwiczyć ekspresowe chowanie w szafie na wypadek, gdyby portier wszedł niespodziewanie do pokoju, a na końcu wybrać do mety na 4 piętrze po zapas niezbędnych pomocy naukowych. Dodajmy do tego grillowanie na kampusie, wylegiwanie w słońcu na trawie, juwenalia i powroty do domu nad ranem, tylko po to, żeby przespać się 2 godziny i znów ruszyć na zajęcia. Tak, wtedy życie było takie piękne i takie proste. A potem każdy poszedł w swoją stronę, spoważnieliśmy, niektórzy pozakładali rodziny i zaczęła się dorosłość.
Ale jedno się nigdy nie zmieni - kebab po imprezie to absolutna konieczność. Z racji zmiany sposobu odżywiania doceniłam smak falafli, których istnienie, będąc studentką, konsekwentnie ignorowałam. A szkoda, bo są naprawdę świetne! Spotkać możecie różne przepisy na falafel, ale ten prawdziwy robiony jest z ciecierzycy nieobrobionej termicznie (tzn. surowej). W warszawie taki prawdziwy, doskonały falafel podają w kebabie na rogu Wilczej i Marszałkowskiej ale równie dobrze możecie sobie go zrobić sami - to nic trudnego!

Jak to zrobić:
  • 300 g suchej ciecierzycy
  • 1 cebula
  • 1/2 pęczka natki pietruszki
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 solidna łyżka mielonej kolendry
  • 1 łyżeczka proszku curry
  • spora szczypta cynamonu
  • spora szczypta gałki muszkatołowej
  • 4 łyżki wody
  • 4 łyżki oleju
  • sól do smaku
Ciecierzycę zalać dużą ilością wody i odstawić do namoczenia przynajmniej na dobę (u mnie moczyła się 2 dni). W międzyczasie wymieniać wodę. Gotową ciecierzycę zmielić w malakserze razem z cebulą, czosnkiem, pietruszką, olejem, wodą i przyprawami (można użyć maszynki do mięsa). Wszystko musi mieć dość gładką konsystencję. Masę przełożyć do miski, przykryć folią i odstawić na parę godzin do lodówki (2-3 godziny lub nawet na całą noc). Ze stężałej masy formować kotleciki i piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 15 minut. Można też usmażyć, ale pieczenie jest dużo korzystniejsze zarówno dla potrawy, jak i dla nas.
Falafle najlepiej podawać z sosem, gdyż same w sobie są dość suche. Proponuję sos jogurtowy:
  • 5-6 łyżek jogurtu naturalnego
  • 1 łyżeczka majonezu
  • 1 łyżeczka mielonego chilli
  • szczypta soli
  • 1/2 łyżeczki mielonej kolendry
Wszystkie składniki wymieszać. Podawać z gorącymi falaflami.



SMACZNEGO!

VI Festiwal Kuchni Arabskiej